Konteksty


[...] Sam nie wiem po co - może dlatego, że, bojąc się, jednocześnie bawiłem się moim strachem. [...] Wtedy burza zatrzymała się. Deszcz, wiatr, grzmot, blask - wszystko skończone. Cisza. [...]
Ja, rzecz jasna, nie zwariowałem na tyle abym sądził, że to mój ruch wstrzymał burzę. Ale - przez ciekawość - znów wyciągnąłem rękę w zupełnie ciemnym teraz pokoju - i co? - wicher, deszcz, grzmoty, znów się zaczęło!


Strzeżcie mnie
strażnicy moi cisi
bo słońce stygnie
a ostatni liść wawrzynu
był zakurzony
i nie nadawał się nawet do garnka
z pieczenią -
strzeżcie mnie przed tą kliszą
za trzy grosze
co wciąż się rozwija
przede mną
i chce mnie wciągnąć
jako aktora albo statystę
którego nie przewidział scenariusz -


Mam okno na tamtą stronę,
bezczelne żydowskie okno
na piękny park Krasińskiego,
gdzie liście jesienne mokną...
Pod wieczór szaroliliowy
składają gałęzie pokłon
i patrzą się drzewa aryjskie
w to moje żydowskie okno...
A mnie w oknie stanąć nie wolno
(bardzo to słuszny przepis),
żydowskie robaki... krety...
powinni i muszą być ślepi.
Niech siedzą w barłogach, norach
w robotę z utkwionym okiem
i wara im od patrzenia
i od żydowskich okien...
A ja... kiedy noc zapada...
by wszystko wyrównać i zatrzeć,
dopadam do okna w ciemności
i patrzę... żarłocznie patrzę...
i kradnę zgaszoną Warszawę,
szumy i gwizdy dalekie,
zarysy domów i ulic,
kikuty wieżyc kalekie...
Kradnę sylwetkę Ratusza,
u stóp mam plac Teatralny,
pozwala księżyc Wachmeister
na szmugiel sentymentalny...
Wbijają się oczy żarłocznie,
jak ostrza w pierś nocy utkwione,
w warszawski wieczór milczący,
w miasto me zaciemnione...
A kiedy mam dosyć zapasu
na jutro, a może i więcej...
żegnam milczące miasto,
magicznie podnoszę ręce...
zamykam oczy i szepcę:
– Warszawo... odezwij się... czekam...


Wiele razy mnie spowiadano i ja sam spowiadałem się przed przypadkowym rozmówcą albo przed wami, których się nazywa opinią publiczną. Wyznam teraz, może zbyt późno, że moja spowiedź była trochę prawdziwa, ale też mocno nieprawdziwa. Mówiłem o sobie i o swoim życiu odrobinę tak, jak oczekiwali moi rozmówcy. Oceniałem siebie i swój los w ten sposób, jakiego wy pragnęliście. Posługiwałem się kategoriami socjologicznymi, historycznymi czy psychologicznymi przez was ustanowionymi.

Ale teraz, pod koniec życia, myślę, że moje życie i mój los podlegały trochę innym regułom. Że robiłem to wszystko, co wy, ale myślami byłem gdzie indziej. Że mówiłem to wszystko, co mówiłem, i sam słuchałem ze zdziwieniem swego mówienia.

Ja nie jestem wdzięczny za swoje życie i nie byłbym wdzięczny za każde inne. Mnie się życie, nasz byt na tej małej planecie, zupełnie nie podoba. Mnie to życie nawet w jakiś sposób rani. Właściwie rani nie mnie, ale moją świadomość, która wysnuła się, wydęła się, wyrosła nie wiadomo z czego. Z drobin kodu genetycznego, z powietrza, wody, albo z kotletów schabowych.

Wiele jest dziwów, lecz żaden z nich
Nie jest tak przedziwny jak człowiek.
On i przez morze, siwe
W pędzącej z południa wichurze,
Przedziera się pod wytrysłymi
Z dna bałwanami. I Ziemię,
Najpocześniejszą z bogów,
Tę wieczną, niezmożoną, z roku na rok
Nęka orką, gnając tam i z powrotem
Muły z ostrymi pługami.
Swawolne ptaki, plemiona
Srogich zwierząt, ryby w słonej topieli
Osacza wszystkie i więzi
Ciasnymi pętami sieci
Przemyślny człowiek. Sposoby
Zna, by nad zwierzyną z pustkowia,
Wędrującą po wzgórzach, panować
I żeby bujnogrzywym koniom
I niestrudzonym bykom górskim
Karki przygnieść jarzmem.


Laskę, stóp przewodniczkę, jak i rzemień z trzciną
Nierozłączny, strach głowom dzieci, byczy ogon

Giętki dzięki oliwie, sandał z jedną podeszwą
i myckę z głowy, którą włosy pożegnały:

Znaki nauczycielskiej pracy Hermesowi
Panu złożył tu Kallon, gdy go starość zmogła.

Faniasz

Jan Steen

Nieobecni

Słyszą, a nie rozumieją, podobni głuchym. Do nich się odnosi powiedzenie: są tu, lecz jako nieobecni.

Heraklit

Powieszeni bracia

Dziwne wieści rozpowiadano o dwóch powieszonych braciach. Wprawdzie nie mówiono, że to upiory, ale utrzymywano, że nieraz w nocy ciała ich ożywione szatańską potęgą, odwiązują się z szubienic i niepokoją żyjących. Tę historię za tak pewną uważano, że pewien teolog z Salamanki napisał obszerny traktat, w którym dowodził, że wisielcy są czymś w rodzaju wampirów, czego już nieraz w świecie widziano przykłady, tak że na koniec najsilniej wątpiący zmuszeni byli uwierzyć. Chodziły także pogłoski, że potępiono niewinnie tych dwóch skazanych i że mszcząc się za pozwoleniem nieba, dręczą podróżnych i wędrowców. Wiele nasłuchałem się o tym w Kordowie; zdjęty ciekawością zbliżyłem się więc do szubienicy. Widok jej był tym obrzydliwszy, że podczas gdy wiatr bujał ohydnymi trupami, straszne sępy szarpały im wnętrzności i obskubywały z ostatków ciała. Ze zgrozą odwróciłem oczy i zapuściłem się w góry.

Jan Potocki, Rękopis znaleziony w Saragossie

Odwiedza nas 62 gości oraz 0 użytkowników.

Szukaj

Początek strony