Fala nacyonalizmu zerwała wreszcie tamę, utrudniającą jej rozlanie się we wsze strony. Tama to była słaba, ale bądź co bądź była. Obecnie niema już i tej zapory. Rosya Zamysłowskich, Kassów i Mienszykowów tryumfuje… Nikt nie przeszkodzi jej zostać tem, czem pragnie, nikt nie będzie się oglądał na Europę. Włodzimierz syn Mikołaja Kokowcow liczyć się z Europą musiał. Jeździł tam po coraz nowe pożyczki od lat tylu, a skutki polityki rosyjskiej – wewnętrznej nawet – odbijały mu się na kursie walorów. Ten kurs obchodził go zaś przedewszystkiem. To sprawiało, iż nawą państwową sterował dość oględnie i burz unikał. Był przedewszystkiem zawsze ministrem finansów, a potem dopiero premierem. Stąd pewien jego liberalizm, niechęć akceptowania wszystkich reakcyjnych uroszczeń. Stąd owa względem prądów szowinistycznych oporność. Rozumiał, iż na prądach tych Rosya snadnie zbankrutować może. Hamował je więc w miarę sił. Szkoda tylko, iż sił tych miał niewiele, więc władza wymykała mu się z rąk ciągle, aż wymknęła się zupełnie.
Mocno na swym fotelu prezesa gabinetu nie siedział nigdy. Chyba wówczas, gdy wszelkimi sposoby zapobiegał wojnie. W tem jednem miał poparcie „sfer”. Pod każdym innym względem stać się człowiekiem niezbędnym nie umiał. Nie przynosił bowiem nic swojego, żadnego oryginalnego programu, żadnej nowej oryentacyi. Kontynuatorem był poprawnym i oględnym - niczem więcej. Więc skupić wokół siebie jakiejś spoistej grupy nie potrafił. Był ciągle wodzem bez żołnierzy, szefem rządu, współpracowników nie mającym. To go zgubiło. Nie można wiecznie wszak, kiedy się jest premierem, reprezentować we własnym gabinecie mniejszości. Ta sytuacya, z gruntu paradoksalna, była, niestety, wciąż udziałem Kokowcowa. Zwycięstwo swych antagonistów opóźniał, uniemożliwić go nie mógł. Sam musiał więc zwyciężonym zostać nareszcie.
Upadek jego nie jest zresztą zwycięstwem innych „zasad”. Bo zasady nacyonalistyczne nie miały w osobie sekretarza stanu Kokowcowa ani przez chwilę pogromcy. Miały w nim tylko modyfikatora. Łagodził, kiedy mógł, zachłanności nacyonalistycznej ostrość i impet nadmierny, innej koncepcyi polityczno-moralnej nie przeciwstawiał im bynajmniej. W tem był cały, jako mąż stanu, jako polityk, jako działacz społeczny. Po Wittem odziedziczył był szynki państwowe i ciągnął z nich dochód coraz większy, choć zakładał i kuratorya trzeźwości - po Stołypinie wziął w spadku gotowe projekty praw antypolskich, antyfinlandzkich i t. d. i nie cofnął z nich nic, zwalniając tempo owych „reform" tylko. Był zresztą liberałem: sądził, iż w samorządzie można przecie „do czasu“ pozwolić Polakom na posiłkowanie się językiem „miejscowym“. Ale i tego zdania bronił niezbyt uparcie. Ot tak, by sobie nic nie mieć do zarzucenia zapewne, by Teofil Delcasse zadepeszował do Paryża: „Kokowcow rozumie, że sprawa polska w przyszłej wojnie z Niemcami jest ważną“. Lubił, aby w Paryżu i Londynie miano o nim dobre zdanie. O popularność w Twerze lub w Jarosławiu za to nie dbał. A szkoda... bo jednak, aby ją tam pozyskać - musiałby zdobyć się na coś więcej oprócz pięknych frazesów.
Niestety, frazes mu wystarczał. Był specyalistą od deklaracyi w obu Izbach i od interwiewów dziennikarskich. Posłom i reporterom miał zawsze coś do powiedzenia, a mówił tak uroczo, tak płynnie, iż słuchaczów oczarowywał wprost, przynajmniej na chwilę... Potem dopiero oryentowali się, iż nie powiedział nic właściwie i do niczego się nie zobowiązał. Przemykanie się pomiędzy Scyllą a Charybdą to było jego ustawiczną pracą. Umiał też chodzić po linie niby z balansem w ręku. Ale karyery linochodów kończą się zawsze prawie skręceniem karku... W polityce jest niem czasem... tytuł hrabiowski. Tym obdarzony tytułem były premier ustępuje miejsca swego bardziej zdecydowanym, wyraźnym. Inaczej być nie mogło. Wahania, słabości, kunktatorstwa zwykły to koniec. Kompromisowość do rządów nie wystarcza. W. M. Kokowcow nie zadowolił nią nikogo. Nacyonaliści podkopywali go, bo ich pochód na inorodców utrudniał, reakcyoniści, bo im posłuchu narzucić nie umiał - żywioły postępowe nie widziały w nim punktu oparcia. To czyniło sytuacyę jego wprost nieznośną. Zdawał się jednak nie czuć tego, tak długo, tak uparcie trzymał się władzy, władzy, która była właściwie cieniem. Może zresztą trwanie na stanowisku nakazywała mu świadomość, iż, ustępując, oczyści pole dla eksperymentów niebezpiecznych, których objektem stanie się wówczas Rosya. To wiedział bowiem, że po nim przyjdzie nacyonalista albo wstecznik. Tak się też stało. I horoskopy na tem tle stawiać nie trudno. Goremykin - to firma znana. Mniej znanym jest p. Bark, ale i o tym coś wiadomo. W gabinecie ministrów rosyjskich zapanuje wreszcie jednomyślność, bo i Timaszew i Sazonow są na wylocie. Jasnem jest, że ministrowie skarbu, handlu i przemysłu i spraw zagranicznych muszą być w akcyi solidarni. Inaczej jeden uniemożebniać będzie pracę drugiemu, lub rychło pokłócą państwo z całym światem. Na to zanosi się obecnie. Z polityką łagodzenia zatargów stanowczo się skończyło. Może to i lepiej zresztą. Zatargi narodowościowe, religijne, społeczne, zatargi o charakterze zewnętrznym będą miały więc odtąd przebieg bardziej ostry, niż mieć go przy Kokowcowie mogły. Ten ostatni walk jaskrawych nie lubił. Ci, co zostali w gabinecie, mają w sobie wojowniczości wewnętrznej i zewnętrznej za wiele. Wojowniczość - to atrybut nacyonalizmu nieodłączny. Zwiększyły się więc z dniem ustąpienia Kokowcowa i szanse wojny, to zważywszy szczególniej, że wobec zbliżającego się odnowienia traktatu handlowego Niemcy utrudniać będą celowo sytuacyę polityczną Rosyi, aby, przyparłszy ją do muru. uzyskać od Izb nawet, warunki nowej umowy jak najlepsze.
W tym stanie rzeczy „zwrot“ obecny nabiera bardziej doniosłego znaczenia. Jest on czemś więcej niźli zmianą ministrów, jest naprawdę początkiem nowego niby kursu. Zmieni się on nie tyle za sprawą starego Goremykina, którego o zbytek inicyatywy posądzać dziś już trudno, ile dzięki większej swobodzie rąk pozostałych ministrów. P. Kasso, p. Ruchłow, p. Krywoszein, p. Szczegłowitow, no i p. Bark wreszcie - zgodnie chwycą za wiosła, by pchnąć rosyjską łódź, gdzie pragną. Czy łódź owa zawinie, dzięki nim, do przystani pewnej i cichej - zdaje się być wątpliwem - raczej puści się w drogę pełną niebezpieczeństw i przygód. Zaś o przygody w tych czasach bardzo łatwo i szukać ich bardzo daleko nie potrzeba. Same przyjdą. I szkody od nich nieobliczalne być mogą. Nie zrównoważy ich ta „praca twórcza", którą niby to rozwinąć ma nowy minister skarbu. Do twórczej pracy, by się stała istotnie skuteczną, nie wystarcza zmiana ministrów, niezbędną dla niej - zmiana warunków zasadniczych, w których się ta praca ma dokonać. Zaś o tego rodzaju zmianie coś nie słychać. Fabryki, warsztaty, fermy mnożą się tylko tam, gdzie obywatel ma wolność osobistą, gdzie działalności społeczeństwa, samopomocy jego nic nie krępuje, gdzie jest pewność istotna spokojnego jutra. Gdzie tego brak - podstawą państwowego budżetu może być w dalszym ciągu tylko państwowa sprzedaż wódki. Ale od wódki są gorsze narkotyki, co oszałamiać mogą myśli narodu. Są to zarazki nienawiści plemiennej, nietolerancyi i ciemnoty, szczepione w duszach. One to wszelką twórczość istotną wprost udaremnić muszą. Nie uratuje jej „nacyonalizacya kredytu", której zwolennikiem jakoby jest nowy minister skarbu. Nacyonalizacya kredytu podetnie skrzydła Rosyi produkującej tak, jak banki „dla szlachty” zgubiły prawie Rosyę ziemiańską. Uprzywilejowanie rodzi zawsze niedołęstwo, inercyę, nie szkołą charakterów jest i źródłem siły. Zaś siły, siły moralnej przedewszystkiem, z poczucia obywatelskich praw i obowiązków poczętej, potrzebuje państwo rosyjskie, by wyzdrowieć, by wzmocnić się istotnie. Tej siły nie próbował tchnąć w nie Kokowcow, niewyraźny, blady - tej siły bardziej jeszcze nie przybędzie społeczeństwu Rosyi za czasów Goremykina, Kasso, Szczegłowitowa i Barka. Będą oni w dalszym ciągu uprawiali „nakaz" i „zakaz“. Te dwa bodźce nie są zdolne zaś dokonać odrodzenia.
Więc „nowy kurs“ okaże się starym kursem pod wieloma względami. Kursem Durnowów, Stołypinów, kursem, polegającym na traktowaniu sił społecznych, niby masy biernej. Winne temu tradycye wewnętrznej polityki rosyjskiej, winno i samo społeczeństwo. Walczyć o niezależność swą inaczej jak środkami radykalnymi nie nauczyło się dotychczas. To ułatwia właśnie robotę reakcyi. Miałaby ona zadanie stokroć cięższe, gdyby w Rosyi dzisiejszej mógł powstać i zyskać posłuch jakiś kierunek umiarkowanie zachowawczy, który, nie budząc niepokoju, sięgnąć potrafiłby po wpływy poprzez głowy robiących karyerę na wstecznictwie lub pseudopatryotyzmie. Rozumiał to Kokowcow i, wciąż wisząc w powietrzu, rozpaczliwe czynił wysiłki, by przecież jakiś grunt raz znaleźć pod nogami. Miał chwilami złudzenia, że nacyonalizmowi przeciwstawić potrafi konserwatyzm szczerze monarchiczny, ale nie reakcyjny jednocześnie.
W tym celu próbował parokrotnie zorganizować jakąś grupę społeczną, którąby miał za sobą. Taką grupą onego czasu mieli być t. zw. konserwatyści niezależni, z hr. Perowskim, Uchtomskim i Ołsufiewem na czele. Ale umiarkowane ich zasady, którym współczuł premier ówczesny, nie pociągnęły nikogo. Zbyt były oględne, zbyt spokojne, nie wnosiły żadnego „przewartościowania wartości“. Tem raziły społeczeństwo rosyjskie, zaś biurokracyę odstraszały poszanowaniem prawa i skłonnością do decentralizacyi.
Tak więc plan powołania do życia postępowego konserwatyzmu – rzekłbym - spełzł na niczem i Rosya w dalszym ciągu miała lewicę i prawicę i szamotanie ich wzajemne. Umiarkowanego centrum nie udało się premierowi wytworzyć i w Dumie. I tutaj rozbił się o apolityczność społeczeństwa, czy raczej o jego pierwotność. Pozostał osamotniony. Nie popierał go naprawdę nikt, natomiast iluż go zwalczało!... Trzymał się jakiś czas sympatyą zagranicy raczej, niż związkiem z wewnętrznem życiem Rosyi. To życie rozwija się nie po linii upragnień oględnych statystów. Takim statystą zaś był W. M. Kokowcow bez wątpienia. Nie będzie nim żaden z jego dziś możliwych następców. Przekonamy się o tem aż zbyt rychło. Ale nie może być inaczej, jeśli ma być lepiej kiedykolwiek. Reakcya skompromitować się wprzód musi doszczętnie, zanim ustąpi miejsca jakimś świeższym i lepszym tchnieniom. Przy Kokowcowie ich nie było. Skorupa lodowa skuwała ziemię rosyjską, chwilami tylko czyniła niby się odwilż. Lecz to nie była zapowiedź żadnej wiosny. To były bezmyślne i bezpłodne kaprysy zwykłej petersburskiej zimy. Obecnie schwyci znowu mróz. To będzie przykre, ale zdrowsze w skutkach.
W. BARANOWSKI
Tygodnik Illustrowany
Nr 9/1914r.
28 lutego 1914r.
