Malowanie jest bez sensu, zmieniam zawód, już ostatecznie. Muszę mieć fach poważny - psychologia? prawo? Jeśli psychologia, to byłam zawsze praktykiem, choć nie rezygnowałam z aspiracji naukowych. Świadczy o tym kilkanaście artykułów w prasie fachowej oraz przewód doktorski otworzony niedawno.
Piszę pracę z zakresu wiktymologii. Przeczytałam, że ta nauka o ofiarach przestępstw rozpatruje świat w kategoriach krzywdy, cierpień i poniżenia człowieka, i pomyślałam, że nauka tak szlachetna nie powinna przeoczyć zagadnienia czerni. Zwróciłam się do doktora habilitowanego i poprosiłam o opiekę naukową nad moją pracą.
- Jakie pytanie postawiła pani przed sobą? - zapytał na wstępie doktor.
- Czy człowiek jest skazany na czerń.
- To dobre pytanie - pochwalił mnie, nie dziwiąc się specjalnie. -A czy zdefiniowała już pani pojęcie czerni?
- No nie właśnie.
- Nie szkodzi. W nauce tak bywa, że podstawowe pojęcia są niedookreślone - „człowiek” chociażby albo „wszechświat”, albo „szczęście”, albo „Bóg" - a cała konstrukcja na nich zbudowana jest poprawna. Więc i pani nie dookreśli pojęcia czerni, choć spróbuje się przybliżyć do niej, nieprawdaż? Czy czerń ma synonimy?
- Poniżenie, upokorzenie, udręka, mrok... ale to wcale nie przybliża.
- Czy da się ją wywieść od czegoś?


- Od Biblii. Czerń od Biblii, jasność od Odysei. Czerń jest pionowa, a jasność horyzontalna. Czasami idzie to od krainy: Wileńszczyzna daje jasność, a Karpaty mrok. Czy może to mieć związek z ziemią, jak pan myśli?
- Więc wprowadza pani także pojęcie jasności: tej reszty, która nie jest czernią. Czy może na odwrót? Ale nie, nie można stawiać człowieka w podobnej sytuacji. Jeśli wyodrębnimy czerń, a cała reszta będzie jasnością, mamy ogromną szansę bycia jasnymi, co powinno budzić otuchę.
Czy granice są przekraczalne?
Czy istnieje przemienność roli?
A jak z dziedzicznością?
Czy są ludzie szczególnie podatni na bycie ciemnymi? Twórcy wiktymologii uważają, że niektórzy ludzie są podatni na bycie ofiarą. Czy obserwujemy tu zjawisko podobne?
Czy czerń jest stanem subiektywnym, związanym ze świadomością? Mogą istnieć dwa poglądy: że tylko uświadamiana jest cierpieniem oraz że istnieje obiektywnie, postrzegana przez innych. Pani będzie trwała, naturalnie, przy tym drugim?
- Świadomość własnej czerni łączy się z pychą. Poczucie naznaczenia, wie pan...
- To się nazywa w nauce labeling. Człowiek staje się inny, kiedy go naznaczają instytucje - prasa, opieka społeczna, psychiatria, sąd. Tutaj mamy jednak do czynienia z przypadkiem szczególnym: auto naznaczeniem. Jest więc zgoda na czerń, jest wybór.
- Wybór istnieje między dobrem i złem, nie między jasnością i czernią. Człowiek zgadza się, kiedy już wyboru nie ma. (Być może istotą czerni jest wewnętrzne przyzwolenie na nią,..?)
- A to się nazywa internalizacja - uznanie za własną roli narzuconej. Idźmy dalej. Czy istnieje czerń udawana? A jasność? Na ciekawym tropie jesteśmy: wykrywa pani istnienie fałszywej jasności przy braku fałszywej czerni.
Dalej. Jak pomóc ciemnym. Może kliniki? Proponowano leczenie kliniczne osób, które łatwo stają się ofiarami.
To co, to kliniki dla ciemnych, tak? Leczenie farmakologiczne nic nie da, psychoterapia raczej.
Czy wprowadzimy przymus leczenia, czy też kuracja będzie dobrowolna?
A może karać za czerń?
Trening? Myśli pani?

W ten sposób szkicowałam powoli plan mojej pracy doktorskiej oraz precyzowałam temat. Tytuł byłby rzeczowy: Psychologiczne aspekty wiktymności i wiktymizacji oraz sposoby przeciwdziałania im. Analiza przypadku. A w bibliografii znalazłoby się parę pozycji w językach obcych, traktujących o jasności i czerni: Schwarz-Weiss-Theorie; Théorie de bicouleur; Iz woprosow kontrastnogo, dwucwietnogo ponimanja licznosti, i inne.
W dniu, w którym ustaliliśmy temat, odbywała się kolejna manifestacja, tym razem kierowców autobusów miejskich i wozów przedsiębiorstwa oczyszczania. Stali na rondzie już drugi dzień i chcieli, wbrew zakazowi władz, skręcić w lewo, w stronę budynków rządowych i ambasady radzieckiej. „Solidarność” zaś prosiła, żeby jechali przed siebie.
Zapytałam doktora habilitowanego, jak myśli, czy my przetrwamy to wszystko, bo znowu jedni drugich zaczęli o to pytać, ale nie wiedział: nic nie postanowił w tej sprawie. - Człowiek musi podjąć decyzję o przetrwaniu. Ja jej jeszcze nie podjąłem, więc nie wiem, czy przetrwam.
Miał naturalnie rację. Kiedy w przeddzień strajku powszechnego kazałam córce przeżyć, zaczęłam od tego samego: - Przede wszystkim musisz postanowić, że przeżyjesz.
Nazajutrz kierowcy z ronda, obwieszeni girlandami kwiatów, pojechali przed siebie i nie musieliśmy podejmować decyzji, a ja mogłam zabrać się do konspektu pracy doktorskiej.
Najpierw będzie wstęp. Trzeba zacząć od podstawowych pojęć wiktymologii oraz krótkiej historii tej nauki - że wymyślili ją prawnicy izraelscy, Drabkin i Mendelsohn, i że szybko się rozwinęła. Tu mój promotor proponował rozwinięcie refleksji o związku między losami narodu spychanego w czerń przez historię a stworzeniem nauki o ofiarach. (Byli zbyt czarni dla świata i świat ich odepchnął, ale ich cała historia jest stałym dźwiganiem się do jasności. Może koncepcja narodu wybranego była próbą uporania się z tą sprawą?) Przerwałam jednak te interesujące skądinąd rozważania. - Nie obchodzi mnie czerń w makroskali, panie doktorze. Analizuję przypadek konkretny.
Tyle zawierałby wstęp. Rozdział zasadniczy zaprezentuje ów analizowany przypadek, a przede wszystkim stopień wiktymności, jaki wykazywała osoba badana (dobrze byłoby pomiary przeprowadzić, ustalić poziom czerni w organizmie, ogromnie zobiektywizowałoby to pracę), oraz proces popadania w czerń, do momentu gdy Nasz Przypadek uznaje samą siebie za gorszą od innych.
- Byłoby to zakończenie procesu wiktymizacji wtórnej - objaśnił doktor. - Polega na przyjęciu do wiadomości, że się jest gorszym. Podobno - czasami - można się z tego wyrwać.
I część praktyczna na koniec: metody terapii.
Zatem:
Z malowania zrezygnowałam ostatecznie, robię doktorat i mam pewne propozycje w zakresie leczenia osób czarnych. Terapia będzie prosta: żeby wyćwiczyć jasność, należy przeżyć czerń, porządnie i do końca.
W Holandii leczy się ludzi z choroby obozowej preparatem LSD-25. Lek uruchamia w mózgu ośrodki, w których tkwią rzeczy zepchnięte w podświadomość, i pacjenci, bełkocząc i płacząc, opowiadają o obozie; podobno osiąga się tą drogą doskonałe wyniki.
Ja nie zamierzam stosować metod drastycznych: wystarczy przeżyć wszystko jeszcze raz, nie uchylając się od smutku.
Technika przetrwania polegała na nieprzyjęciu cierpienia i współczucia. „Z pieców ognistych [...] uratowaliśmy się przebiegłością i wiedzą...” - to była nasza chytrość. Smutek rozpraszał, a przeżycie wymagało koncentracji. Smutek osłabiał, a przeżycie wymagało wielkiej siły. - No i teraz przeżyjesz, nie uchylając się od smutku - powtarzam tej, na której mam obowiązek sprawdzić moją metodę, jak lekarz, który pierwszy przyjmuje wynaleziony przez siebie lek. - Usiądź sobie - mówię, bo tak właśnie, w drugiej albo i trzeciej osobie, będę o niej pisać. Analizuję przypadek, a praca doktorska wymaga należytego dystansu wobec obiektu badanego. -To miłe z twojej strony, że zgodziłaś się być tematem. Usiądź, moja droga, i spróbuj przeżyć jeszcze raz.

(...)

Moje nauki dla córki, jak przeżyć, nie tylko nie starzeją się, ale przeciwnie, znów jakby nabrały znaczenia. Ludzie zaczęli zapewniać, że czują coś, że coś się zbliża i to będzie straszne. Jeszcze nic się nie stało, mówią, wciąż nie, wszystko dopiero ma się stać i to nie może nie być straszne. Dobrze by postawić na działce piec, bo jeśli to zdarzy się zimą, na wsi łatwiej będzie o przeżycie. Co do Narwi, nie jest to wcale pewne, bo podczas ostatniej wojny tędy właśnie, dokładnie skarpą, szedł front. Są jeszcze okopy, pociski i kości. Czasem zastanawiamy się, czy ludzie, których kości znajdujemy, zdążyli zauważyć, jak dziwnie rozległy jest widok na łąkę, rzekę i łachy piasku po drugiej stronie.
Słuchaj, mówię. Przede wszystkim musisz wiedzieć, że przeżycie nie jest dziełem przypadku.
Na przeżyciu musisz się skupić. Przeżycie wymaga wyjątkowego wprost skupienia, a skupienie wymaga siły. Dużo sił idzie na przeżycie, może dlatego nie starcza ich później na różne rzeczy, na miłość na przykład albo na pisanie.
Dalej:
Należy wyodrębnić siebie ze świata. Wtopienie się w ludzi i świat zdjęłoby z ciebie odpowiedzialność za własne przeżycie i rozproszyłoby uwagę.
Nie dopuszczaj do siebie zbędnego smutku. Smutek mógłby cię osłabić. Mówią, że tylko niedobrzy i opancerzeni przeżyli, ale to nieprawda. Przetrwali ci, którzy zgodzili się nie dopuszczać do siebie współczucia i cierpienia. Gdybym na przykład przyszła do ciebie i w czarnej sukience usiadła na brzeżku krzesła, starając się płakać jak najciszej, masz wysunąć rękę z moich rąk, powiedzieć: - No trudno, za to ja żyję - i szybko wyjść z pokoju, nie pozwalając, by dopadł cię gdzieś mój smutek. To straszny trud wymotać się ze smutku, lepiej więc miej się na baczności cały czas. - No trudno - masz powiedzieć spokojnie, wysunąć rękę z moich rąk i wyjść, zostawiając mnie na brzeżku krzesła...
I jeszcze coś.
Niech ci za bardzo nie zależy na tym przeżyciu. Podobno nie wolno krzątać się koło tego przesadnie, podobno większe szanse mają ci, którym specjalnie nie zależy. Więc nie krzątaj się, a tylko cichutko, mimochodem, skoncentruj siły, wyodrębnij siebie ze świata i nie dopuść smutku.

To mogłoby się zdarzyć na skarpie nad Narwią. Byłoby zapewne estetyczne i świetliste - nie tak może jak Krahelska, ale o wiele bardziej od Rywki Urman. Do niedawna myślałam, że nic tak nie obnaża czerni i nie potwierdza jasności jak to, ale ostatnio zauważyłam, że istnieją prostsze kryteria. Choćby sposób patrzenia na moją skarpę. Jaśni podchodzą do niej szybkim, zdecydowanym krokiem, podnoszą wzrok i patrzą na wszystko od razu: na ciemną zieleń drzew u podnóża skarpy i jasną zieleń łąki za drzewami, i krzaki na łące, i światło przelewające się przez wodę, i zakole na drugim brzegu, i piasek, i las za piaskiem, od razu na wszystkie kurtyny lasu, nawet tę ostatnią, z jasną wyrwą pośrodku, na widok której człowiek tak bardzo chce wiedzieć, co jest dalej. Niektórzy, jak na przykład właściciel pieca zdobionego rokajami, mówią nawet: - O, o, tam, tam ja jestem - i pokazują ni mniej, ni więcej, tylko wyrwę w ostatniej, najciemniejszej kurtynie, mając na myśli swój dom, który podobno tam właśnie jest, na jakiejś działce.
Czarni nigdy by tak nie patrzyli. Czarni zsuwaliby wzrok po zboczu ukradkiem, stopniowo, w dół, potem ostrożnie podnosiliby go na wysokość rzeki, wreszcie odważyliby się spojrzeć na zakole i las. No popatrz, pomyślałby czarny, jest zakole i las. Znów mi się udało.
Moim zdaniem skarpę nad Narwią można porównać tylko z tym fragmentem sufitu w Kaplicy Sykstyńskiej, na którym Bóg, stworzywszy Adama, mówi: - Jesteś tu. To teraz cię zostawiam... - i powoli oddala się, a Adam próbuje Go jeszcze dotknąć wskazującym palcem, jeszcze jeden jedyny raz, na pożegnanie.
Czarni jeśli patrzą na kogoś wprost, to najwyżej na tę kobietę z wysoko upiętymi włosami, którą Bóg obejmuje za szyję, już nieświadom jej obecności, już cały zwrócony do Adama. - Nie patrz na Niego tak - mówi do tej kobiety czarny - zrób coś z oczami, nie patrz tak...
Jaśni wyciągają się tymczasem na posadzce na wznak, podkładają pod głowę splecione ręce i patrzą na palce Boga i Adama.
Jaśni sądzą, że im się wszystko należy, nawet nasza skarpa, nawet sufit w Kaplicy Sykstyńskiej.
Właściwie do mojej terapii dla czarnych powinnam włączyć patrzenie. Najpierw ten rzeczowy krok mogliby trenować od drogi przez jałowce, a potem patrzenie od razu na las za brzegiem.
- Ta skarpa ci się należy - mówiłabym osobie poddawanej terapii. - To straszny grzech - upierałaby się tamta, której nie należy się nic poza barakiem po prawej stronie. - Ale my, jaśni - zapewniłabym - bierzemy grzech na siebie. Wraz z karą, no naturalnie. To prawda, że kara za grzech naszej pychy dosięga wszystkich, was także, ale i tak dostaje się wam sporo.
Możecie i nami być.
Wtedy dopiero, w naszym poniżeniu i strachu, kiedy strzelają do wszystkich.
Tylko wtedy.
No to macie sporo.

Fragment tekstu „Sublokatorka”.
Znalezione w: Hanna Krall, Fantom bólu
Wydawnictwo Literackie, 2017