Jakiś czas temu, jak pamiętamy, z pewnego domu przy ulicy Vodićkovej oberwał się gzyms i zabił przechodzącą kobietę. Krótko potem w „Literarnich novinach” ukazał się artykuł komentujący wypadek, a ściślej mówiąc, spontaniczną falę oburzenia, jaka rozlała się w społeczeństwie po tym wypadku. Autor rozpoczął od stwierdzenia, że gzymsy nie powinny spadać z domów, więc słusznie zdarzenie to spowodowało krytykę, a w dodatku to wspaniale, że dziś możemy takie sytuacje otwarcie krytykować. Następnie pisał o tym, jaki wielki kawał drogi pokonało nasze społeczeństwo, co zilustrował na kilku przykładach - choćby takim, że dawniej dziewczyny nosiły kufajki, a dziś stroją się według mody paryskiej. Zaprezentowane w ten sposób osiągnięcia naszych czasów doprowadziły autora do postawienia pytania, czy przypadkiem nie jest dziś już trochę zbyt dużo tej krytyki i czy zamiast - jak to nazwał - nieustannie się zajmować krytyką „lokalnych epizodów”, nie powinniśmy się zająć sprawami bardziej godnymi społecznej misji i humanistycznych treści pojęcia człowieka. Tekst kończył się apelem do literatury, aby ona także oderwała się wreszcie od nieistotnych, lokalnych przypadków i zaczęła się zajmować człowiekiem oraz jego perspektywami.

 

(...)
W artykule, o którym mówiłem, mechanizm ten występuje niemal w modelowej postaci: spadające gzymsy i krytyka stanu fasad są tak wspaniale wkomponowane w kontekst sytuacji na świecie, iż właściwie musimy odnieść wrażenie, że gdyby w Pradze gzymsy nie spadały, to już dawno mielibyśmy trzecią wojnę światową, więc w sumie jest w tym coś zdrowego, że te gzymsy spadają.

Skoro było oczywiste, że człowiek pierwotny tak sobie lepił dom, żeby mu nie spadł na głowę, to dla nowoczesnego, wysoko rozwiniętego państwa socjalistycznego musi być też oczywiste zapewnienie ludziom bezpiecznego chodzenia po ulicy. Moim zdaniem tutaj cała sprawa się kończy i wszystkie „ale”, „co prawda”, „chociaż” uważam za zwykłe mącenie wody, rozmywanie problemu i próbę odwracania kota ogonem. Nowe fabryki, osiedla i zapory wodne to wspaniałe osiągnięcia, należy też docenić, że dziewczyny nie chodzą już w kufajkach, ale twierdzę, że nie ma to nic wspólnego z gzymsami. Skoro mówimy o gzymsach, powinniśmy mówić właśnie o nich i nie mieszać do tego perspektyw człowieka. A jeśli już, to jedynie w tym kontekście, że człowiek w takiej sytuacji ma tylko dwie perspektywy: albo gzyms na niego spadnie, albo nie. Zresztą kto wie, czy prewencyjne remonty fasad praskich domów nie zostały zaniedbane właśnie dlatego, że ktoś kiedyś deklamował piękne słowa o perspektywach człowieka, zamiast zajmować się tym, jak mieszka konkretny człowiek.

Oczywiście wszystko ma związek ze wszystkim. Mimo to obawiam się, że Engels wycofałby się z tej myśli, gdyby wiedział, do czego kiedyś będzie służyła: że każdy będzie mówił dokładnie o czymś innym, niż powinien mówić.

Realizacji tej fałszywej kontekstualizacji w sferze przyczynowej towarzyszy też zwykle jej realizacja w sferze historycznej. Radość z tego, że - w odróżnieniu od całkiem niedawnych czasów - dziś już można śmiało i publicznie krytykować spadające gzymsy, wynika co prawda z historycznie uzasadnionego porównania, ale jest ono w tym kontekście bezcelowe, bo w istocie musiałoby prowadzić do całkiem ahistorycznego i absurdalnego wrażenia, że krytyka takich przypadków w każdym społeczeństwie nie jest czymś absolutnie oczywistym i że chodzi tu o jakąś całkiem niezwykłą, oryginalną zdobycz obecnej fazy rozwoju socjalizmu. Bardzo dziękuję za taki socjalizm, który coś równie oczywistego uważałby za swoją zdobycz!
(...)
Oczywiście tym wszystkim Związek nie może się zajmować, będąc pozbawionym wielkiego autorytetu społecznego. Ale autorytet też zależy od samego Związku - w końcu każdy ma taki autorytet, jaki sam sobie wybuduje. Seria wyznań, jakie zabrzmiały na zgromadzeniach związkowych i jakie po ostudzeniu głów czy zmianie kierunku wiatrów zostały odwołane, na pewno nie przydała Związkowi autorytetu u nikogo - ani u tych, których takie wyznania ucieszyły, ani u tych, którzy, przeciwnie, ucieszyli się z ich odwołania. Tym bardziej zdecydowane musi być dążenie do odzyskania autorytetu Związku. A nie stanie się tak ani poprzez histeryczne spowiedzi, ani poprzez zwariowane piruety światopoglądowe, ani poprzez wieczne kompromisy i półprawdy czy pseudodialektyczne albo abstrakcyjne wykręty. Oczywiście taktyka jest konieczna, ale na co taka taktyka, jeśli na jej końcu nie pozostaje nic z zasad, którym początkowo miała ona służyć? Jedyną drogę widzę w spokojnej i konsekwentnej rzeczowości, w rozwadze zamiast odwagi, w wytrwałym dążeniu do widzenia rzeczy takimi, jakimi są, i w nazywaniu ich po imieniu oraz w trzymaniu się sedna spraw, a nie uciekaniu na boki.

Nikt z nas nie chce, żeby gzymsy spadały ludziom na głowy. Dawniej podobno nie można było mówić, że spadają, nawet gdy tak się działo. Dziś można powiedzieć publicznie, ale trzeba przy tym dodać, że dziewczyny nie chodzą już w kufajkach. Ten frazeologiczny rytuał jest, po pierwsze, upokarzający - normalnym ludziom, którzy mają w zwyczaju mówić bez owijania niczego w bawełnę, wydaje się po prostu śmieszny, a po drugie, wstrzymuje świat w jego rozwoju: temu, do którego obowiązków należy rozwiązanie problemu praskich fasad, uniemożliwia zrozumienie faktu, że ponosi za coś odpowiedzialność i że nie może się od niej wykręcić ani za pomocą zwycięskiej walki z kufajkami, ani abstrakcyjnych rozważań o perspektywach człowieka, ani poprzez powołanie się na industrializację Słowacji.

Václav Havel, Obywatel kultury
Wydawnictwo Agora; Warszawa, 2016

***
A dla Polaków, niezależnie od politycznej orientacji? Dla nas jest plac Krasińskich. Jak się zlekceważy bibliotekę i pominie sąd, to pozostaje pomnik Powstania: apologia klęski. Klęski osamotnionych. >>>