Konteksty


Polityka interesuje mnie tylko o tyle, o ile staje się kwestią sumienia. Takie chwile na pewno istnieją i u nas teraz jest ona bliska.

Dziennik 1943-1948, Sándor Márai

Autor obrazu: Julek Lewandowski, "insiders and outsiders""insiders and outsiders"


Malowanie jest bez sensu, zmieniam zawód, już ostatecznie. Muszę mieć fach poważny - psychologia? prawo? Jeśli psychologia, to byłam zawsze praktykiem, choć nie rezygnowałam z aspiracji naukowych. Świadczy o tym kilkanaście artykułów w prasie fachowej oraz przewód doktorski otworzony niedawno.
Piszę pracę z zakresu wiktymologii. Przeczytałam, że ta nauka o ofiarach przestępstw rozpatruje świat w kategoriach krzywdy, cierpień i poniżenia człowieka, i pomyślałam, że nauka tak szlachetna nie powinna przeoczyć zagadnienia czerni. Zwróciłam się do doktora habilitowanego i poprosiłam o opiekę naukową nad moją pracą.
- Jakie pytanie postawiła pani przed sobą? - zapytał na wstępie doktor.
- Czy człowiek jest skazany na czerń.
- To dobre pytanie - pochwalił mnie, nie dziwiąc się specjalnie. -A czy zdefiniowała już pani pojęcie czerni?
- No nie właśnie.
- Nie szkodzi. W nauce tak bywa, że podstawowe pojęcia są niedookreślone - „człowiek” chociażby albo „wszechświat”, albo „szczęście”, albo „Bóg" - a cała konstrukcja na nich zbudowana jest poprawna. Więc i pani nie dookreśli pojęcia czerni, choć spróbuje się przybliżyć do niej, nieprawdaż? Czy czerń ma synonimy?
- Poniżenie, upokorzenie, udręka, mrok... ale to wcale nie przybliża.
- Czy da się ją wywieść od czegoś?


Człowiek wielkoduszny nie naraża się dla rzeczy małych i w ogóle nie lubi się narażać, bo niewiele rzeczy ceni. Umie zaś stawić czoło grozie, gdy chodzi o rzeczy wielkie, i nie szczędzi wtedy życia, bo nie uważa, jakoby trzeba było żyć za każdą cenę. (...) Jest też znamienne dla człowieka wielkodusznego, że o nic lub niemal o nic nie prosi, natomiast chętny jest do usług. Wyniosły jest wobec ludzi na wysokich stanowiskach, a łagodny wobec ludzi średnich. Przewaga bowiem nad tamtymi jest trudem i godna szacunku, a nad drugimi łatwa, i wynoszenie się nad tamtych nie jest nieszlachetne, a wynoszenie się nad nędzarzy jest czymś prostackim, tak jak przemaganie słabych.


31 października 2020 r. ponad tysiąc osób zgromadzonych pod oknami bloku na ulicy Mickiewicza w Warszawie obejrzało niezwykły spektakl. Naprzeciwko domu Jarosława Kaczyńskiego grupa artystów wystawiła „Dziady” Adama Mickiewicza w reżyserii Oskara Sadowskiego. Z okien mieszkań padły, skandowane przez widzów, słynne wersy dramatu: „A kysz, a kysz!”, skierowane do władzy głuchej na głos protestujących od wielu dni kobiet. W tym artystycznym manifeście wzięło udział ponad 30 aktorów. Muzykę do spektaklu skomponował Baasch, który razem z zaproszonymi gośćmi (Ralph Kamiński, Michał Szpak, Maria Sadowska) zaśpiewał utwór „Moje ciało, mój wybór” - hołd dla kobiet walczących o swoje prawa.


lekcja laciny adam wodnickiPowiada się, że prawdziwą więzią wspólnotową jest język. Tutaj - to zakorzenienie w języku. Ale co, gdy wraz z językiem z tutaj, język z gdzie indziej od lat noszony w sobie jak wiatyk, zawłaszcza myśli - nawet sny - kiedy otwiera nowe, niedostępne przedtem obszary wrażliwości?
Lecz taka podróż - raz podjęta - prowadzi zwykle dalej: tam, gdzie gdzie indziej staje się niemiejscem - i to nie w tym znaczeniu, jakie nadaje mu francuski antropolog Marc Auge, ale tym - wziętym z filozoficznego języka gnozy - które oznacza miejsce poza granicą tego, co jest, poza czasem, kiedy człowiek - jakby w środku zakreślonego kredą koła - staje twarzą w twarz z sobą samym i zdumiony odkrywa, że przywołane gdzieś z dna pamięci imiona rzeczy, inkantacje, obrządki i ceremoniały odzyskują moc: że czas nie musi biec jak oszalały od nieszczęścia do nieszczęścia, od klęski do klęski, ale może układać się w uporządkowane sekwencje, wszystko powraca na swoje miejsce, tam gdzie być powinno - klimaty dzieciństwa, zapachy, dźwięki, poczucie bezpieczeństwa, nawet duchy odzyskują bezpieczne istnienie. Że wystarczy znaleźć właściwe zaklęcie, właściwe słowo. No właśnie, słowo...

Lekcja łaciny, Adam Wodnicki
Wyd. Austeria, 2016

przemowa noblowska olgi tokarczuk
Przemowa noblowska Olgi Tokarczuk

Laureatki literackiej Nagrody Nobla 2018

"Czuły narrator

1.

Pierwsze zdjęcie, jakie świadomie przeżyłam, to zdjęcie mojej matki, jeszcze zanim mnie urodziła. Zdjęcie jest niestety czarno-białe, przez co ginie wiele szczegółów, stając się zaledwie szarymi kształtami. Światło jest miękkie i deszczowe, chyba wiosenne i najpewniej sączy się przez okno, utrzymując pokój w ledwie zauważalnym blasku. Mama siedzi przy starym radiu, takim, które miało zielone oko i dwa pokrętła - jedno do regulowania głośności, drugie do wyszukiwania stacji. To radio stało się potem towarzyszem mojego dzieciństwa i z niego dowiedziałam się o istnieniu kosmosu. Kręcenie ebonitową gałką przesuwało delikatne czułki anten i w ich zasięg trafiały rozmaite stacje - Warszawa, Londyn, Luksemburg albo Paryż. Czasami jednak dźwięk zamierał, jakby pomiędzy Pragą a Nowym Jorkiem, Moskwą a Madrytem czułki anteny natrafiały na czarne dziury. Wtedy przechodził mnie dreszcz. Wierzyłam, że poprzez to radio odzywają się do mnie inne układy słoneczne i galaktyki, które wśród trzasków i szumów wysyłają mi wiadomości, a ja nie umiem ich rozszyfrować.

Wpatrując się w to zdjęcie jako kilkuletnia dziewczynka byłam przekonana, że mama szukała mnie, kręcąc gałką radia. Niczym czuły radar penetrowała nieskończone obszary kosmosu próbując dowiedzieć się, kiedy i skąd przybędę. Jej fryzura i ubiór (duży dekolt w łódkę) wskazują, kiedy zrobiono to zdjęcie - to początek lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Patrząca gdzieś poza kadr, nieco zgarbiona kobieta, widzi coś, co nie jest dostępne oglądającemu to zdjęcie. Jako dziecko rozumiałam to tak, że ona patrzy w czas. Na tym zdjęciu nic się nie dzieje, to fotografia stanu, nie procesu. Kobieta jest smutna, zamyślona, jakby nieobecna.

Kiedy ją potem pytałam o ten smutek - a robiłam to wiele razy, żeby zawsze usłyszeć to samo - mama odpowiadała, że jest smutna, bo jeszcze się nie urodziłam, a ona już do mnie tęskni.
- Jak możesz do mnie tęsknić, skoro mnie jeszcze nie ma? - pytałam. Wiedziałam już, że tęskni się za kimś, kogo się utraciło, że tęsknota jest efektem straty.
- Ale może też być odwrotnie - odpowiadała. - Jeżeli się do kogoś tęskni, to on już jest.

Ta krótka wymiana zdań gdzieś na zachodniej polskiej prowincji pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku, wymiana zdań między moją mamą i mną, jej małym dzieckiem, utkwiłami na zawsze w pamięci i dała zapas mocy na całe życie. Wyniosła bowiem moje istnienie poza zwyczajną materialność świata i przypadkowość, poza przyczynę i skutek oraz prawa prawdopodobieństwa. Umieściła je niejako poza czasem, w słodkim pobliżu wieczności. Zrozumiałam moim dziecięcym umysłem, że jest mnie więcej niż sobie do tej pory wyobrażałam. I nawet, jeżeli powiem: „Jestem nieobecna”, to i tak na pierwszym miejscu znajduje się: „Jestem” - najważniejsze i najdziwniejsze słowo świata.

W ten sposób niereligijna młoda kobieta, moja mama, dała mi coś, co kiedyś nazywano duszą, a więc wyposażyła w najlepszego na świecie czułego narratora.

Stary budzik

Najgorsze, że od czasu do czasu wszystko rozlatuje się jak stary budzik. Człowiek stoi nad kupą śrubek, z których każda niby jest osobnym i materialnym przedmiotem, ale nie wiadomo, do czego służy, bo wyskoczyła ze swojej funkcji, a sama jako taka nic poza fragmentem sztuki abstrakcyjnej nie oznacza. Męczący to stan. Inny, a podobny, a może ten sam, tylko inaczej przedstawiony, to ten, kiedy z wielką jasnością powstaje pewność, że nie ma żadnej zasługi ani żadnego osiągnięcia i że tak samo nagi i goły stoję jak po urodzeniu, że nic w ciągu tych trzydziestu paru lat się nie wydarzyło, że niczego nie było i najwyżej, w najlepszym wypadku, jest tylko ta skromna kupka, która jest aktualnie. Żadnych zapasów, żadnych szańców, schroniska żadnego człowiek nie jest w stanie sobie zbudować ani zabezpieczyć i na wielkim wichrze zawsze znienacka się znajdzie, chociażby wydawało mu się przedtem, że w pięknie malowanych komnatach przy kominku jasnym sobie przebywał.

Fragment z listu Sławomira Mrożka do Stanisława Lema
20.10.1964

Nieobjęta ziemia

Krętymi drogami, z których widać niżej złote kopuły dźwigających się i zapadających się miast, miraże falujących ulic, myśliwych polujących na gazele, scenę  pasterską przy strumieniu, na ornych polach w południe odpoczywające pługi, tak wiele i w takiej zmienności, z muzyką w powietrzu piszczałek i fletów, z nawoływaniem głosów, które kiedyś były. Kręte drogi, niepoliczone wieki, ale czy mógłbym wyrzec się tego, co dostałem, świadomości, wiedzy, nigdy nie spełnionego dążenia do celu? Nawet jeżeli tak być musiało, że cel, o którym długo nic nie było wiadomo, obracał nasze dążenie w pośmiewisko. Wyrzec się, zamknąć, umartwić wzrok, słuch i dotyk, w ten sposób zdobyć wolność i nie lękać się już, że coś nam zostanie odebrane, nie, tego nie umiem.

Z tomu „Nieobjęta ziemia” Czesława Miłosza

Odwiedza nas 62 gości oraz 0 użytkowników.

Szukaj

Początek strony