
Jeśli przyjrzymy się innym naszym cechom narodowym (jak miłość ojczyzny, wiara, zacność, honor...) to w nich wszystkich dostrzeżemy ów przerost, wynikający stąd, że typ Polaka, jaki sobie urobiliśmy, musi tłumić i niszczyć typ, jakim moglibyśmy być, istniejący w nas jako antynomia. Ale stąd wynika, że Polak jest zubożony ściśle o połowę siebie samego, przy czym nawet ta połowa, której przyznaje się prawo głosu, nie może się ujawnić w sposób naturalny. Mniemam, że dziś właśnie nadszedł moment aby uruchomić tę drugą naszą osobowość - dzisiaj, nie tylko dlatego że musimy koniecznie stać się luźniejsi, giętsi wobec świata - także dlatego że ta operacja wymaga niezmiernej swobody duchowej, która stała się dla nas, poza granicami kraju, możliwa - ale przede wszystkim dlatego, że to jedyny zabieg zdolny naprawdę natchnąć nas nową żywotnością, otworzyć przed nami nowe tereny.
Czytaj więcej: Typ Polaka, jaki sobie urobiliśmy, musi tłumić i niszczyć typ, jakim moglibyśmy być
Ale już w przedwojennych latach, w obliczu groźby faszyzmu, wolność człowieka - pojmowana w latach dwudziestych jako nieskrępowany i szczery wyraz indywidualnych zachcianek - zaczęła przekształcać się w problem odpowiedzialności. Ujmowana jednak jako „niezgoda na zarazę” - kończyła się wewnętrzną emigracją. Wartość intencji i czynów mierzyła miarą czysto indywidualną. Prowadziła do samotnictwa, kazała brać rozbrat z panującym porządkiem rzeczy, izolowała od ludzi.
Dopiero „wybuch dżumy” - lata okupacyjne - postawił ludzi jako jednostki wobec zła, które dotknęło wszystkich. Wtedy problem stosunku do spraw i cierpień innych ludzi stał się sprawą naczelną i w świetle tego stosunku ludzie okazywali się tchórzliwymi egoistami, hienami lub bohaterami. Mogli uciekać i bronić się samotnie, z wyłączną myślą o sobie. Mogli żerować na nieszczęściu innych, ale odkrywali też ludzkie prawo i ludzkie obowiązki niesienia pomocy cierpiącym i poniżonym, przeciwstawiania się zarazie nawet za cenę własnego życia. I okazało się, że wtedy ono samo odzyskało zatracony sens i w świetle tego sensu groza śmierci została przezwyciężona.
Film Marcina Łozińskiego przedstawia fragmenty niezwykłych rozmów przeprowadzonych przez 6-letniego Tomka (syna reżysera) z przypadkowymi przechodniami spotkanymi w parku. Mały chłopiec, nie przejmując się kamerą, podbiega do nieznajomych i zadaje im przeróżne pytania: "Dlaczego pani jest samotna?", "Dlaczego pan jest smutny?". Niewiarygodne, jak wiele ze swojego życia dorośli ludzie są skłonni opowiedzieć nieznanemu dziecku. (filmweb.pl)
Jeśli nie zmienisz nazwiska, odejdę
Jestem swoim ojcem w momencie, w którym opuszcza go żona.
Myślę o piłce nożnej i o samochodzie.
Jadę spokojnie, pozwalam się wyprzedzać. Myślę o dzieciach.
Jestem swoim dzieckiem w momencie, w którym
będzie swoim ojcem, od którego odeszła kobieta. Myślę
o swojej żonie. Przyspieszam, ryzykownie wyprzedzam.
Jestem swoim dzieckiem w momencie, w którym umieram.
Jestem swoim dzieckiem, które chce umrzeć wcześnie.
Jestem ojcem swojego ojca, którego nie chciała kobieta.
Jestem cały ciałem, którego nie chciano, wulgarnym wyrazem.
Jestem swoim nazwiskiem. Gwałtownie przyspieszam,
koła buksują na mokrym asfalcie. Chciałbym być piłkarzem.
Jestem swoim ojcem w momencie, kiedy opuszcza go żona
Wchodzę w zakręt, wiedząc, że z niego wypadnę.
MARCIN BIES
Znalezione w Gazecie Wyborczej z dn. 27.03.2010r.
...razy powtarzać? Nie mogę tego jeść. Chcę, ale nie mogę. Te puszki z pasztetem doprowadzają mnie do szału. Ostatnio dają mi je bez przerwy, myślą, że to zęby. Fakt, z zębami nie jest dobrze. Dwa mi wyrwali już jakiś czas temu, bo tak rozbolały, że wyłem pół nocy i w końcu zawieźli mnie rano do tego miejsca, którego nienawidzę od tamtego czasu, to znaczy od dwunastu albo trzynastu lat, dokładnie nie pamiętam, gdy cztery razy zakładali mi tam gips na złamaną tylną łapę.
Konkretnie gips zakładali tylko trzy razy, bo za każdym razem w nocy go zrywałem, ciężki był strasznie i bolało jeszcze bardziej z gipsem niż bez. Na szczęście za czwartym razem połapali się i założyli mi lekki sztywny opatrunek z jakiegoś plastiku czy czegoś tam, co za różnica, grunt że było do zniesienia. Łapa się zrosła, to najważniejsze, choć czasem mnie rwie na zmianę pogody.
Inną rzecz ci powiem: nie ma żadnych narodzin niczego,
Co śmiertelne, i niczego nie kończy śmierć niszczycielska,
Ale jest tylko mieszanie się i wymiana tego,
Co zmieszane. Ludzie mówią wtedy o narodzinach.
Empedokles
Odwiedza nas 137 gości oraz 0 użytkowników.