
Ostatnie dni były parafrazą tytułu filmu. Odeszły trzy ważne dla mnie osoby, czwarta miała ślub oraz wesele. Każda z tych osób odbyła swoją podróż w kierunku jednej wielkiej nieznanej. Jako ostatni, odszedł mój profesor ze szkoły średniej, u którego miałem przyjemność pobierać naukę literatury. Dzisiaj oddali go Ziemi. Biorąc pod uwagę ostatnie kilka lat jego życia, śmiem twierdzić, że wszędzie mu będzie lepiej, niż po tej stronie.
MIEJSCE NA KLEPSYDRY |
Więcej czasu i myśli o istocie trwania. Błędnie myślałem, że nie zaskoczy mnie nic w świecie popkultury. A jednak, poniżej zaczątek czegoś dobrego. Kolejne pokolenie, myślami i stylem bycia chyba mi już odległe, lecz jest tam to coś, co skłania mnie ku głębszej refleksji. Ostatnio, po wiosennym i początkowo - letnim rozedrganiu, czas na wyciszenie ciała, lecz nie myśli. Trochę się tego boję, lecz jak to się mówi: bierz człowiecze na klatę wszystko to, co los daje. Miała być cisza, a zrobiło się niepokojąco muzycznie. Rozpoczęte, czekające na dokończenie dwa teksty do publikacji, jedna lektura druzgocząca spokój. Wiem, życie uzależnia. Zwłaszcza, gdy jest wieczne.
Dziecku zapatrzonemu w mapy i ryciny
Ziemia zdaje się wielka jak jegio pragnienia.
Ach, jakże w swietle lampy ten świat jest olbrzymi!
Jakże mały wydaje się w oczach wspomnienia!
Pewnego dnia ruszamy z rozpaloną głową,
Z sercem ciężkim od uraz i pożądliwości,
Ruszamy, by kołysać w rytmie fal miarowo
Własną swą nieskończoność na morzach skończoności.
Fragment wiersza Podróż Charlesa Baudelaire'a
Moje okno wychodziło na winnicę i byłem tego jednego roku świadkiem całego procesu powracania życia po zimie, od początku do końca, od pączków po dojrzałe grona. W sierpniu można je było już rwać, tak były ciężkie i pełne soku. Myślałem więc, że oto daje mi Bóg przykład taki: potrzeba czasu, by każda idea powstała, wydawałoby się, znikąd. Wymaga ona własnej pory i rytmu. I niczego nie da się przyspieszyć ani obejść. Rozgniatałem winogrona w palcach i myślałem, jak wiele zrobił przez ten czas Bóg, pozwalając dojrzeć winu, wyrosnąć warzywom w ziemi i owocom na drzewach.
Księgi Jakubowe, Olga Tokarczuk
Jeżeli matka była w domu, przygotowywałem się na to, że będzie nieprzyjemnie, bo nie lubiła, kiedy siedziałem z książką; nie cierpiała tego, że czytam. Wyganiała mnie na dwór, bo chciała, żebym z pasją uprawiał sport, żebym był taki jak inni chłopcy i żebym był lubiany. Wściekała się, kiedy ignorowałem jej rady i otwierałem książkę; raz podbiegła do mnie z twarzą zmienioną gniewem, wyrwała mi książkę (była to chyba Duma i uprzedzenie) i szerokim łukiem wyrzuciła ją przez okno. Nie ruszyłem się wtedy z miejsca i starałem się uśmiechać pogardliwie, myśląc, że chyba straciła panowanie nad sobą, że przesadziła z tą furią i że jest niemądra, skoro nie rozumie, że nie mogę być taki, jaki jej zdaniem powinienem być. Teraz jednak myślę, - może nawet z żalem – że była jedynie zdesperowana, bo lęk o to, czy zdoła mnie ocalić, doprowadzał ją do skraju wytrzymałości. Czuła – a właściwie wiedziała, taka jest prawda – że przyjdzie chwila, kiedy, niczym cyrkowy akrobata, będę musiał stanąć na jej barkach i na barkach tego wszystkiego, co dla mnie zrobiła, i skoczyć w życie, którego nie umiała sobie wyobrazić (a które wiodę teraz); jeśli chciała mnie na drogę otulić frazesami, wyposażyć w wysportowane ciało i szacunek dla pieniądza, to dlatego, że jej zdaniem było to najcieplejsze okrycie.
Stan łaski, Harold Brodkey
Zeszyty Literackie Nr 119
Odwiedza nas 137 gości oraz 0 użytkowników.