TOMAS VENCLOVA
EXTRA URBEM

Zbliża się zima i już zaczynają
pod chmur przykryciem stroszyć się oliwki.
(Tu przydałby się zwrot: mój Septymiuszu).
Woda w zatoce nic się nie zmieniła
od czasu, kiedy liguryjskie łodzie
uległy trójrzędowcom. Tylko lekko
zgięły się sroki, co nam zastąpiły
nijaką, nędzną przestrzeń naszych miast.

Alfabet dusznej skały tudzież czasu.
Neumy piaskowca, fermaty wapienia.
Lawina ścieżki przykryła. Ciemnieją
Tylko tunele, co stoczyły górę.
Wodospad w jarze gorączkowo gwarzy
ze sobą i w kamieniołomie dawnym
starzeje się statua, której nikt już
nie wydobędzie z kokonu marmuru.

Nie rozróżniamy już prawie kierunków.
Niebo matowe jak głazy na zboczu.
Blizna łamanej linii pion przecina.
Jak barwne kostki Rubika, wzdłuż brzegu
przez morskie fale porozsypywane,
zza mgły wilgotnej przeziera osiedle -
wyspa, co nie oparła się handlowi,
kapryśnej ciżbie, zgiełkowi i śmieciom.

Szorstka zarozumiałość wód przynosi
w miejskie zaułki szepty Mezzogiorno.
Myślimy, że nie mamy nic wspólnego
z kolczugą małża, mureną, morskimi
drapieżnikami, ale się mylimy.
Plankton wciąż pluska się w imadle portu.
Zostanie po nas plankton Septymiuszu,
co starszy jest od liguryjskich łodzi.

Rzekłbym, nie wiemy, gdzie to wszystko znika,
lecz pewne jest, że nas pokona mare,
Tu, gdzie kobiety suszą swoje włosy,
gdzie migotają parasole kawiarń
i farinata zdobi stół biesiadny,
po wielu wiekach wedrą się rozgwiazdy,
przepłynie ryba, jak lustro lub grusza,
rozpryśnie się zbłąkana kropla. Słony

potok wypełni ten niewielki wąwóz -
gdzie są tymczasem tunele, turyści
wokół świątyni, sklepiki z chustami,
pulchne niemowlę, któremu się w wózku
śni pierwszy jeszcze bezforemny sen,
staruszka, która tygodniami czeka
na coraz rzadszych gości, listy, dzwonki,
potem na śmierć (a ta się często spóźnia).

My, Septymiuszu, możemy wybierać.
Los ślepy jest, lecz dźwięk jasnowidzący,
i muzyka ulega nie Ananke,
a dwóm zwaśnionym ze sobą królowym,
dwóm niepokornym siostrom. Pierwsza – Gaja,
co po praojcu Chaosie dziedziczy
naturę i potęgę mroczną. Druga -
boginią wiatrów jest i samotności.

Bądźmy więc wdzięczni obydwu władczyniom.
Milsza ta, której domem jest powietrze.
Gdy słona toń rozlewa się, a upał
straszliwie dusi płaszczyznę zatoki,
ta pełni służbę – przyjaciółka cykad
i macierzanki, ofiarowująca
spokój w powszechnej pustce. W niemilknący
opanowany jej głos się wsłuchujmy.

TOMAS VENCLOVA
tłum. Zbigniew Dmitroca
Zeszyty Literackie Nr 122