Konteksty

virginia woolf eseje wybraneCo ta­kie­go wy­da­rza się mię­dzy pół­no­cą a świ­tem, jaki to lek­ki wstrząs, dziw­ny mo­ment nie­po­ko­ju, jak­by oczy na wpół się otwar­ły na blask, a sen nie był już po­tem tak moc­ny? Czy to może do­świad­cze­nie – se­ria wstrzą­sów, któ­rych się nie czu­je, kie­dy na­stę­pu­ją, na­raz roz­luź­nia tka­ni­nę? Coś prze­ła­mu­je? Taki opis su­ge­ru­je nisz­cze­nie i roz­pad, tym­cza­sem pro­ces, o któ­rym my­ślę, ma skut­ki wręcz prze­ciw­ne. Bez wzglę­du na to, czym jest, na pew­no nie nisz­czy, ra­czej już ma cha­rak­ter twór­czy.

mie wszyscy pojdziemy do raju"Nie umia­łam już wró­cić na ulicę, przy któ­rej stał dom dziad­ków, i prze­kro­czyć furt­ki, którą w prze­szło­ści przekra­cza­łam dzie­siąt­ki ty­się­cy razy. Nie umia­łam nawet wejść w tę ulicz­kę, by spraw­dzić, czy są­sie­dzi żyją i jak zmie­ni­ło się to miej­sce. Za każ­dym razem, kiedy wra­cam do mo­je­go miasta, robi się ono coraz mniej­sze, a ja prze­cho­dzę obok tej ulicy i nie je­stem w sta­nie wejść w głąb. Widok ulicy Ryb­nej spra­wia mi ból. Tę­sk­nię za bab­cią i dziad­kiem i dla­te­go chcia­ła­bym za­po­mnieć każdy kształt, który tam zna­łam, drze­wo za ich po­dwór­kiem, rząd­ki ro­ślin, wy­cho­dek, drewnia­ną ko­mór­kę na na­rzę­dzia, dach ob­la­ny smołą, drew­no przy­kry­te płach­tą, na które dzia­dek nie po­zwa­lał nam się wspi­nać, choć jego kształt ide­al­nie nada­wał się na sta­tek. Środ­ko­wy i tak na nie wcho­dził, bo za­wsze był naj­od­waż­niej­szy z na­szej trój­ki. Naj­młod­sza też się wdra­py­wa­ła, bo chcia­ła robić to co on. Ja zaś mia­łam naj­wię­cej cier­pli­wo­ści do przy­glą­da­nia się świa­tu, choć – na swoją zgubę – nie umia­łam od­dzie­lić tego, co godne za­re­je­stro­wa­nia, od tego, co nie­waż­ne, i tego, co cie­ka­we, od tego, co nie­war­te uwagi. Przy­le­pia­ło się do mnie wszyst­ko i ni­cze­go nie umia­łam się po­zbyć, dla­te­go teraz pa­mię­tam, co chcia­ła­bym zapo­mnieć, a nie pa­mię­tam tego, co chcia­ła­bym za­cho­wać we wspo­mnie­niach.

"Na cmentarzu koło dziesiątej czekało już umówionych przez Hanię ośmiu ludzi z łopatami. Potężni, żylaści. Zaczęło się karczowanie krzaków. Berezowska przyprowadza Wasyla Danielickiego, który pamięta pogrzeb, i ma wskazać miejsce pochówku dziadka. Jest w nim dostojeństwo, dystynkcja, jakby nie pasował do otaczającego go kołchozowego świata.
– Tse tut (To tu) – wskazuje powykręcanym kosturem na kępę krzaków. Trwają długie debaty i spory o to, gdzie Tadeusz Modzelewski leży. Analiza zdjęć z pogrzebu. Wędrówki w czasie i przestrzeni. Odmierzanie kroków od widocznego na zdjęciu jesionu, który przez ponad 60 lat zmienił się w potężne drzewo. W końcu decyzja: kopiemy.

nic sie nie dzialo"Trud­no by­ło­by sobie z tym wszyst­kim po­ra­dzić, gdyby nie pomoc in­nych miesz­kań­ców. Ogrom pracy wią­zał się z tym, że w go­spo­dar­stwie cią­gle ktoś go­ścił. W cza­sie żniw przy ma­szy­nie do młó­ce­nia uwi­ja­ło się nawet do dwu­dzie­stu osób. Nie­wie­le mniej­szy tłum gro­ma­dził się wcze­sną jesienią, gdy przy­cho­dzi­ła pora na zbie­ra­nie ziem­nia­ków. Z jed­nej stro­ny ozna­cza­ło to jesz­cze wię­cej obo­wiąz­ków dla Anny. Jeśli są­siad przychodził do cie­bie robić, trze­ba było go na­kar­mić, to ro­zu­mia­ło się samo przez się, bez żad­nych wstęp­nych usta­leń. Po­rząd­ny obiad dla wszyst­kich uważano za mi­ni­mum uprzej­mo­ści. Z dru­giej stro­ny – Anna była w swoim ży­wio­le, bo wokół cią­gle się coś dzia­ło, za­wsze można było do kogoś za­ga­dać, cze­goś się do­wie­dzieć.
Wspól­no­to­wy wy­miar tam­tej pracy cią­gle po­wra­ca w opo­wie­ściach nie tylko mojej babki, ale też in­nych osób, z któ­ry­mi roz­ma­wia­łem. Za­wsze mimo­cho­dem, bo oni sami nie trak­tu­ją tego jako cze­goś szcze­gól­ne­go. Tak się kie­dyś ro­bi­ło – kwi­tu­ją, gdy zwra­cam im uwagę na ten wątek. Wspól­no­to­wość do­ty­czy­ła zresz­tą nie tylko organiza­cji pracy, ale także re­la­cji eko­no­micz­nych. Czę­sto­wa­nie gości obia­dem to tylko część szerszego zja­wi­ska, na które skła­da­ło się także „pła­ce­nie” za po­mo­cą jajek, sło­ni­ny czy ka­czek. Nie­wie­le się zmie­ni­ło, odkąd młoda Ania bie­ga­ła do pie­ka­rza wy­mie­nić skar­pet­ki na chleb. W je­dy­nym skle­pie w Lisz­ko­wie ku­po­wa­ło się produk­ty za pie­nią­dze, ale w są­siedz­twie wy­mie­nia­no się to­wa­ra­mi albo opie­ra­no się na „go­spo­dar­ce długu”, na za­sa­dzie: „ty mi latem po­ma­ga­łeś przy żni­wach, ja ci je­sie­nią po­ma­gam przy wy­kop­kach”. Po­dob­nie jak w Ujsołach klu­czem było wza­jem­ne za­ufa­nie i utrzy­my­wa­nie sta­łych re­la­cji. Kiedy wiesz, że twój są­siad ni­gdzie się nie wy­bie­ra i prędzej czy póź­niej bę­dzie po­trze­bo­wał two­jej po­mo­cy, nie mu­sisz się oba­wiać, że nie do­trzy­ma obiet­ni­cy.


Jeśli dotąd nie było wolno wychodzić z celi, nie jestże frajdą spacer po ogródku pod bacznym spojrzeniem strażników? Któż wątpi, że w praktyce mniejsze zakłamanie jest lepsze od większego zakłamania? Ale poza doraźną odrobiną wolności istnieje przecież sprawa formy polskiej, stylu polskiego, polskiego rozwoju i polskiego stwarzania się. Ponieważ nie znoszę ersatzów i zawsze, w restauracji i w życiu, będę protestował, gdy kota podadzą mi jako zająca, więc i w tym wypadku nie mogę zgodzić się na ten ersatz, surogat, szminkę i tandetę. Wolność za pozwoleniem, koncesja na względną swobodę – co to jest? Ni pies, ni wydra. Dla autentyczności życia polskiego to gorsze niż stuprocentowy knebel, taki, który nie kłamie. To jest istnienie meteka, nieczyste, słabe, półżywe, nie doprowadzone do prawdziwego swego wyrazu.


w cieniu totalitaryzmuPaul Valery (cytowany przez Czapskiego) powiadał: „przeszkody - to znaki niejasne, przed którymi jedni wpadają w rozpacz, drudzy zaś rozumieją, że jest coś do zrozumienia, ale są i tacy, którzy tych znaków nawet nie widzą...”.

Zastanawiałem się, jak odczytać ten znak? Leżała przede mną książka, a ja myślałem o spotkaniu w ogrodzie, kiedy Józef Czapski ofiarował mi pisma Simone Weil ze swymi adnotacjami na marginesie. Widziałem jego wzruszoną twarz, słyszałem drżący głos. Albo inna scena: jak ofiarował mi piękny obraz, „martwą naturę”. Obrazy tańczyły. Wokół milicjanci podrzucający kajdanki, a ja widzę nasze pierwsze spotkanie. Czapski zastał mnie w łazience, goliłem się. A on - starszy o 50 lat, wielki polski malarz i pisarz - wtargnął i wycałował mnie serdecznie. To było dziewięć lat temu... Chwilę potem jechaliśmy kolejką z Maison-Laffitte do Paryża. Mam w oczach tę kolejkę. Siedzimy obok siebie. Rozmawiamy o Simone Weil i o... Matejce. (Właśnie dzisiaj, 23 czerwca 1985 roku, przeczytałem wywiad z ks. prof. J. Pasierbem, pisarzem i historykiem. Mówi Pasierb o obrazie Matejki „Sobieski pod Wiedniem”: „w sali poświęconej malarstwu XIX wieku to jedyny obraz namalowany z rozmachem, z pasją i z talentem”. Co ty na to, Józiu?). Ale oto już Paryż. Jedziemy na wspólny obiad z Zygmuntem Hertzem i Kotem Jeleńskim. Patrzę: Czapski, wysoki i szczupły, siwy i piękny, mądry i dobry. „Niechludow” - mawiał o nim Zygmunt Hertz. Było coś celnego w tym nieco złośliwym określeniu przyjaciela. W tym człowieku ocalałym cudem z katyńskiej rzezi była ufność, która nie jest nieznajomością świata, ale świadomym wyborem. I była dobroć, bezgraniczna dobroć. Niechludow? Ależ tak! Determinacja Niechludowa i odwaga Don Kichota. (Nie bał się nikogo poza Giedroyciem).

O istnieniu

Mówisz: wiem, że istnieję. Zapytuję: kim jestem ów ja, którego znam? Jest rzeczą jak najbardziej pewną, że wiedza o tym [ja] tak ściśle ujętym nie zależy od tego, o czym nie wiem jeszcze, czy istnieje!

 

 

Kartezjusz

Przypadek i los

Wszystko, Peryklesie, człowiek ma od Tyche i Mojry.
Fragment z zaginionych wierszy Archilocha

Odwiedza nas 113 gości oraz 0 użytkowników.

Szukaj

Początek strony