
Co takiego wydarza się między północą a świtem, jaki to lekki wstrząs, dziwny moment niepokoju, jakby oczy na wpół się otwarły na blask, a sen nie był już potem tak mocny? Czy to może doświadczenie – seria wstrząsów, których się nie czuje, kiedy następują, naraz rozluźnia tkaninę? Coś przełamuje? Taki opis sugeruje niszczenie i rozpad, tymczasem proces, o którym myślę, ma skutki wręcz przeciwne. Bez względu na to, czym jest, na pewno nie niszczy, raczej już ma charakter twórczy.
"Nie umiałam już wrócić na ulicę, przy której stał dom dziadków, i przekroczyć furtki, którą w przeszłości przekraczałam dziesiątki tysięcy razy. Nie umiałam nawet wejść w tę uliczkę, by sprawdzić, czy sąsiedzi żyją i jak zmieniło się to miejsce. Za każdym razem, kiedy wracam do mojego miasta, robi się ono coraz mniejsze, a ja przechodzę obok tej ulicy i nie jestem w stanie wejść w głąb. Widok ulicy Rybnej sprawia mi ból. Tęsknię za babcią i dziadkiem i dlatego chciałabym zapomnieć każdy kształt, który tam znałam, drzewo za ich podwórkiem, rządki roślin, wychodek, drewnianą komórkę na narzędzia, dach oblany smołą, drewno przykryte płachtą, na które dziadek nie pozwalał nam się wspinać, choć jego kształt idealnie nadawał się na statek. Środkowy i tak na nie wchodził, bo zawsze był najodważniejszy z naszej trójki. Najmłodsza też się wdrapywała, bo chciała robić to co on. Ja zaś miałam najwięcej cierpliwości do przyglądania się światu, choć – na swoją zgubę – nie umiałam oddzielić tego, co godne zarejestrowania, od tego, co nieważne, i tego, co ciekawe, od tego, co niewarte uwagi. Przylepiało się do mnie wszystko i niczego nie umiałam się pozbyć, dlatego teraz pamiętam, co chciałabym zapomnieć, a nie pamiętam tego, co chciałabym zachować we wspomnieniach.
"Na cmentarzu koło dziesiątej czekało już umówionych przez Hanię ośmiu ludzi z łopatami. Potężni, żylaści. Zaczęło się karczowanie krzaków. Berezowska przyprowadza Wasyla Danielickiego, który pamięta pogrzeb, i ma wskazać miejsce pochówku dziadka. Jest w nim dostojeństwo, dystynkcja, jakby nie pasował do otaczającego go kołchozowego świata.
– Tse tut (To tu) – wskazuje powykręcanym kosturem na kępę krzaków. Trwają długie debaty i spory o to, gdzie Tadeusz Modzelewski leży. Analiza zdjęć z pogrzebu. Wędrówki w czasie i przestrzeni. Odmierzanie kroków od widocznego na zdjęciu jesionu, który przez ponad 60 lat zmienił się w potężne drzewo. W końcu decyzja: kopiemy.
"Trudno byłoby sobie z tym wszystkim poradzić, gdyby nie pomoc innych mieszkańców. Ogrom pracy wiązał się z tym, że w gospodarstwie ciągle ktoś gościł. W czasie żniw przy maszynie do młócenia uwijało się nawet do dwudziestu osób. Niewiele mniejszy tłum gromadził się wczesną jesienią, gdy przychodziła pora na zbieranie ziemniaków. Z jednej strony oznaczało to jeszcze więcej obowiązków dla Anny. Jeśli sąsiad przychodził do ciebie robić, trzeba było go nakarmić, to rozumiało się samo przez się, bez żadnych wstępnych ustaleń. Porządny obiad dla wszystkich uważano za minimum uprzejmości. Z drugiej strony – Anna była w swoim żywiole, bo wokół ciągle się coś działo, zawsze można było do kogoś zagadać, czegoś się dowiedzieć.
Wspólnotowy wymiar tamtej pracy ciągle powraca w opowieściach nie tylko mojej babki, ale też innych osób, z którymi rozmawiałem. Zawsze mimochodem, bo oni sami nie traktują tego jako czegoś szczególnego. Tak się kiedyś robiło – kwitują, gdy zwracam im uwagę na ten wątek. Wspólnotowość dotyczyła zresztą nie tylko organizacji pracy, ale także relacji ekonomicznych. Częstowanie gości obiadem to tylko część szerszego zjawiska, na które składało się także „płacenie” za pomocą jajek, słoniny czy kaczek. Niewiele się zmieniło, odkąd młoda Ania biegała do piekarza wymienić skarpetki na chleb. W jedynym sklepie w Liszkowie kupowało się produkty za pieniądze, ale w sąsiedztwie wymieniano się towarami albo opierano się na „gospodarce długu”, na zasadzie: „ty mi latem pomagałeś przy żniwach, ja ci jesienią pomagam przy wykopkach”. Podobnie jak w Ujsołach kluczem było wzajemne zaufanie i utrzymywanie stałych relacji. Kiedy wiesz, że twój sąsiad nigdzie się nie wybiera i prędzej czy później będzie potrzebował twojej pomocy, nie musisz się obawiać, że nie dotrzyma obietnicy.
Jeśli dotąd nie było wolno wychodzić z celi, nie jestże frajdą spacer po ogródku pod bacznym spojrzeniem strażników? Któż wątpi, że w praktyce mniejsze zakłamanie jest lepsze od większego zakłamania? Ale poza doraźną odrobiną wolności istnieje przecież sprawa formy polskiej, stylu polskiego, polskiego rozwoju i polskiego stwarzania się. Ponieważ nie znoszę ersatzów i zawsze, w restauracji i w życiu, będę protestował, gdy kota podadzą mi jako zająca, więc i w tym wypadku nie mogę zgodzić się na ten ersatz, surogat, szminkę i tandetę. Wolność za pozwoleniem, koncesja na względną swobodę – co to jest? Ni pies, ni wydra. Dla autentyczności życia polskiego to gorsze niż stuprocentowy knebel, taki, który nie kłamie. To jest istnienie meteka, nieczyste, słabe, półżywe, nie doprowadzone do prawdziwego swego wyrazu.
Paul Valery (cytowany przez Czapskiego) powiadał: „przeszkody - to znaki niejasne, przed którymi jedni wpadają w rozpacz, drudzy zaś rozumieją, że jest coś do zrozumienia, ale są i tacy, którzy tych znaków nawet nie widzą...”.
Zastanawiałem się, jak odczytać ten znak? Leżała przede mną książka, a ja myślałem o spotkaniu w ogrodzie, kiedy Józef Czapski ofiarował mi pisma Simone Weil ze swymi adnotacjami na marginesie. Widziałem jego wzruszoną twarz, słyszałem drżący głos. Albo inna scena: jak ofiarował mi piękny obraz, „martwą naturę”. Obrazy tańczyły. Wokół milicjanci podrzucający kajdanki, a ja widzę nasze pierwsze spotkanie. Czapski zastał mnie w łazience, goliłem się. A on - starszy o 50 lat, wielki polski malarz i pisarz - wtargnął i wycałował mnie serdecznie. To było dziewięć lat temu... Chwilę potem jechaliśmy kolejką z Maison-Laffitte do Paryża. Mam w oczach tę kolejkę. Siedzimy obok siebie. Rozmawiamy o Simone Weil i o... Matejce. (Właśnie dzisiaj, 23 czerwca 1985 roku, przeczytałem wywiad z ks. prof. J. Pasierbem, pisarzem i historykiem. Mówi Pasierb o obrazie Matejki „Sobieski pod Wiedniem”: „w sali poświęconej malarstwu XIX wieku to jedyny obraz namalowany z rozmachem, z pasją i z talentem”. Co ty na to, Józiu?). Ale oto już Paryż. Jedziemy na wspólny obiad z Zygmuntem Hertzem i Kotem Jeleńskim. Patrzę: Czapski, wysoki i szczupły, siwy i piękny, mądry i dobry. „Niechludow” - mawiał o nim Zygmunt Hertz. Było coś celnego w tym nieco złośliwym określeniu przyjaciela. W tym człowieku ocalałym cudem z katyńskiej rzezi była ufność, która nie jest nieznajomością świata, ale świadomym wyborem. I była dobroć, bezgraniczna dobroć. Niechludow? Ależ tak! Determinacja Niechludowa i odwaga Don Kichota. (Nie bał się nikogo poza Giedroyciem).
Czytaj więcej: Są i tacy, którzy tych znaków nawet nie widzą
Mówisz: wiem, że istnieję. Zapytuję: kim jestem ów ja, którego znam? Jest rzeczą jak najbardziej pewną, że wiedza o tym [ja] tak ściśle ujętym nie zależy od tego, o czym nie wiem jeszcze, czy istnieje!
Odwiedza nas 113 gości oraz 0 użytkowników.