
Nie dociekaj nie nasza to rzecz Leukonoe
kiedy umrzeć mam ja kiedy ty nie odsłaniaj
babilońskich arkanów Co ma być niech będzie
Czy wiele zim przed nami czy właśnie ostatnia
pędzi morze Tyrreńskie na oporne skały
rozważnie klaruj wino nadzieję odmierzaj
na godziny - czas biegnie zazdrosny o słowa -
i weseląc się dziś nie dowierzaj przyszłości
tłum. Adam Ważyk
Horacy

Co to za zapachy wokół mnie?
Co to za cisza?
Co znaczy ten spokój w moim sercu,
Tak wielki, dziwny i nowy?
Słucham, jak rosną kwiaty
I jak w lesie rozmawiają drzewa.
Mam wrażenie, że dojrzewają teraz marzenia
I pragnienia, i nowe zasiewy.
Spokój, Eino Leino (1898)
tłum. Małgorzata Sidz

Wsiadam do birlocho, wehikułu czysto miejscowego; trzęsę się po opustoszałych ulicach. Wreszcie oto wieś. Nieprzyjemna linia fortyfikacji Palmy zapada w ziemię. Droga wznosi się ciężko w górę, pomiędzy pagórki. Potem napotykając wąwóz stworzony przez potok górski, mknie wzdłuż niego. Ten potok to pierwsza woda na swobodzie, którą spotykam. Dawniej biegła wolna w głębi wąwozu, którego pochyłości porosłe są zielonymi dębami. Gdzieniegdzie wąwóz się rozszerza. Oto na szczycie ferma otoczona sosnami; kaktusy jeżą swe liście kolczaste, a niekiedy wkoło warzywnego ogródka czerwienią się jaskrawię pyszne kwiaty granatu. Wzgórze jest łagodne, spokojne, przyjemne, bon enfant, i tak dojeżdżam aż do klasztoru w Valdemosa, doliny, która je zamyka długim tarasem. Wyprostowane, niby żołnierze na paradzie, stoją tam u wejścia rzędem cyprysy. Pomiędzy nimi widoczne są stopnie z kamienia, które prowadzą do galerii nakrytej łukiem.
„Dla rozrywki profesor Jarocki zaproponował Fryderykowi przechadzkę dla obejrzenia miasteczka. Po powrocie z niej, gdy się okazało, że dyliżans jeszcze nie gotowy, weszli do domu, który służył za pocztę i restaurację zarazem. Wszedłszy do jadalni, Fryderyk spostrzegł w przyległym pokoju, niby salonie, fortepian. Zbliża się do niego, otwiera, próbuje, a że instrument ku jego najwyższemu zadowoleniu okazał się nastrojony, więc nie pytając się nikogo o pozwolenie, młody pianista zasiadł przed klawiaturą i zaczął grać. Niebawem na odgłos instrumentu wprawną dotykanego ręką wchodzi do sali jeden z podróżnych, staje za grającym i słucha. Chopin, spostrzegłszy to w lustrze, powiada po polsku do profesora Jarockiego: „No, zobaczymy, czy to artysta, czy tylko amator?..." - i zaczął improwizować. Przybyły jegomość stał jak skamieniały, duszą całą utonął w tonach tej dziwnie uroczej i uczuciowej muzyki i tylko wzrok jego śledził automatycznie wszelkie poruszenia rąk grającego: zapomniał o fajce, zapomniał o bożym świecie. Po chwili także i dwaj inni podróżni weszli do salonu, a zaraz potem po cichutku i ostrożnie otwarły się i drzwi z lewej strony, a w nich ukazał się pan poczmistrz i, przystanąwszy zdumiony, również zaczął słuchać. Po chwili otwarły się drzwi z prawej strony: weszła pani poczmistrzowa z dwiema dorosłymi córkami. Zachwycone, i one również stanęły na środku salonu, nie wiedząc, co znaczy ten koncert, skąd się zjawił tak cudnie grający wirtuoz.
Był to Prospero fortepianu, zaczarował go i odmienił, a przez dotknięcie klawiszów dawnego instrumentu perkusyjnego zaczął wywoływać cuda. Jak to się stało? W tym właśnie jest sekret chopinowski.
Przede wszystkim kazał fortepianowi śpiewać. Idea ta nie była intelektualnym wymysłem ani nie narodziła się w nim przypadkowo. Od dzieciństwa pasjonował się operą, zwłaszcza włoską, znał się świetnie na głosie i mógłby być znakomitym nauczycielem śpiewu. Instynktem wyczuł, że aby melodia nie brzmiała mechanicznie, potrzebuje oddechu, jak głos ludzki, i kazał fortepianowi oddychać. Tak powstało słynne tempo rubato. Używał go wyczuwając w nieodgadniony sposób gdzie ten oddech jest potrzebny, nie tracąc poszanowania dla zasad utworu i nie wychodząc z jego ram. Przekazał nam w spadku, że istnieje tylko jeden warunek, by stosować tempo rubato trafnie: trzeba mieć do tego nieomylne wyczucie.
" [...] Jesteś w Warszawie, wróciłeś z tych podróży do twojej strefy cienia. Tym usilniej trzy-masz się codziennych rytuałów, od wczesnego ranka. Zawsze takie samo śniadanie, za-wsze kawa, fajka, herbata, fajka. Zawsze sprawdzasz wiadomości, wychodzisz z psem, pracujesz do południa. Chciałbyś, by styl życia uzbroił cię do kontaktu z rzeczywistością.
Jednak cień gęstnieje. Twój pancerz nie wystarcza, cień wchodzi ci w głowę i ciało. Je-steś, od kiedy pamiętasz, osobą zaangażowaną w zmienianie świata; czasem mądrzej, czasem głupiej wiodło cię tam, gdzie stały barykady, więc stawałeś na niektórych, gdy byłeś młodszy, a potem, gdy się starzałeś, częściej tylko wspierałeś walki we wspólnych sprawach. Zauważasz jednak, że w młodości nie potrzebowałeś stylu życia, pancerza ułatwiającego poruszanie się w świecie. Bo twoim stylem życia – ba, nałogiem – było sta-nie na barykadzie, co chroniło cię przed dolegliwościami zwykłej żmudnej egzystencji.
Ale wciąż uważasz się za człowieka zaangażowanego, więc piszesz, gadasz publicznie, chodzisz na jakieś demonstracje, piszesz, gadasz. Jednak czujesz się coraz bardziej bez-radny; jak chłodno konstatujesz, nie wpływasz na zmianę postaw. Już nie uważasz się za jeden z tych kamieni, by posłużyć się Miłoszem, od których lawina bieg zmienia. Może, myślisz sobie, piszesz i gadasz po to, by nie odpuścić? I utrzymać tożsamość osoby za-angażowanej? Ale czy to złe motywacje? W każdym razie jakieś, lepsze niż żadne. Więc nie ustajesz, choć czasem mamroczesz: jak długo jeszcze? Tyle że nie ma w tym pytaniu gniewu i ognia Cycerona stającego przeciw Katylinie. Chodzi o to, ile energii oraz woli jeszcze z siebie wydobędziesz? Owszem, są chwile, gdy marzy ci się, że znajdziesz myśli i słowa, które przyczynią się do odmiany świata, choćby minimalnie. Ale starasz się tak od dawna, a dziś, gdy cień mrocznieje, coraz o to trudniej. Zatem już nie poszalejesz, będziesz jedynie dreptał. To twój obecny etos.
W tym wszystkim wspomaga cię styl życia, twierdza chwiejna, lecz chroniąca twoją au-tonomię przed cieniem. Może więc, myślisz dalej, doceń drinki w Baratti, zwłaszcza że piłeś je z bliskimi osobami. Doceń także pancerny obyczaj Jean-Paula oraz Simone. Do zachowania wolności prowadzą kręte ścieżki, zaś moralizowanie w tej sprawie – zresztą, w innych też – nikomu nie przynosi pożytku. Uznaj więc sens budowania własnego stylu życia, zaakceptuj też twoje etosowe dreptanie. Kto wie, dokąd dodrepczesz?"
Marek Beylin
Dialog nr 10/2025

Zewnętrznie podobny do pseudopolitycznego ekstremizmu, każdy ruch autentycznie opozycyjny, mający rzetelne podstawy do walki w sytuacji niezmyślonego zniewolenia lub wyzysku, niechcący sprzyja fałszerzom podającym mord za narzędzie walki o dobro, ponieważ zwiększa konfuzję panującą w analizie zajść i utrudnia, jeśli nie udaremnia, odróżnienie win pretekstowych od win rzeczywistych – a zresztą, kto i gdzie na tym świecie jest anielsko bezwinny do samego końca? Tak powstaje zadziwiająca skutecznością gra mimikry. Symulowana racja nie daje się odróżnić od racji niezmyślonej, i to nie tyle przez doskonałość aktorstwa symulantów, ile przez nie całkiem czyste sumienie społeczeństw, które zrodziły powojenny terroryzm.
Ostatecznie zabójczą agresję odpiera zabójcza opresja, policja pierwej strzela, niż legitymuje, demokracja, ratując się, musi w jakiejś mierze z siebie zrezygnować, toteż ekstremizm o zmistyfikowanych racjach wywołuje wreszcie takie reakcje, które to, co było sfingowane jako oskarżenie, obraca w oskarżenia zasadne. Zło okazuje się pragmatycznie bardziej skuteczne od dobra, skoro w tej dyslokacji sił dobro musi przeczyć sobie, by powstrzymać zło, czyli nie ma w tych rozgrywkach żadnej niepokalanej strategii zwycięskiej, skoro prawość zwycięża w takiej mierze, w jakiej sama się upodobni do zwalczanej nieprawości.
Stanisław Lem, "Biblioteka XXI wieku / Golem XIV"
Ze wstępu do fikcyjnej książki:
Horst Aspernicus, "Der Völkermord. I. Die Endlösung als Erlösung. II. Fremdkörper tod."
Odwiedza nas 136 gości oraz 0 użytkowników.