klasztor ValdemosaWsiadam do birlocho, wehikułu czysto miejscowego; trzęsę się po opustoszałych ulicach. Wreszcie oto wieś. Nieprzyjemna linia fortyfikacji Palmy zapada w ziemię. Droga wznosi się ciężko w górę, pomiędzy pagórki. Potem napotykając wąwóz stworzony przez potok górski, mknie wzdłuż niego. Ten potok to pierwsza woda na swobodzie, którą spotykam. Dawniej biegła wolna w głębi wąwozu, którego pochyłości porosłe są zielonymi dębami. Gdzieniegdzie wąwóz się rozszerza. Oto na szczycie ferma otoczona sosnami; kaktusy jeżą swe liście kolczaste, a niekiedy wkoło warzywnego ogródka czerwienią się jaskrawię pyszne kwiaty granatu. Wzgórze jest łagodne, spokojne, przyjemne, bon enfant, i tak dojeżdżam aż do klasztoru w Valdemosa, doliny, która je zamyka długim tarasem. Wyprostowane, niby żołnierze na paradzie, stoją tam u wejścia rzędem cyprysy. Pomiędzy nimi widoczne są stopnie z kamienia, które prowadzą do galerii nakrytej łukiem.

Ponad tym, wyżej, rozwija się skrzydło wyższe budynku, który jest ciężki, masywny, z wieżą niską po prawej stronie, a po lewej ubrany w dzwonnicę różnokolorową, wysmukłą, wybujałą, której dach, ostry i spiczasty, akcentuje podobieństwo do minaretu. Dziwny wygląd jak na klasztor. Kartuzi, którzy go niegdyś zajmowali, żyli na tej wysokości niby na balkonie, z którego nasycać oczy swe mogli widokiem ciągle różnym i ciągle pięknym. U stóp swych widzieli wegetację równiny, która jakby chciała tutaj roztoczyć swą potęgę, wykazać wszystkie dary ziemi - karmicielki. Ogrody brzoskwiniowe żółcą się owocem. Liście fig są jakby pokryte czarnymi plamkami: są to figi dość pospolitego gatunku na Majorce. Tu widzę po raz pierwszy drzewa pomarańczowe i palmowe; to drzewa bardzo delikatne i nie znoszą równiny, płaszczyzny odkrytej, gdzie wiatr z całą swobodą potrząsać nimi może. Potrzebują one wąwozu, doliny otoczonej wzgórzami, zmuszających wiatr, by przelatywał ponad ich wierzchołkami. W zimie ta cała zieloność z liści odarta, ciągły gniew potoku wezbranego od deszczów, a zwłaszcza nieustanna podróż obłoków, gnanych przez wiatr ku morzu, które zamyka krajobraz w głębi linią prostą, nadają miejscowości ton przenikliwy i smutny. Do tego to zapomnianego zakątka przybyła George Sand z dziećmi i Chopinem na trzy miesiące, zakątka tym bardziej zapomnianego, że w owym czasie prowadziła doń tylko wąska ścieżka. Droga okrąża klasztor i przed frontem, z przeciwległej strony, zatrzymuje się birlocho przed oberżą, gdzie woźnica podać sobie każe natychmiast korzeni, fig, winogron, pomidorów, śliwek i owczego sera, wszystko jednocześnie. Zostawiam go przy tej uczcie i wchodzę do klasztoru przez podwórze ocienione platanami i niezmiernie ciche, pomimo że budynek w głębi jest zamieszkały, jak o tym świadczą czerwone firanki u malutkich otworów zastępujących okna. Na moje spotkanie natychmiast wychodzi jakaś stara kobieta i ofiaruje się na przewodnika. Otwiera mi wysokie drzwi, umieszczone w murze na prawo. Oto jesteśmy w kaplicy. Nie zmieniła się wcale od czasu, kiedy ją oglądała George Sand. Takimi, jak je opisała wielka autorka, wydają mi się jedyna nawa kaplicy i delikatne jej sztukaterie, i artystyczna robota konfesjonałów, okwiecone mozaiki i gotyckie stalle. Nie ma tu ani jaskrawych dekoracji, ani wystawy znaków pobożnych, ni posągów, jak w kościele w Palmie. Zaiste, prawdziwe to sanktuarium wiary idealnej. Przez zakrystię dostaję się na cmentarz. Biały krzyż pośrodku, studnia w rogu cmentarza, krótki szereg cyprysów pod jedną ze ścian okalających to miejsce wiecznego spoczynku, krzyż wykuty w kamieniu nad bramą wejściową, a na ziemi wszędzie, pomiędzy wlokącymi się chwastami, nagie kamyki żwiru dziwnie świecące białością - wszystko to jest powtórzeniem opisu pozostawionego przez George Sand. Jedno tylko znikło: te oto wynoszące się na kształt pagórków darnie zielone, pod którymi, jak mówi Sand, kryją się groby zakonników, równie zapomnianych po śmierci jak za życia, te oto groby zrównały się z powierzchnią i tworzą jeden gładki gazon. Od pięćdziesięciu lat nie pochowano tutaj nikogo więcej, ziemia nie była wcale ruszana, toteż słońce ją spaliło, a czas wygładził. Studnia również stoi pusta i bezczynna, i ten kawałek gruntu, opustoszały, spalony, suchy, tworzy dziwny kontrast z wybujałością życia wokoło. I tylko żałobnie odcina się na tle owym smutnym sylwetka krzyża, i poruszane wietrzykiem, poważnie chwieją się cienie cyprysów. Z cmentarza parę stopni wprowadza nas do galerii długiej a wąskiej, o niskim sklepieniu i murach tak ścisłych i grubych, że zapomina się o klasztorze, a ma się wrażenie fortecy. Dwanaście jednakowych drzwi, w jednakowym od siebie oddaleniu, znaczą wstęp do cel. Którą z nich zamieszkiwała George Sand z Chopinem? Stara kobieta, która mię oprowadza, nic o tym nie wie. I nikt nie wie. Starcy ze wsi, a są tacy, co w 1838 roku byli mężami dojrzałymi, również nie pamiętają. To dziwne stadło zostało zapomniane tuż po zniknięciu. Zresztą oboje prawie nie wychodzili z klasztoru, który był dość obszerny, aby się w nim przechadzać do woli. Rozległość widnokręgu wystarczała, aby zaspokoić ich pożądania natury, przestrzeni. Tak prędko rozwiała się pamięć ich pobytu. Popchnąłem ruchem nagłym drzwi jednej z cel. Zaskoczeni młodzi małżonkowie, przybyli z Palmy dla spędzenia tu miodowego miesiąca (jak mię objaśnia moja stara), odsuwają się od siebie. Potem śmiejemy się wszyscy razem, następnie wolno mi jest obejrzeć apartament. Nic tu się nie zmieniło w układzie od czasów pobytu zakonników. W rzeczywistości jednak co za zmiana! W tym miejscu, gdzie dawniej przez wieki całe nikły i więdły ciała samotnych mnichów, teraz oto ile tu życia powstaje, jak tu panuje miłość... Ale zarówno samotność, jak miłość równym staraniem otaczają ten kawał prostokątny gruntu i te trzy pokoje, trzy cele do niego przyległe, a wszystko razem oddzielone od celi sąsiedniej wysokim murem. Tak jak niegdyś stoją tu piramidy sztucznie prowadzonych bukszpanów, studnia, aleje wysłane cegłami i drzewa cytrynowe, pomarańczowe, granaty. Nic się tu nie zmieniło; zostało takie, jak je George Sand oglądała.

 

Edward Conte
znalezione w:
Ferdynand Hoesick, Chopin: życie i twórczość. Tom 2, Pierwsze lata w Paryżu, George Sand: 1831-1844

 klasztor Valdemosa