
W połowie lat siedemdziesiątych, obserwując społeczeństwo polskie wnet po gwałtownej próbie zastrzyknięcia mu idei faszystowskich (marzec 1968), Tadeusz Konwicki zanotował:Czytaj więcej: Człowiek pojedynczy umiera pięknie, naród zawsze w sposób odrażający
Myśleli o swoich, o tych, z którymi się nie pożegnali. Lola - o siostrzenicy, jej Włochu i jej półwłoskich dzieciach: czy straciła je, zanim zombi zwróciły się przeciwko Polakom, czy zginęła, broniąc ich przed atakiem? A może to one ją zagryzły. Kuba - o rodzicach; nie modlił się, ale czasem życzył im dobrej śmierci, jeśli jeszcze nie nastąpiła (nastąpiła). Włodek - o żonie, która miała wszelkie powody, żeby go opuścić, i o pewnej dziewczynie, która wyjechała po Marcu ‘68, córce lekarza z sąsiedniej klatki. Nie wiedział nawet, czy żyła, zanim to wszystko się zaczęło, istniała teraz może już tylko w nim, na wieki dziewiętnastoletnia. Kamila - mimo wszystko, o rodzicach (śnili się jej czasem, lepiej lub gorzej, ale zawsze obco). Tomek - o Szymusiu, który ze swoją chudością pewnie dawno już zginął (nie, jeszcze nie; doświadczał właśnie największej miłości swojego życia, był kochankiem dowódcy pewnego oddziału na osiedlu Cichy Kącik: dużego, mrukliwego, byłego kickboksera, który wyoutował się dopiero po ataku zombich, i przeżywali swoje dni chwały i piękna, które miały się skończyć tak, jak skończyć się musiały).
Ale poza wspomnieniami docierało do nich coś jeszcze, coś w powietrzu, co nie było tylko listopadowym wyciem; coś, co niosło się od strony miasta: nie sam odór spalenizny i gnijących resztek, ale to podskórne drżenie, ledwo wyczuwalne przez żywych brzęczenie trupiego roju; teraz przypominali sobie to wrażenie sprzed miesięcy, kiedy zombi się budziły, kiedy ruszały na Wawel, a potem dalej, za granicę. Było to cielesne, głębokie, rozumiane wyłącznie przez bebechy, nie mózgi.
Jakiś czas temu, jak pamiętamy, z pewnego domu przy ulicy Vodićkovej oberwał się gzyms i zabił przechodzącą kobietę. Krótko potem w „Literarnich novinach” ukazał się artykuł komentujący wypadek, a ściślej mówiąc, spontaniczną falę oburzenia, jaka rozlała się w społeczeństwie po tym wypadku. Autor rozpoczął od stwierdzenia, że gzymsy nie powinny spadać z domów, więc słusznie zdarzenie to spowodowało krytykę, a w dodatku to wspaniale, że dziś możemy takie sytuacje otwarcie krytykować. Następnie pisał o tym, jaki wielki kawał drogi pokonało nasze społeczeństwo, co zilustrował na kilku przykładach - choćby takim, że dawniej dziewczyny nosiły kufajki, a dziś stroją się według mody paryskiej. Zaprezentowane w ten sposób osiągnięcia naszych czasów doprowadziły autora do postawienia pytania, czy przypadkiem nie jest dziś już trochę zbyt dużo tej krytyki i czy zamiast - jak to nazwał - nieustannie się zajmować krytyką „lokalnych epizodów”, nie powinniśmy się zająć sprawami bardziej godnymi społecznej misji i humanistycznych treści pojęcia człowieka. Tekst kończył się apelem do literatury, aby ona także oderwała się wreszcie od nieistotnych, lokalnych przypadków i zaczęła się zajmować człowiekiem oraz jego perspektywami.
1
W Utyce
obywatele
nie chcą się bronić
w mieście wybuchła epidemia
instynktu samozachowawczego
świątynię wolności
zamieniono na pchli targ
senat obraduje nad tym
jak nie być senatem
obywatele
nie chcą się bronić
uczęszczają na przyspieszone kursy
padania na kolana
biernie czekają na wroga
piszą wiernopoddańcze mowy
zakopują złoto
szyją nowe sztandary
niewinnie białe
uczą dzieci kłamać
otworzyli bramy
przez które wchodzi teraz
kolumna piasku
poza tym jak zwykle
handel i kopulacja
W Budapeszcie. Znowu w naszym mieszkaniu. Nie mam niczego innego, tylko te książki w pokoju. Jest między nimi z tysiąc, które są mi szczególnie, głęboko bliskie. Jeśli te książki przepadną... cóż, nie stanie się ze mną nic specjalnego.
Ale stanowią dla mnie źródło siły. Bez nich staję się w pewien sposób głuchy. To moja ojczyzna, ten pokój pełen książek. W obcych bibliotekach nie mógłbym odnaleźć więzi z duchem, który przemawia do mnie w tym pokoju, pośród tych książek. Jeśli jutro bomba spustoszy to wszystko, będę bezdomny. Trzeba się z tym liczyć. Ale nie trzeba narzekać. Bomba krąży gdzieś w powietrzu nad naszymi głowami i w każdej chwili może spaść. Właściwie musiałby stać się cud, żeby nie spadła. Ale trzeba wierzyć w ten cud. Tylko nie liczyć na nikogo i nie pokłać w niczym nadziei. Milczeć i pracować, póki się da. I z wdzięczną radością patrzyć na książki, na moich przyjaciół, dopóki jeszcze można.
Dziennik 1943-1948, Sándor Márai
Wyd. Czytelnik, 2016
Krętymi drogami, z których widać niżej złote kopuły dźwigających się i zapadających się miast, miraże falujących ulic, myśliwych polujących na gazele, scenę pasterską przy strumieniu, na ornych polach w południe odpoczywające pługi, tak wiele i w takiej zmienności, z muzyką w powietrzu piszczałek i fletów, z nawoływaniem głosów, które kiedyś były. Kręte drogi, niepoliczone wieki, ale czy mógłbym wyrzec się tego, co dostałem, świadomości, wiedzy, nigdy nie spełnionego dążenia do celu? Nawet jeżeli tak być musiało, że cel, o którym długo nic nie było wiadomo, obracał nasze dążenie w pośmiewisko. Wyrzec się, zamknąć, umartwić wzrok, słuch i dotyk, w ten sposób zdobyć wolność i nie lękać się już, że coś nam zostanie odebrane, nie, tego nie umiem.
Z tomu „Nieobjęta ziemia” Czesława Miłosza
Odwiedza nas 47 gości oraz 0 użytkowników.