Konteksty

Share

ADAM ZAGAJEWSKI
Miasto

Miasto jest poczekalnią w której codziennie
umierasz na szczurzą chorobę przymykania oczu
Miasto jest poczekalnią pełną krzeseł ruchomych
w twardym żołądku stołówki kłamiesz donosisz
i zdradzasz przyjaciół
Nie jesteś głodny ale nie jesteś najedzony
nie jesteś uczciwy ale nie jesteś świnią
Jesteś w połowie drogi mówisz słodkim głosem
poproszę trybunę ludu wchodzisz na nią
i nagle zapominasz co chciałeś powiedzieć
Wtedy plujesz różową śliną i myślisz że to jest krew
Obmywa cię dopiero Wisła ta limfatyczna rzeka
która przypomina ci poetów dorzecza Bałtyku
Rano kradniesz wieczorem pijesz wódkę
jesteś dobrym człowiekiem który ma swoje zasady
Jedyną wzniosłością na jaką sobie pozwalasz
jest twoja wypróbowana miłość
Od dziesięciu lat oszukujesz swoją żonę
w nocy waszym starym łóżkiem małżeńskim
wypływacie na jezioro Genezaret
To są twoje najdalsze podróże
w biało-czerwonym pokrowcu poduszek

Adam Zagajewski, Miasto
z tomu: Komunikat, 1972
znalezione w: Wiersze wybrane

jesien2019

Share

dehnelMyśleli o swoich, o tych, z którymi się nie pożegnali. Lola - o siostrzenicy, jej Włochu i jej półwłoskich dzieciach: czy straciła je, zanim zombi zwróciły się przeciwko Polakom, czy zginęła, broniąc ich przed atakiem? A może to one ją zagryzły. Kuba - o rodzicach; nie modlił się, ale czasem życzył im dobrej śmierci, jeśli jeszcze nie nastąpiła (nastąpiła). Włodek - o żonie, która miała wszelkie powody, żeby go opuścić, i o pewnej dziewczynie, która wyjechała po Marcu ‘68, córce lekarza z sąsiedniej klatki. Nie wiedział nawet, czy żyła, zanim to wszystko się zaczęło, istniała teraz może już tylko w nim, na wieki dziewiętnastoletnia. Kamila - mimo wszystko, o rodzicach (śnili się jej czasem, lepiej lub gorzej, ale zawsze obco). Tomek - o Szymusiu, który ze swoją chudością pewnie dawno już zginął (nie, jeszcze nie; doświadczał właśnie największej miłości swojego życia, był kochankiem dowódcy pewnego oddziału na osiedlu Cichy Kącik: dużego, mrukliwego, byłego kickboksera, który wyoutował się dopiero po ataku zombich, i przeżywali swoje dni chwały i piękna, które miały się skończyć tak, jak skończyć się musiały).
Ale poza wspomnieniami docierało do nich coś jeszcze, coś w powietrzu, co nie było tylko listopadowym wyciem; coś, co niosło się od strony miasta: nie sam odór spalenizny i gnijących resztek, ale to podskórne drżenie, ledwo wyczuwalne przez żywych brzęczenie trupiego roju; teraz przypominali sobie to wrażenie sprzed miesięcy, kiedy zombi się budziły, kiedy ruszały na Wawel, a potem dalej, za granicę. Było to cielesne, głębokie, rozumiane wyłącznie przez bebechy, nie mózgi.

Share

ADAM ZAGAJEWSKI
Schyłek lata

Podmiejski pociąg pędził przez willowe pustynie
jak sztylet, który spragniony jest tylko serca.
Z głośników dobiegał głos któregoś z dyktatorów
a wiewiórka skakała z gałęzi na gałąź,
uciekając przed moim spojrzeniem.
Schyłek lata, ciężkie szyszki cedrów,
zakonnica w grubym, brązowym habicie
uśmiecha się jak ktoś, kto wszystko zrozumiał.
Nad oleistą powierzchnią stawu ścigają się ważki,
łodzie płyną ukośnie i toną w purpurze sennego słońca,
upał dotyka każdej rzeczy i skóry jak celnik.
Listonosz drzemie na ławce, ze skórzanej torby
wysypują się jaskółki listów, w trawie topnieją lody,
krety sypią kopce na pamiątkę smagłych bohaterów,
których nikt nie pozna. Ciemne drzewa stoją
nad nami a między nimi zielone płomienie.
Nadchodzi wrzesień, wojna, śmierć.

Adam Zagajewski, Płótno
Wyd. Zeszyty Literackie; Warszawa, 2016

Share

przemowa noblowska olgi tokarczuk
Przemowa noblowska Olgi Tokarczuk

Laureatki literackiej Nagrody Nobla 2018

"Czuły narrator

1.

Pierwsze zdjęcie, jakie świadomie przeżyłam, to zdjęcie mojej matki, jeszcze zanim mnie urodziła. Zdjęcie jest niestety czarno-białe, przez co ginie wiele szczegółów, stając się zaledwie szarymi kształtami. Światło jest miękkie i deszczowe, chyba wiosenne i najpewniej sączy się przez okno, utrzymując pokój w ledwie zauważalnym blasku. Mama siedzi przy starym radiu, takim, które miało zielone oko i dwa pokrętła - jedno do regulowania głośności, drugie do wyszukiwania stacji. To radio stało się potem towarzyszem mojego dzieciństwa i z niego dowiedziałam się o istnieniu kosmosu. Kręcenie ebonitową gałką przesuwało delikatne czułki anten i w ich zasięg trafiały rozmaite stacje - Warszawa, Londyn, Luksemburg albo Paryż. Czasami jednak dźwięk zamierał, jakby pomiędzy Pragą a Nowym Jorkiem, Moskwą a Madrytem czułki anteny natrafiały na czarne dziury. Wtedy przechodził mnie dreszcz. Wierzyłam, że poprzez to radio odzywają się do mnie inne układy słoneczne i galaktyki, które wśród trzasków i szumów wysyłają mi wiadomości, a ja nie umiem ich rozszyfrować.

Wpatrując się w to zdjęcie jako kilkuletnia dziewczynka byłam przekonana, że mama szukała mnie, kręcąc gałką radia. Niczym czuły radar penetrowała nieskończone obszary kosmosu próbując dowiedzieć się, kiedy i skąd przybędę. Jej fryzura i ubiór (duży dekolt w łódkę) wskazują, kiedy zrobiono to zdjęcie - to początek lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Patrząca gdzieś poza kadr, nieco zgarbiona kobieta, widzi coś, co nie jest dostępne oglądającemu to zdjęcie. Jako dziecko rozumiałam to tak, że ona patrzy w czas. Na tym zdjęciu nic się nie dzieje, to fotografia stanu, nie procesu. Kobieta jest smutna, zamyślona, jakby nieobecna.

Kiedy ją potem pytałam o ten smutek - a robiłam to wiele razy, żeby zawsze usłyszeć to samo - mama odpowiadała, że jest smutna, bo jeszcze się nie urodziłam, a ona już do mnie tęskni.
- Jak możesz do mnie tęsknić, skoro mnie jeszcze nie ma? - pytałam. Wiedziałam już, że tęskni się za kimś, kogo się utraciło, że tęsknota jest efektem straty.
- Ale może też być odwrotnie - odpowiadała. - Jeżeli się do kogoś tęskni, to on już jest.

Ta krótka wymiana zdań gdzieś na zachodniej polskiej prowincji pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku, wymiana zdań między moją mamą i mną, jej małym dzieckiem, utkwiłami na zawsze w pamięci i dała zapas mocy na całe życie. Wyniosła bowiem moje istnienie poza zwyczajną materialność świata i przypadkowość, poza przyczynę i skutek oraz prawa prawdopodobieństwa. Umieściła je niejako poza czasem, w słodkim pobliżu wieczności. Zrozumiałam moim dziecięcym umysłem, że jest mnie więcej niż sobie do tej pory wyobrażałam. I nawet, jeżeli powiem: „Jestem nieobecna”, to i tak na pierwszym miejscu znajduje się: „Jestem” - najważniejsze i najdziwniejsze słowo świata.

W ten sposób niereligijna młoda kobieta, moja mama, dała mi coś, co kiedyś nazywano duszą, a więc wyposażyła w najlepszego na świecie czułego narratora.

Share

tuwim mariusz urbanekWreszcie zebrał się na odwagę i posłał Staffowi własne wiersze, prosząc o wyrok: czy warto pisać. „Co przeżyłem, wyczekując odpowiedzi, tego nie opiszę” - wspominał. Potrafił w czasie dużej pauzy biec z Mikołajewskiej, gdzie mieściło się gimnazjum, do domu na Świętego Andrzeja, sprawdzić, czy jest list ze Lwowa. Długo nie było. Gdy po wielu tygodniach wreszcie nadszedł, „Jeszcze go nie przeczytałem, a już wiedziałem, że «jest dobrze», skoro poeta tak się rozpisał”, wspominał. Cztery stronice zapisane drobnym maczkiem nie mogły zawierać zdawkowego zniechęcenia do dalszego pisania. Staff pisał, że dostrzega talent, że młody autor powinien pisać i nawet „rzeź bezlitosna” wobec niektórych wierszy nie powinna go od tego odstręczyć. „Właśnie to, że stanąłem wobec talentu, kazało mi być dla jego dobra surowym” - ocenił Staff utwory gimnazjalisty. Bo są wśród nich wiersze „ładne”, ale ich ładność polega jedynie na braku wad. Są przez to poprawne, jest w nich rym i rytm, ale w prawdziwej poezji chodzi o coś więcej. Niektóre wiersze sprawiają wrażenie, jakby przerwano im oddech, dlatego Staff radził „pisać mniej, a dać rzeczy zjędrnieć, nabrać soku”. Utworów naprawdę skończonych jest jeszcze wśród wierszy Tuwima niewiele, ale nawet wśród tych niegotowych są zwrotki i ustępy „dużej piękności”. Jednak najbardziej z listów Staffa zapamiętał dwa zdania: „Kto się w siedemnastym roku życia nie burzył, ten nie był nigdy morzem, chyba miską wody”. I drugie, że takie miotanie się, rozterki i ciągła gotowość, by się wspinać, gdy tylko pojawi się na horyzoncie szczyt, to jest jak „czyhanie na swego Boga”. Te słowa kilka lat później stały się tytułem pierwszego tomu wierszy Juliana Tuwima, a list Staffa do końca życia przechowywał on jak największą relikwię. Tymczasem zachęcony pisał coraz więcej. A rozpoczęta w 1911 roku korespondencja trwała czterdzieści dwa lata, aż do śmierci - paradoksalnie - młodszego z poetów. Najpierw łączył ich stosunek mistrza i adepta, potem dwu równoprawnych gwiazd na poetyckim niebie, wreszcie przyjaźń.

Share

Początek roku 1918 to nie był łatwy czas dla poezji. Trwała wojna, Warszawę po opuszczeniu miasta przez Rosjan okupowali Niemcy, więc muzy, zgodnie z rzymskim powiedzeniem, powinny były milczeć. Tymczasem Erato i Kaliope wyraźnie roztoczyły nad stolicą opiekę.

Jednak takiej awantury, jaka wybuchła, i to o wiersz, nikt nie mógł się spodziewać. Przecież sprawca całego zamieszania pisał i publikował już wcześniej. Począwszy od maja 1916 roku, w kolejnych zeszytach akademickiego miesięcznika „Pro Arte et Studio” ukazywały się wiersze studenta prawa, a potem, gdy już się przekonał, jak nudne i zamulające wyobraźnię potrafią być prawnicze kodeksy, adepta polonistyki, Juliana Tuwima. W zeszycie III – Teofania i Modlitwa, w IV – Dziewczyny, w VI – Ojczyzna, w VII – Syna poetowego narodziny, a w VIII – Kobiety. Na początku jednak budziły emocje tylko w gronie wtajemniczonych i zafascynowanych poezją, których zawsze najwięcej jest pośród studentów filologii polskiej. Tych samych, którzy przychodzili wysłuchiwać odczytów Tuwima o poezji Walta Whitmana i jego wystąpień na organizowanych przez uniwersyteckie Koło Polonistów wieczorach autorskich. „Przez plecy na karku czułam wyraźnie, jak biegną rozsypane paciorki, zimne, mroźne, krągłe paciorki. To jest nieomylny znak – to właśnie jest – poezja! Oczywista poezja. Prawdziwa jak złoto, które rozbłyska w rudzie” – wspominała spotkanie z Tuwimem Izabela Czajka-Stachowicz.

Wartości zastane

Kto tylko wybiera wśród wartości zastanych, poddaje się ograniczeniu istnienia rzeczowego.


Leszek Kołakowski, Obecność mitu

O czym marzą ludzie?

Potoczna obserwacja zdaje się podpowiadać, że większość dzieci chciałaby być dorosłymi, a większość dorosłych chciałaby wrócić do dzieciństwa. Obie te pokusy są zrozumiałe i z naturą ludzką zgodne. Dzieci mogą sobie wyobrażać, że dorosłym wszystko wolno, że nikt ich bez przerwy nie kontroluje i rozkazów nie daje. Dorośli z kolei tęsknią nieraz do beztroski życia dziecinnego, kiedy to - przynajmniej w cywilizacji europejskiej - wszystko jest nam bez naszego wysiłku dane, czujemy się bezpieczni i chronieni, nie musimy się kłopotać o pieniądze, zatrudnienie, podatki, groźbę wojny ani zresztą o dzieci.I jedni, i drudzy nadzwyczaj przesadnie oceniają pożądane dobra; dorośli są nieporównanie mniej wolni, niż dzieci mogą sobie wyobrażać, a dzieci więcej cierpią i więcej boją się niebezpieczeństw, aniżeli pamiętają później. Jeśli jednak wolno powiedzieć, że oba pragnienia są zrozumiałe, to dlatego że chodzi tu o dobra, które sobie cenimy nade wszystko - wolność i bezpieczeństwo - a te dobra bardzo często zderzają się ze sobą czy też ograniczają się wzajem, niepodobna mieć obu w pełni; czujemy się przez to sfrustrowani, jako że nie udaje nam się być dziećmi i dorosłymi zarazem.
Leszek Kołakowski Czy Pan Bóg jest szczęśliwy i inne pytania

Do zajazdu przybyli...

01099739
Dzisiaj
Wczoraj
W tym tygodniu
W ubiegłym tygodniu
W tym miesiącu
W ubiegłym miesiącu
Wszystkie wizyty
689
887
7605
1086742
23567
32978
1099739

Your IP: 35.168.111.191
2020-01-20 23:26

Odwiedza nas 87 gości oraz 0 użytkowników.

Szukaj

Początek strony