
Ujrzeć ją można (…) letnim czasem, od Dni Maju i Czerwia aż po dni Paździerza, ale najczęściej zdarza się to we Święto Sierpu, które prastarzy zwali: „Lammas”. Objawia się ona jako Panna Jasnowłosa, we kwiatach cała, a wszystko, co żywie, podąża za nią i lgnie do niej, zajedno, zielę i zwierz. Dlatego i imię jej jest Żywia. Prastarzy zwą ją: „Danamebi” i czczą ją wielce. (…) Kędy Żywia stąpnie, ziemia kwitnie i rodzi, i bujnie lęgnie się wszelaki stwór, taka jej moc. Ludy wszystkie ofiary jej składają z urodzaju, w nadziei płonnej, że ich, nie cudzą dziedzinę Żywia odwiedzi. Bo mówią też, że kiedyś na koniec osiądzie Żywia wśród tego ludu, który się nad inne wybije, ale są to, ot, babskie baje. Bo prawie mędrcy powiadają, że Żywia ziemię jeno kocha i to, co rośnie na niej i żyje, jednako, bez różnicy płonka to najmniejsza czy robak najlichszy, a ludy wszelkie dla niej nie więcej znaczą niźli owa najchudsza płonka, bo przecie i tak przeminą kiedyś, a nowe po nich, inne przyjdą plemiona. A Żywia wieczną jest, była i będzie, zawsze, po koniec wieków.
Ostatnie życzenie, Andrzej Sapkowski


TOMAS VENCLOVA
EXTRA URBEM
Zbliża się zima i już zaczynają
pod chmur przykryciem stroszyć się oliwki.
(Tu przydałby się zwrot: mój Septymiuszu).
Woda w zatoce nic się nie zmieniła
od czasu, kiedy liguryjskie łodzie
uległy trójrzędowcom. Tylko lekko
zgięły się sroki, co nam zastąpiły
nijaką, nędzną przestrzeń naszych miast.
Alfabet dusznej skały tudzież czasu.
Neumy piaskowca, fermaty wapienia.
Lawina ścieżki przykryła. Ciemnieją
Tylko tunele, co stoczyły górę.
Wodospad w jarze gorączkowo gwarzy
ze sobą i w kamieniołomie dawnym
starzeje się statua, której nikt już
nie wydobędzie z kokonu marmuru.
Nie rozróżniamy już prawie kierunków.
Niebo matowe jak głazy na zboczu.
Blizna łamanej linii pion przecina.
Jak barwne kostki Rubika, wzdłuż brzegu
przez morskie fale porozsypywane,
zza mgły wilgotnej przeziera osiedle -
wyspa, co nie oparła się handlowi,
kapryśnej ciżbie, zgiełkowi i śmieciom.
Szorstka zarozumiałość wód przynosi
w miejskie zaułki szepty Mezzogiorno.
Myślimy, że nie mamy nic wspólnego
z kolczugą małża, mureną, morskimi
drapieżnikami, ale się mylimy.
Plankton wciąż pluska się w imadle portu.
Zostanie po nas plankton Septymiuszu,
co starszy jest od liguryjskich łodzi.
Rzekłbym, nie wiemy, gdzie to wszystko znika,
lecz pewne jest, że nas pokona mare,
Tu, gdzie kobiety suszą swoje włosy,
gdzie migotają parasole kawiarń
i farinata zdobi stół biesiadny,
po wielu wiekach wedrą się rozgwiazdy,
przepłynie ryba, jak lustro lub grusza,
rozpryśnie się zbłąkana kropla. Słony
potok wypełni ten niewielki wąwóz -
gdzie są tymczasem tunele, turyści
wokół świątyni, sklepiki z chustami,
pulchne niemowlę, któremu się w wózku
śni pierwszy jeszcze bezforemny sen,
staruszka, która tygodniami czeka
na coraz rzadszych gości, listy, dzwonki,
potem na śmierć (a ta się często spóźnia).
My, Septymiuszu, możemy wybierać.
Los ślepy jest, lecz dźwięk jasnowidzący,
i muzyka ulega nie Ananke,
a dwóm zwaśnionym ze sobą królowym,
dwóm niepokornym siostrom. Pierwsza – Gaja,
co po praojcu Chaosie dziedziczy
naturę i potęgę mroczną. Druga -
boginią wiatrów jest i samotności.
Bądźmy więc wdzięczni obydwu władczyniom.
Milsza ta, której domem jest powietrze.
Gdy słona toń rozlewa się, a upał
straszliwie dusi płaszczyznę zatoki,
ta pełni służbę – przyjaciółka cykad
i macierzanki, ofiarowująca
spokój w powszechnej pustce. W niemilknący
opanowany jej głos się wsłuchujmy.
TOMAS VENCLOVA
tłum. Zbigniew Dmitroca
Zeszyty Literackie Nr 122
Jarosław Iwaszkiewicz
INNE ŻYCIE
Powiedziałeś mi, Pawle, że takiego życia
Nie zniósłbyś ani chwili. Ale ja mam inne,
Które jak ciężka rzeka skryta pod sklepieniem,
Przemyka się szerokim choć zimnym korytem.
Ukryta – kwitnie wszakże co wiosnę białymi
Kwiatami, które pachną i powoli więdną,
Słońca nie widzą może – ale też tym bardziej
Pełne są znaczeń trudnych, których nie wyrażę.
Nad tym życiem – to wszystko co widzisz i ludzie
Widzą - jest tylko cieniem, złudzeniem budowy.
Na dnie wody wgrążone, czarne śpią trytony,
I ryby nagie białym łyskają w niej ciałem,
Drzemie wodorost śliski jak włos topielicy
I zielska zimną zieleń wodne ssą obłoki.
I tylko, kiedy w nocy oddalą się głosy
Ludzkich śpiewów i skoczna umilknie muzyka,
Z dna wstaje chłód najgłębszy i pełny znaczenia
I pełznąc mi pod serce, serce mi kołysze.
Próżno rękami szukam kwiatów i widziadeł,
W zielonej wodzie ręce bieleją jak ryby –
Biorą mnie na swe barki, utajone za dnia
Prądy nieprzeniknione, ciemne i głębokie,
Prądy mąk – ileż większych od mąk tego świata –
Wiecznego umierania i wiecznych odrodzeń.
Jak trup opadły w wodę, płynę pędem fali
Myśląc, że może wyrzuci mnie ona
Na inny brzeg zielony, kędy drzemią same
Przyszłe życia, zmieszane z przeczuciem nicości.
/Jarosław Iwaszkiewicz, Inne życie, pierwodruk: „Skamander” 1935 z. 57; przedruk: J. Iwaszkiewicz, Inne życie, Warszawa, J. Przeworski, 1938/
Poza światem, w którym my żyjemy, daleko w głębi leży inny świat, który znajduje się do tego świata w zupełnie takim samym stosunku, jak świat otaczający do sceny w teatrze. Poprzez cienką gazę widzi się świat zbudowany jak gdyby z gazy, lżejszy, bardziej eteryczny, w samej istocie inny niż świat rzeczywisty.
Soren Kierkegaard
Moje okno wychodziło na winnicę i byłem tego jednego roku świadkiem całego procesu powracania życia po zimie, od początku do końca, od pączków po dojrzałe grona. W sierpniu można je było już rwać, tak były ciężkie i pełne soku. Myślałem więc, że oto daje mi Bóg przykład taki: potrzeba czasu, by każda idea powstała, wydawałoby się, znikąd. Wymaga ona własnej pory i rytmu. I niczego nie da się przyspieszyć ani obejść. Rozgniatałem winogrona w palcach i myślałem, jak wiele zrobił przez ten czas Bóg, pozwalając dojrzeć winu, wyrosnąć warzywom w ziemi i owocom na drzewach.
Księgi Jakubowe, Olga Tokarczuk
Odwiedza nas 62 gości oraz 0 użytkowników.