Wielki dach où picoraient des focs
to sielski wizerunek morza.
Dziś linia horyzontu jest ciemna
a przybrzeżna woda kipi jak w garnku.
Kiedy jeździły tędy wielkie lokomotywy
o imionach Bellerofont czy Orion,
wszystkie kształty były płynne
od nadmiaru młodości i nawet
najbardziej gwałtowny wiatr wciąż był pieszczotą.
Chłopiec z czupryną zastanawiał się
czy człowiek to przypadek czy zamiar,
lapsus czy triumf... ale czyj?
Jeśli przypadek zdaje się możliwy,
nie jest zamiarem, chyba że w czyjejś głowie.
A jaki mózg powszechny może
obyć się bez nas? Taki dylemat
(nie dla niewinnych) należało rozstrzygnąć.
Mówili Gwaranci że stary logos
to jedno z mięśniami maszynistów,
z węglem który bucha,
z wyciem motorów, ze stenotypicznym prawie
stukotem Bezmiaru.
I chłopiec z czupryną nie wiedział
czy wskoczyć do morza i płynąć tak szybko
jak gdyby prawdą było że nie można dwa razy
wykąpać się w tej samej wodzie.
Chłopiec z czupryną nie był zresztą
dzieckiem skoro wynurzały się przy nim
Chimery, widma przedświata,
głosy wróżbitów i chorych,
oblicza mędrców, tych co mieli imię
i je utracili, Święci i princeps
szaleńców, ten który pocałował pysk
konia w uprzęży i od razu został mieszkańcem
świetlistej ciemności.
I dużo czasu minęło.
Wszystko się potem zmieniło. Popsuło się
nawet morze. Widuję teraz jego
gwałtowne napaści na pomost, już nie stroi się
w żagle, nie jest dachem niczego,
nawet samego siebie.
Eugenio Montale
z tomiku: Zapiski z czterech lat
Wydawnictwo a5, 2017

