Konteksty

 

Edmund OsmańczykŚląsk Opolski wrócił do Rzeczypospolitej. Starostowie polscy objęli władzę nad powiatami, burmistrzowie nad osiedlami miejskimi. „Odrąbana gałązka wróciła do macierzy”.


Biało-czerwone chorągwie, orły piastowskie witają przedstawicieli Rzeczypospolitej. Jesteśmy na ziemi ojców.


Może przyszłe pokolenia znajdą wyrazy oddające wielkość przeżywanej przez nas chwili. Dla nas otępiałych w gigantycznej wojnie ta prostota samego faktu historycznego, dokonania się dziejowej sprawiedliwości jest onieśmielająca. Serce nie tłucze się w piersi, nie dławi gardła, ale zwyczajnie przystaje na sekundę, aby znów bić nerwowo troskami dni powszednich. Więc nie mogąc chwili powrotu rozdzwonić, rozburzyć, rozwichrzyć, uciekamy do spraw dotykalnych, uchwytnych, widocznych, do administracyjnego inwentaryzowania przeszłości i teraźniejszości Opolszczyzny w ramach Polskiego Państwa.



Musieliśmy coś przegapić, widocznie dużo działo się kiedy
spaliśmy, za naszymi plecami poprzesuwano meble, zmieniono
oficjalny język i walutę i teraz obudziliśmy się w innym kraju.
I nawet nie jest sprawa oficjalnych kolorów.

Po prostu musieliśmy zbyt długo spać, zapomnieć o podstawowych
rzeczach, skoro teraz przynoszą nam rachunki, odcinają dopływ.
Skoro nasze dokumenty należą teraz do obcego państwa, które
budzi śmiech i trwogę.

Musieliśmy przeoczyć jakiś ważny szczegół, któryś decydujący
moment, skoro dokoła rzeczy zupełnie nieznane, a na przedmieściach
padają niewyobrażalne przekleństwa. Na wywołanych zdjęciach
dopiero teraz widać, jak ktoś pastwi się nad naszym dzieciństwem.

Musieliśmy zbyt długo zajmować się sobą, zbyt długo przebywać
we śnie, jeśli nie rozpoznajemy żartów, a zwykłe zabawy przerażają
nas. Musiało się coś stać tej nocy, kiedy zamknęliśmy drzwi naszego
pokoju i w tej głuchej ciszy ciemność pozostawiona tam

postąpiła o trzy kroki, pod próg.

Tomasz Różycki

A więc wojna z tomiku Vaterland, 1997



tomi notatki z miejsca postojuTomi, miasteczko gdzieś w Poncie, do którego pojechał, było według niego koszmarne. Zimno. Wino zamarza i trzeba je jeść kęsami z dzbana, morze zamarza, nic nie rośnie wokół, brak roślinności, po stepie grasują wciąż bandy Sarmatów i Scytów, a w samym mieście nie lepiej – miejscowi Getowie są takimi samymi barbarzyńcami. Niczego tu, oprócz łuku i strzał, nie kupisz (właśnie kołczan wysłał w prezencie swym rzymskim przyjaciołom), nikt, dosłownie nikt, nie mówi po łacinie. Jest kilku Greków, ale to zdziczali handlarze i pogadać można z nimi tylko o morskich rybach.

Balzac dłuta Auguste Rodina

HUGO VON HOFMANNSTHAL
BALZAK

Kto zna jedno czy drugie jego dzieło, ten nie zna tego wielkiego autora. Inaczej niż w „Fauście” czy wierszach Goethego, istota poetyckiego żywiołu Balzaka nie zawiera się w jakiejś jednej jego książce. Balzaka należy czytać szeroko i nie wymaga to osobliwego kunsztu. To najzwyklejsza lektura dla ludzi w najogólniejszym znaczeniu tego słowa obytych w świecie, od kancelisty adwokackiego czy subiekta do wielkiego pana. Dla ludzi w świecie obytych (mam tu na myśli mężczyzn wszelkiego stanu, polityków, wojskowych, komiwojażerów, kobiety z wyższej sfery i kobiety proste, duchownych, tych, co nie są ani literatami, ani pięknoduchami, i tych wszystkich, którzy czytają nie po to, aby się kształcić, lecz dla rozrywki) czytanie Goethego za każdym razem stanowi chyba pewien wysiłek, swojego rodzaju wydarzenie. W trudnych, zawiłych chwilach ich żywota Goethe najprawdopodobniej ich zawiedzie; Balzak zawsze okaże się przystępny.

Niewiele zostanie Ryszardzie naprawdę niewiele
z poezji tego szalonego wieku na pewno Rilke Eliot
kilku innych dostojnych szamanów którzy znali sekret
zaklinania słów formy odpornej na działanie czasu bez czego
nie ma frazy godnej pamiętania a mowa jest jak piasek

nasze zeszyty szkolne szczerze udręczone
ze śladem potu łez krwi będą
dla korektorki wiecznej jak tekst piosenki pozbawiony nut
szlachetnie prawy aż nadto oczywisty

uwierzyliśmy zbyt łatwo że piękno nie ocala
prowadzi lekkomyślnych od snu do snu na śmierć
nikt z nas nie potrafi obudzić topolowej driady
czytać pismo chmur
dlatego po śladach naszych nie przejdzie jednorożec
nie wskrzesimy okrętu w zatoce pawia róży
została nam nagość i stoimy nadzy
po prawej lepszej stronie tryptyku
Ostateczny Sąd

na chude barki wzięliśmy sprawy publiczne
walkę z tyranią kłamstwem zapisy cierpienia
lecz przeciwników – przyznasz – mieliśmy nikczemnie małych
czy warto zatem zniżać świętą mowę
do bełkotu z trybuny do czarnej plamy gazet

tak mało radości – córki bogów w naszych wierszach Ryszardzie
za mało świetlistych zmierzchów luster wieńców uniesienia
nic tylko ciemne psalmodie jąkanie animuli
urny popiołów w spalonym ogrodzie

jakich sił trzeba by na przekór losom
wyrokom dziejów ludzkiej nieprawości
w ogrójcu zdrady szeptać – cicha noc

jakich sił ducha trzeba by wykrzesać
bijąc na oślep rozpaczą o rozpacz
iskierkę światła hasło pojednania

ażeby wiecznie trwał taneczny krąg na gęstej trawie
święcono narodziny dziecka i każdy początek
dary powietrza ziemi i ognia i wody

ja tego nie wiem – mój Drogi – dlatego
przesyłam tobie nocą te sowie zagadki
uścisk serdeczny
ukłon mego cienia

Zbigniew Herbert



Ateński Akropol w pierwszych kadrach filmu Olympia (1938) w reżyserii Leni Rifenstahl poraża prostotą swego piękna. To jedne z tych kadrów, dzięki którym Rifenstahl oddała siłę oraz moc starożytnego świata. Obrazy z Ateńskiego Akropolu zmontowane z klasycznymi posągami, które w kadrze Rifenstahl zdają się prawdziwie żyć, wzbogacone współczesną muzyką Vangelisa, nakierowują odbiorcę w stronę wieczności. Przyprószone czasem idee starożytnego świata zdają się tutaj nie przemijać. Doskonałe piękno ludzkiego ciała, powolna wędrówka przez czas kamiennych bloków greckiego wzgórza...
Tak doskonały kunszt reżyserski Leni Rifenstahl objawił się w czasach mrocznego cienia, w których jej talent posłużył mającej trwać przez wieki Tysiącletniej Rzeszy.

O istnieniu

Mówisz: wiem, że istnieję. Zapytuję: kim jestem ów ja, którego znam? Jest rzeczą jak najbardziej pewną, że wiedza o tym [ja] tak ściśle ujętym nie zależy od tego, o czym nie wiem jeszcze, czy istnieje!

 

 

Kartezjusz

Piękno samo w sobie niezmienne i wieczne

Ten,  kto  aż  dotąd  zaszedł  w  szkole  Erosa,  kolejne  stopnie  piękna  prawdziwie oglądając, ten już do końca drogi miłości dobiega. I nagle mu się cud odsłania: piękno samo w sobie, on samo w swojej istocie. Otwiera się przed nim to, do czego szły wszystkie jego trudy poprzednie; on ogląda piękno wieczne, które nie powstaje i nie ginie, i nie rozwija się ani nie więdnie, ani nie jest z jednej strony piękne, a z drugiej szpetne, ani raz tylko takie, a drugi raz odmienne, ani takie w porównaniu z czymkolwiek, a z czym innym inne, ani też dla jednego piękne, a dla drugiego szpetne. I nie ukaże mu się piękno niby twarz albo ręce jakie, lub  jakakolwiek  cząstka  cielesna,  ani  jako  słowo,  ni  wiedza  jakakolwiek,  ani  jako  cecha jakiegoś, powiedzmy, stworzenia, ni ziemi, ni nieba, ani czegokolwiek innego, tylko piękno samo w sobie niezmienne i wieczne, a wszystkie inne przedmioty piękne uczestniczą w nim jakoś w ten sposób, że podczas gdy same powstają i giną, ono ani się pełniejszym nie staje, ani  uboższym,  ani  go  żadna  w  ogóle  zmiana  nie  dotyka.

Uczta, Platon

Odwiedza nas 138 gości oraz 0 użytkowników.

Szukaj

Początek strony