
Co się tyczy Antygony, przypomnijmy, że w zakończeniu Ajschylosowych Siedmiu przeciw Tebom słyszeliśmy o rozróżnieniu dwóch poległych braci - jedne zwłoki mają być uczczone, drugie rzucone psom - jako nakazanym przez starszyznę tebańską. U Sofoklesa jest to rozkaz króla Teb, Kreona. Dzięki temu spór jest wyraźniejszy i bardziej dobitny. Antygona, sprzeciwiając się owemu przekraczającemu ludzkie prawa rozróżnieniu, występuje przeciw władzy. Podobnie wystąpił przeciw władzy, kosmicznej tym razem, Prometeusz broniący ludzi wbrew Zeusowi. Jak Sofoklesowi, tak przedtem Ajschylosowi sprawa nie wydawała się prosta. Zawsze przekonani o ułomności ludzkiej Grecy wcale nic byli pewni, czy Prometeusz słusznie ocalił ludzi, gdy Zeus chciał zasiać na ziemi nowy, lepszy rodzaj istot. Prometeusz to w oczach Ajschylosa wzniosły męczennik, ale też występujący przeciw legalnym rządom buntownik.
Ale porażka nadziei na oswojenie rzeczy przez więź posiadania jest gorsza i stokroć bardziej mnie degraduje niż niezaspokojenie z technologicznych sukcesów. Sukces technologiczny nie pozwala mi owładnąć mową bytu, ale stwarza poczucie wartości realnej, chociaż cząstkowej, w której mogę uczestniczyć. Namiętność posiadania sprawia, że więź negatywna z innymi ludźmi - mianowicie moja legalna wyłączność w rozporządzaniu rzeczą - jawi mi się w urojeniu jako więź pozytywna z rzeczą samą, przez co czynię sobie wartość z okoliczności, które przeciwstawiają mnie innym ludziom. Moje trwanie osobowe, dobrowolnie określone przez to pozorne spoufalenie z rzeczą, traci tym samym zakorzenienie we wspólnocie ludzkiej i staje się określone przez zasób posiadany. Miast uczłowieczyć sobą rzecz, której jestem właścicielem, poddaję się wyznaczeniu ze strony rzeczy jako mojej, tj. wydartej innym. W satysfakcji posiadacza doprowadzam tedy do skutku przeciwieństwo tego, co pragnąłem osiągnąć: staję się sumą rzeczy jako posiadanych. Jest to spostrzeżenie trywialne wprawdzie i nieskończenie zużyte, jest wszakże warte powtarzania, o ile również tę pasję włącza w ogólny, jednorodny sens ludzkich zabiegów. Nie wiąże się z żadną dziecinną moralistyką opartą na pogardzie dla codziennego komfortu życiowego. Ma jednak wartość, o ile w ogólności potrzebna jest niejaka czujność czy radykalizm pamięci przechowującej wiedzę o wszystkich złudzeniach ludzkiej satysfakcji. Mogę oczywiście przesunąć się przez życie w sennym zadowoleniu z posiadanego zasobu; nie mogę tylko uczynić z tego życia próby człowieczeństwa i nie mogę się pozbyć całkiem niewygody, która czaić się będzie w poczuciu - zakrzykiwanym i zaprzeczanym - że namiętność, której pozwoliłem się osaczyć, wydziedziczyła mnie ze wspólnoty ludzkiej, a przez to wydziedziczyła z osobowego istnienia.
Kiedyś byłem pełen ambicji i patrzyłem na własną głowę, na jej zawartość jak na dzieło sztuki. Choć nie przyznawałem się do tego przed sobą, w sercu trzymałem się dawnego goetheańskiego Bildungsideal polegającego na tym, że człowiek chciał czerpać konkretną korzyść z każdej chwili, chciał być doskonały dzięki przeczytanym książkom, przemyślanym myślom i obejrzanym widokom. Żałowałem godzin snu, śniły mi się książki oraz wirtuozerskie, choć niepewne, rozwiązania problemów historii idei.
Teraz lubię swoje lenistwo, lubię błądzić bez celu i całkowicie samotnie tu i tam. Wolno puszczam bezpańskie stado własnych myśli, niech pędzą z wiatrem przez pole, dokądkolwiek. Lubię leżeć na plecach, bo wówczas przez moje ciało przepływa fala czegoś niezrozumiałego. Lubię duże, przypominające dywan psy. Lubię własne łóżko, czasem wręcz kobiece i przytulne.
Lubię stan zmęczenia, kiedy jest mi wszystko jedno. W takich chwilach czuję się bezgranicznie dobrze, potrafię wówczas z uśmiechem rezygnacji przyjąć do wiadomości losy świata i powiedzieć: wybaczam istnienie tobie i sobie. Albo nawet nic nie mówić, tylko się uśmiechać. To trochę głupie, bo niby do czego ten uśmiech — ale czynię to całym ciałem, moim biednym, cherlawym, nieprzydatnym ciałem, którego jednak nie zamieniłbym z żadnym atletą. Podczas ziemskiej wędrówki zapisało się w nim bardzo wiele wspomnień, a poza tym lubię, że potrafi być takie zmęczone [...].
Kochany Novalis! Dobrze wiedział, że zmęczenie jest najbardziej podniosłym przejawem życia. W zmęczeniu życie powraca do siebie, przeżywa własne istnienie, dośrodkowo. Człowiek zmęczony jest krewniakiem nieskończoności.
Antal Szerb
17 IV
Zeszyty Literackie Nr 133
KONSTANDINOS KAWAFIS
MIASTO
Powiedziałeś: „Pójdę do innej ziemi, wypłynę na inne morze.
Znajdzie się inne miasto lepsze od tego.
Każdy mój wysiłek skazany jest na klęskę;
a moje serce - jak trup - leży pogrzebane.
Jak długo mój rozum trwać może w takim marazmie?
Gdzie bym nie rzucił okiem, gdzie bym nie spojrzał,
czarne ruiny mojego życia widzę tam,
gdzie przez tyle lat żyłem i trwoniłem i marnowałem”.
Ale nowych miejsc nie znajdziesz, nie wypłyniesz na inne morza.
Miasto podąży za tobą. Ulice będziesz przemierzał
te same. W tych samych dzielnicach będziesz dojrzewał;
i w tych samych domach posiwiejesz.
Zawsze przybędziesz do tego miasta. Do innego - nie miej nadziei -
nie ma statku dla ciebie, nie ma drogi.
Tak jak swoje życie roztrwoniłeś tutaj,
w tym małym zakątku, na całej ziemi je zmarnowałeś.
KONSTANDINOS KAWAFIS
tłum. JACEK HAJDUK
Zeszyty Literackie Nr 128

JERZY STEMPOWSKI
Essay dla Kassandry
Cieniom L. R.
I.
U starych autorów greckich Kassandra jest postacią symboliczną, przedstawiającą dramat wewnętrzny i bezsilność proroków.
W „Iliadzie” postać Kassandry jest zaledwie naszkicowana. W świecie homeryckim, gdzie bogowie prowadzą bohaterów za rękę ku sławie i zgubie, nie ma miejsca na dialog proroka z jego ludem. Dialog taki należy do świata republikańskiego. Tam dopiero występuje różnica między tym, który widzi, i jego niewidomym otoczeniem.
Postać Kassandry tragicznej jest tworem wyobraźni ateńskiej, wzrastającym i dopełniającym się w demokracji. Wśród zachowanych pomników literatury najwięcej mówi nam o Kassandrze Aischylos w „Agamemnonie” i Euripides w „Trojankach”.
Zmierzch zaraz odpali swe race i bez hałasu maszyneria nieba
wejdzie do morza, a stamtąd naprzeciw chmurze pyłu
wyjdzie mgła. Przeszłość i przyszłość złączą się w obłok,
bez znaków i liter, mętna i rozproszona nicość. Oto miejsce spotkania,
centymetr od serca, może dwa. Przetrwamy, póki pomiędzy
«było» i «będzie» na straży gramatyki stoi cieniutka kreska «ja»”.
Ijasz, Tomasz Różycki
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021
Kładziesz mnie w prochu śmierci...
Ps 22,16
Odwiedza nas 7 gości oraz 0 użytkowników.