
Codziennie około piątej - lato było pogodne, bardzo ciepłe - przychodził stary przyjaciel Troosta, Abraham Anslo, niegdyś sławny na całą Holandię kaznodzieja, dziś milczący staruszek z siwą, rzadką brodą i wiecznie załzawionymi oczami. Siadał w nogach łóżka; uśmiechali się do siebie; ich dialog toczył się po za słowami i czasem. Chory miał ogromną potrzebę zwierzyć się ze swoich wątpliwości, duchowych rozterek i niepokojów. Nie mógł zupełnie pojąć Tamtego Świata. Puste błękity napawały go przerażeniem. Była to zapewne bezbożna rewolta wyobraźni, a nade wszystko pogańskich zmysłów. Absolutnie nie był w stanie zrozumieć, jak można istnieć bez domu, bez skrzypiących schodów i poręczy, bez zasłon i świeczników. A także bez tkanin, wśród których spędził całe życie. Jaka nieubłagana siła zabiera nam chłód szorstkiego jedwabiu, czarną wełnę przelewającą się przez ręce jak łagodna fala, płótno przypominające tafle stawu ściętego lodem, welur łaskoczący jak mech, koronki, które zdają się szeptać kobiece sekrety?
Anslo odchodził przed zapadnięciem zmroku i na pożegnanie dotykał zimnymi palcami ręki przyjaciela.
Niedługo po wojnie 1914-1918 w Europie powstały pierwsze
państwa faszystowskie W tych państwach
słońce wschodziło i zachodziło o normalnej porze opromieniając
dachy domostw i wzgórz zieloną spadzistość W oborach
łagodnie ryczało bydło Matki o świcie
budziły dzieci całując je w czoło Ojcowie wracając z pracy
ze znużeniem radosnym w kościach wdychali
dym domowego ogniska zaś po obiedzie
zasypiali w fotelu bądź też majsterkowali wytrwale bądź też
muzykowali z zapałem Dzieci
bawiły się w klipę w klasy i w chowanego Małym
dziewczynkom rosły piersi i dziewczynki z dnia na dzień
zamieniały się w duże dziewczyny wypełnione szeptem
szmerem jak drzewa w lesie chichotem nagłym na którego
dźwięk chłopcom zasychało w gardle W letnie wieczory
na firankach podświetlonych od wewnątrz schodziły się cienie
rozchodziły i znów schodziły miłośnie Zaś zimą
kochankowie łowili ustami parę z ust w ośnieżonych ogrodach I jeszcze
można wspomnieć o kotach wyginających się w kabłąk o wróblach
wzlatujących nad jezdnią o staruszkach na przyzbie o kwiatach
ciętych i doniczkowych o pielęgniarkach
podających chorym termometr o ludziach z miotłą
zamiatających ulice O drewnie
rozsychającym się bruździe w polu wilgotnej wietrze w zaroślach I jeszcze można
wiele wymienić zjawisk świadczących że
Wie Pani, odczuwam, mimo tych uspokajających tonów, że jest w Pani taka tendencja, aby ukazać mnie jako malownicze monstrum, podobne do Marshalla Bermana. Wcale mi to nie przeszkadza, właściwie odpowiada. Skoro on sam podobny miał być do kloszarda, jak Pani mówi, rozumiem, że był to jego egzystencjalny wybór. Może taki jak u postaci Becketta. Kloszard metafizyczny to ktoś ogołocony ze złudzeń, oderwany od korzeni i fundamentów, wydziedziczony na własne życzenie ze wszystkiego, prócz zdolności do współczucia. Nawet jest taki fragment u Bermana, w tej ważnej rozprawie Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu..., kiedy interpretując Marksa, formułuje diagnozę kondycji współczesności: „Musimy zacząć tam, gdzie się znajdujemy: psychicznie ogołoceni, odarci ze wszystkich religijnych, estetycznych, moralnych aureol i sentymentalnych zasłon, ale gotowi stworzyć tożsamości i wzajemne więzi, które mogą nam pomóc trzymać się razem”. To jest bliskie i tym ideom feministycznego nomadyzmu, które formułowały filozofki, i tej właśnie bardzo mi bliskiej figurze całkiem już skrajnej, beckettowskiej.
Maria Janion
znalezione w: Transe - traumy - transgresje. T. 2: Prof Misia
Pisał pan: „Wszyscy z zupy, cały naród. Życiorysy jak przypalona zupa, pejzaż jak zupa rozlana”.
- Polak bez zupy to jakiś taki małopolski. Polska powinna mieć dymiący talerz zupy w herbie, a nie jakiegoś orła, który z tymi rozcapierzonymi szponami wygląda tak, jakby go ktoś na chwilę do prądu podłączył.
Jakby tak przymrużyć mózg, to znaczy skupić się, to można by każdego człowieka przyzupić.
Daj posmakować, a powiem ci, kim jesteś?
- Uchyl rąbka pokrywki. Najwięcej to mamy chyba grochówek i żurku, bo to ludzie pospolici. Niektórzy z wkładką, inni bez. Smakują, ale tylko wtedy, kiedy kontakt z nimi jest raz na jakiś czas. Pomidorowych też dużo, to raczej lud z miasta. Ten bardziej pospolity z ryżem, mniej z makaronem, bo pomidorowa ma szczeble – ta kremowa z bazylią wstydzi się tej z ryżem, chociaż to jedna rodzina.
A zwodnicze kapuśniaki? Przaśne fasolowe? Chytre szczawiowe? I te wyprane z płci jarzynowe. A nad nimi wszystkimi Król Polski Jego Wysokość Rosół, ponadpłciowy. Nasza hostia niedzielna, którą spożywamy łyżką w pocie czoła.
Janusz Rudnicki w rozmowie z Dorotą Wodecką
Nie można doradzać uczniowi zbyt długiego zajmowania się jedną metodą, manierą, jednego narodu smakiem itd. To, co jest prawdziwe i piękne, nie powinno być naśladowane, lecz doświadczone według swoich praw własnych i wyższych. Za wzór (jako non plus ultra) ani człowiek, ani naród służyć nie powinien: tylko wieczna i niewidzialna natura jest w nim i zawiera go w sobie. Ludzie i narody dostarczają tylko przykładów, które mniej więcej szczęśliwie się udały. Na koniec jednym słowem: to, w czym artysta (zawsze korzystający ze wszystkiego, co go otacza i uczy) zadziwia współczesnych, tylko mieć może z siebie i przez udoskonalenie samego siebie. Bo przyczyna tego i jego prawdziwie zasłużonej chwały tak w teraźniejszości, jak i w potomności, nie jest inna jak jego genialna indywidualność żyjąca w jego dziełach kunsztu.
Józef Elsner
Odwiedza nas 135 gości oraz 0 użytkowników.