
Gombrowicz doskonale rozumiał, że „cud Jeleńskiego” to coś więcej niż połączenie wrażliwości i lotnej inteligencji: „Wykorzystuje wszystkie atuty swojej sytuacji paryskiej i rosnącego osobistego prestiżu, żeby mnie popchnąć”. Zadziwiające, jak celny portret Jeleńskiego stworzył Gombrowicz w okresie, kiedy jeszcze osobiście się nie znali: „Nie uważam za dziwne, że on z taką łatwością wchłania i przyswaja sobie moją łatwość... on cały jest łatwy, nie piętrzy się, jak rzeka na przeszkodzie, płynie wartko w tajnym porozumieniu ze swoim łożyskiem, nie druzgocze, przenika, przecieka, modeluje się wedle przeszkód... on nieomal tańczy z trudnościami. Otóż ja po trosze też jestem tancerzem i mnie ta perwersja (żeby «łatwo» podejść do tego, co «trudne») jest bardzo właściwa, mniemam, że to jeden z fundamentów mego literackiego uzdolnienia.
"Albo tak:
zimno jak diabli, wieje, deszcz zacina, idziesz karmić pingwiny. Okutany w szalik i w rękawiczkach. W prawej ręce w wiadrze – osiem kilo śledzi, w lewej – osiem kilo szprot i gromadników. Ale jesteś dzielny, bo takie masz zadanie sympatyczne, bądź co bądź, w tę chujową pogodę. Bo robisz to, co zawsze chciałeś. Zawsze. I tak idziesz, a obok ciebie Pan Żółty, bo już czekał blisko wejścia na wybieg. I kaczki też się tam obok zakręciły. Twoje ulubione kaczuchy, małe dinozaury. I Kapitan wystawia swój krzywy dziób z gniazda i wyskakuje zaraz obok twoich butów, bo już wie, że zaraz zje. Wyskakują z wody, wychodzą z gniazd i spomiędzy głazów: Sven i Emma, Muminek z Migotką, Brad i Angelina, Cher, Jack Sparrow, Tucker, Ester, Goffer i Harpia. I wzruszasz się strasznie, no gardło masz po prostu ściśnięte ze szczęścia, bo jednak zimno we Wrocławiu to mają wszyscy, ale tylko ty idziesz teraz karmić pingwiny. Tak jak zawsze chciałeś.
I wtedy mewa sra ci prosto między oczy."
Patryk Pufelski,Pawilon małych ssaków
Wydawnictwo Karakter, 2022
Kiedyś mogłem być we wszystkim, być wszystkim. Teraz, w nieudolności dojrzałych lat, chciałem zebrać wszystko wokół siebie, w ramach drobnej kompensacji tego, co straciłem.
Starzenie się empaty jest procesem dziwnym i bolesnym. Korytarze prowadzące do innych oraz do ich historii, niegdyś otwarte, teraz okazują się zamurowane. Przymusowe zasiedzenie w domu własnego ciała.
Wcześniej chwilami odczuwałem potrzebę zamknięcia się w ciemności, aby nic nie wzbudzało empatii, posiedzenia w takiej leczniczej ciemności niczego. Aby poskromić swoje własne rozproszenie, zatrzymać przypływy cudzych smutków i historii.
Nie ma tygodnia, by agencja reklamowa nazywająca się dla niepoznaki krytyką literacką nie ogłaszała narodzin nowego arcydzieła: wszystko jedno, powieść czy autobiografia, ale arcydzieło. Jak widać, nietrudno pisać arcydzieła, jedno rodzi drugie. Te arcydzieła w ciągu kilku tygodni po pojawieniu się na rynku znikają bez śladu, nowa książka znanego pisarza żyje na ogół pół roku, potem już nikt o niej nie słyszy. Prasa kulturalna przybija jej stempel arcydzieła, metabolizm umysłowy pochłania ją, a następnie usuwa z organizmu. Już całkiem wyjątkowo spotyka się książki, które nie są arcydziełami, ale w ich tekście pulsuje energia umysłowa, energia jak światło, magnetyczność czy elektryczność, której istoty nie znamy, ale widzimy, że działa i świeci, poprzez świadomość porusza życiem. Tego rodzaju literatura zawsze była rzadkością, a dziś już się jej niemal nie spotyka.
Dziennik 1977-1989, Sándor Márai
Wyd. Czytelnik, Warszawa, 2020
Znakowanie drzwi mieszkań lub domów, w których przebywają chorzy, należy do repertuaru działań i imaginarium rzeczywistości zarazowej. Oczywiście można je teoretycznie uzasadnić - dzięki temu zdrowi wiedzą, których miejsc i ludzi unikać, a epidemia się nie rozszerza - jednak mimo że w epidemiach poprzednich wieków było stosowane nagminnie, nie przynosiło oczekiwanych, praktycznych rezultatów.
Chodziło o coś innego - o przywrócenie zaburzonego symbolicznego porządku, w którym światy zdrowych i chorych, podobnie jak żywych i umarłych, nie powinny się ze sobą mieszać. Postawioną między nimi barierą miał być strach, a przybite do futryn kartki bądź namazane na drzwiach krzyże czy napisy - narzędziem jego wzbudzania i materialnym symbolem, takim jak cmentarny mur. Rozdział przynosił pożądany efekt - domy, których drzwi często dodatkowo zabijano gwoździami, stawały się umieralniami, a ich mieszkańcy - pogrzebanymi żywcem.

1.
[…]
już odpływa okręt jeszcze trochę go widać
jest jakby zając który skacze w gęstej trawie morza
skorzystałem z zamętu i zostałem z tobą Kalibanie
oddając tytuł króla Neapolu za pierwszego godność
obywatela tej wyspy Ty zaś Kalibanie będziesz
ludem w jednej osobie mam nadzieję
że założymy idealne państwo
Moje okno wychodziło na winnicę i byłem tego jednego roku świadkiem całego procesu powracania życia po zimie, od początku do końca, od pączków po dojrzałe grona. W sierpniu można je było już rwać, tak były ciężkie i pełne soku. Myślałem więc, że oto daje mi Bóg przykład taki: potrzeba czasu, by każda idea powstała, wydawałoby się, znikąd. Wymaga ona własnej pory i rytmu. I niczego nie da się przyspieszyć ani obejść. Rozgniatałem winogrona w palcach i myślałem, jak wiele zrobił przez ten czas Bóg, pozwalając dojrzeć winu, wyrosnąć warzywom w ziemi i owocom na drzewach.
Księgi Jakubowe, Olga Tokarczuk
Odwiedza nas 137 gości oraz 0 użytkowników.