Chopin t1 Ferdynand Hoesick„Dla rozrywki profesor Jarocki zaproponował Fryderykowi przechadzkę dla obejrzenia miasteczka. Po powrocie z niej, gdy się okazało, że dyliżans jeszcze nie gotowy, weszli do domu, który służył za pocztę i restaurację zarazem. Wszedłszy do jadalni, Fryderyk spostrzegł w przyległym pokoju, niby salonie, fortepian. Zbliża się do niego, otwiera, próbuje, a że instrument ku jego najwyższemu zadowoleniu okazał się nastrojony, więc nie pytając się nikogo o pozwolenie, młody pianista zasiadł przed klawiaturą i zaczął grać. Niebawem na odgłos instrumentu wprawną dotykanego ręką wchodzi do sali jeden z podróżnych, staje za grającym i słucha. Chopin, spostrzegłszy to w lustrze, powiada po polsku do profesora Jarockiego: „No, zobaczymy, czy to artysta, czy tylko amator?..." - i zaczął improwizować. Przybyły jegomość stał jak skamieniały, duszą całą utonął w tonach tej dziwnie uroczej i uczuciowej muzyki i tylko wzrok jego śledził automatycznie wszelkie poruszenia rąk grającego: zapomniał o fajce, zapomniał o bożym świecie. Po chwili także i dwaj inni podróżni weszli do salonu, a zaraz potem po cichutku i ostrożnie otwarły się i drzwi z lewej strony, a w nich ukazał się pan poczmistrz i, przystanąwszy zdumiony, również zaczął słuchać. Po chwili otwarły się drzwi z prawej strony: weszła pani poczmistrzowa z dwiema dorosłymi córkami. Zachwycone, i one również stanęły na środku salonu, nie wiedząc, co znaczy ten koncert, skąd się zjawił tak cudnie grający wirtuoz.

Tymczasem kiedy Fryderyk w najlepsze się rozimprowizował, kiedy słuchacze poili się rozkoszami mistrzowskiej, czarującej muzyki, wchodzi pocztylion i pomimo groźnych ruchów pięści samego pana poczmistrza, nakazujących milczenie i nieprzerywanie grającemu, krzyknął donośnym głosem: „Konie zaprzężone, dyliżans do drogi gotowy!" Ogólne poruszenie... Chopin natychmiast powstał od fortepianu, aż tu wszyscy w prośby, ażeby grał jeszcze... Nie pomogły wymawiania się artysty, te konie czekają, że czas nagli; wszyscy, i poczmistrz z rodziną, i podróżni, zapewniali go najsolenniej, że nikt się nie śpieszy, że nikomu nie zależy, czy wyjedzie trochę wcześniej, czy później, a tymczasem uważa sobie za największe szczęście, iż może słuchać gry tak świetnego fortepianisty. Poczmistrz, snadź wielki miłośnik muzyki, począł ściskać i całować Fryderyka, błagając, żeby zechciał grać jeszcze, by się nie lękał spóźnienia, gdyż on każe założyć konie kurierskie. Do gorących próśb poczmistrza i innych mężczyzn przyłączyły się zaklęcia płci pięknej, reprezentowanej przez panią poczmistrzową i jej dorodne córy, i gdy w ten sposób powstał istny chór głosów błagalnych, Fryderyk, widząc, że im się oprzeć nie zdoła, znów zasiadł do instrumentu. Tymczasem jedna z panien, posłuszna skinieniu matki, wysunęła się z pokoju, a gdy wróciła po chwili, ukazała się z tacą w ręku, z winem, ciastem i cukierkami. Gdy Fryderyk na chwilę grać przestał, nastąpił traktament, tym zaś, którego częstowano z największym zapałem, którego najbardziej zmuszano do picia i jedzenia słodkich łakoci, nie był oczywiście nikt inny, tylko Chopin. Pod wpływem wina, którego pan poczmistrz nie żałował, ożywiły się humory. Niemcy zaczęli się trącać kieliszkami z profesorem Jarockim, wypito zdrowie młodego wirtuoza, przy czym naturalnie wszyscy byli ciekawi dowiedzieć się, skąd pochodzi, jak się nazywa itp. Gdy się skończył poczęstunek, Fryderyk jeszcze musiał grać trochę, a im dłużej grał, tym bardziej wzrastał zachwyt słuchaczów. W końcu, po upływie jakichś dwóch godzin, gdy już Fryderyk zmęczony graniem ostatecznie zamknął instrument, ów jegomość, co to pierwszy na odgłos fortepianu wszedł do salonu, zbliżył się do artysty z wyrazem wielkiego wzruszenia na twarzy i rzekł doń z wielką powagą: Wenn Mozart Sie gehört hätte, würde er Ihnen die Band gedrückt und bravo gesagt haben; ein so unbedeutender Mann, wie ich, darf sich dies nicht erlauben! To powiedziawszy, przyznał się, że sam jest starym nauczycielem muzyki, ale dałby dziesięć lat życia, żeby móc grać tak, jak on. Nie mniej rozczulony był stary poczmistrz, który pod silnym wrażeniem gry Fryderyka przyznał, że umrze spokojny i szczęśliwy, skoro mógł usłyszeć tak wielkiego artystę, jak ten młodziutki wirtuoz polski. Wywdzięczając się za tyle dowodów szczerego zachwytu, zagrał Fryderyk na pożegnanie jeszcze jednego mazurka, aż wreszcie przyszła kolej na uściski, oświadczenia wdzięczności i zadowolenia. Gdy miano wsiadać do dyliżansu, pani poczmistrzowa i jej córki nie zaniedbały ponapychać Fryderykowi wszystkich kieszeni ciastkami i cukierkami, a barczysty pan poczmistrz porwał go na ramiona i w triumfie zaniósł do karety, życząc szczęśliwej podróży i wszelkiej na świecie pomyślności.

Ferdynand Hoesick, Chopin: życie i twórczość. Tom 1, Warszawa: 1810-1831