Konteksty

Przy­zwy­cza­ili­śmy się, by jed­nym ru­chem odzie­rać stro­nę za stro­ną ze zdań i wy­ci­skać z nich zna­cze­nie, dla­te­go upór, z ja­kim Trak­tat o urnach opie­ra się ta­kiej prak­ty­ce, w pierw­szej chwi­li wy­trą­ca nas z rów­no­wa­gi i ośle­pia. „Sko­ro za­tem Adam zo­stał stwo­rzo­ny z eks­trak­tu Zie­mi, to każ­da część mo­gła­by za­prze­czyć re­sty­tu­cji, nie­wie­lu jed­nak zło­ży­ło swe ko­ści znacz­nie ni­żej, niż­by je mo­gli otrzy­mać…” – mu­si­my prze­rwać lek­tu­rę, wró­cić, pró­bo­wać tędy i owę­dy, i krok za kro­kiem brnąć da­lej. Czy­ta­nie sta­ło się dzi­siaj tak ła­twe, że po­wra­ca­nie do tych za­gma­twa­nych zdań jest jak wy­bie­ra­nie się do mia­sta na grzbie­cie po­nu­re­go i upar­te­go osła, a nie po­cią­giem elek­trycz­nym. Opie­sza­ły, ka­pry­śny, nie­bio­rą­cy pod uwa­gę żad­nej in­nej za­sa­dy poza wła­sną chę­cią, sir Tho­mas w za­sa­dzie nie pi­sze w ta­kim zna­cze­niu, w ja­kim pi­szą Fro­ude czy Mat­thew Ar­nold. Stro­na dru­ku peł­ni dzi­siaj inną funk­cję. Czyż nie przy­po­chle­bia się nam wręcz tą gor­li­wo­ścią, z jaką po­ma­ga nam przez sie­bie prze­brnąć, po­bie­ra­jąc je­dy­nie zwy­cza­jo­wą opła­tę w wy­so­ko­ści na­szej uwa­gi, a w za­mian za­pew­nia­jąc nam peł­ną mia­rę, ale ani un­cji wię­cej, ani mniej, niż nam się na­le­ży? w cza­sach sir Tho­ma­sa Brow­ne’a wagi i mia­ry były w opła­ka­nym sta­nie. Mamy wszak świa­do­mość, że sir Tho­mas za swo­je pi­sma ni­g­dy nie otrzy­mał na­wet pen­sa. Wol­no mu więc, sko­ro daje nam ze swej ob­fi­to­ści, wy­dzie­lić tyl­ko lub aż tyle, ile sam ze­chce. Jest ama­to­rem; to pra­ca jego wol­nych i swo­bod­nych go­dzin; nie za­wie­ra z nami żad­ne­go kon­trak­tu. Sko­ro za­tem nic sir Tho­ma­sa nie przy­mu­sza, by dbać o czy­tel­ni­ków, jego nie­wiel­kie książ­ki będą nud­ne, je­śli tak zde­cy­du­je, trud­ne, je­śli mu się tak spodo­ba, i pięk­ne po­nad mia­rę, je­śli aku­rat w sto­sow­nym bę­dzie na­stro­ju. Tym spo­so­bem wkra­czam oto w ob­szar wąt­pli­wo­ści, a mia­no­wi­cie w ob­szar pięk­na. Czy już pierw­sze sło­wa nie wcią­ga­ją nas i nie cza­ru­ją? „Kie­dy zgasł już po­grze­bo­wy stos i uci­chło ostat­nie po­że­gna­nie, lu­dzie roz­sta­wa­li się na za­wsze ze swy­mi od­da­ny­mi zie­mi Przy­ja­ciół­mi”. Dla­cze­go jed­nak pięk­no wy­wie­ra na nas taki wpływ, jaki wy­wie­ra, dla­cze­go bu­dzi tę dziw­ną, spo­koj­ną uf­ność, jaką bu­dzi – tego nikt po­wie­dzieć nie po­tra­fi. Wie­lu pró­bo­wa­ło, a jed­ną z nie­zmien­nych cech pięk­na jest to, że wzbu­dza w czło­wie­ku chęć, by je prze­ka­zy­wać da­lej. Mu­si­my zło­żyć ja­kąś ofia­rę; mu­si­my po­świę­cić mu ja­kieś dzia­ła­nie, choć­by ta­kie, by przejść na dru­gą stro­nę po­ko­ju i prze­su­nąć tę różę w wa­zo­nie, różę, któ­ra, tak na mar­gi­ne­sie, wła­śnie zrzu­ci­ła płat­ki.

Virginia Woolf, Eseje wybrane
Wyd. Karakter, 2018

Meduza Rondanini - Gliptoteka monachijskaZa chwilę ten koszmar się skończy - wszystko wróci w miejsce, które można było ogarnąć rozumem. Nie wolno poddawać się, tracić odwagi. Jeszcze trochę cierpliwości, jeszcze kilka kroków, przejdzie przez to podwórko, ten korytarz, wyjdzie przez bramę i znajdzie się znów na ulicy, wśród ludzi, wróci do siebie, do życia bez tajemnic i cudów. Przecież nie może być inaczej. Świat zbudowany jest na racjonalnych zasadach, nie da się go podzielić na pozór i istotę. Nie ma w nim miejsca na absurdalne przypadki, na nieistniejące strefy, realną tuteczność i jakąś absurdalną tamteczność.

niewidzialne bibliotekiCzytanie - jak zauważył Archiwista Dynastii Zhou - czyli kwestia wpłynięcia na jednostkę tekstu nastrojem paru godzin czy też żywionymi w danym momencie życia poglądami i wyobrażeniami, jest zajęciem skrajnie niepełnym: nikt z nas nawet nie napoczął żadnej książki, jeśli bowiem zdarzyło nam się przeczytać ją jakiegoś wieczora pod drewnianymi krokwiami pewnego pokoju w Bagmarze, w wieku dwudziestu trzech lat, to nie dostrzegliśmy nic z tego, co objawiłoby się nam o poranku w Karkonoszach czy w cieniu cerkwi w Wielkim Presławiu, ani też dziewiętnastoletniej dziewczynie z Yellowknife, czy też mężczyźnie, który postarzał się na obrzeżach własnych marzeń na jakimś niepowstałym nawet jeszcze osiedlu w Chakasji.

Mówi się, że zanim odjechał przez Bramę Zachodnią, Archiwista Dynastii Zhou ułożył książkę z pięciu tysięcy ideogramów, z których każdy rozwijał się we wszechświat, z rzekami, pokoleniami liści, własnymi gwiazdami i cywilizacjami, z oczami zwierząt świecącymi o zmierzchu, ze skalami muzycznymi, z obrońcami i łupieżcami, z nieprzebraną a zmienną pogodą. Mówi się także, że ci, którzy tej książki szukają, mogą ją znaleźć w bibliotece w Jin Tu, daleko za Bramą Zachodnią, gdzie każdy dostanie niespożytą liczbę żyć, okoliczności, ciał i historii, w których będzie mógł czytać, by w końcu, kto wie, pojąć jeden czy dwa znaki na stronie.

Niewidzialne biblioteki; Monica James, Lawrence Liang,Danish Sheikh, Amy Trautwein
spolszczenie: Jacek Dehnel
Wydawnictwo Literackie, 2022

Ewa, młodsza córka, opisała życie matki. To życie jest szare: urodziła się w Warszawie, jej ojciec był człowiekiem ubogim, nazywał się Skłodowski. Uczył matematyki i fizyki. Dziewczęta pragnęłyby studiować na uniwersytecie, ale w Rosji kobiety nie mogły uczęszczać na wyższe uczelnie. Jedna z jej sióstr, Bronia, trafiła jednak do Paryża, gdzie uczyła się na lekarza. Maria zaś nastała na służbę jako nauczycielka domowa i od czasu do czasu posyłała starszej siostrze do Paryża po dwadzieścia rubli. „Jest jakiś talent w naszej rodzinie – pisała do niej – i ważne jest jedynie to, żeby ten talent się nie zmarnował. Ucz się…” Ona sama dopiero po latach dotarła do Paryża, na uniwersytet, kiedy starsza siostra wyszła już za mąż za lekarza. Kilka lat przed przełomem wieków, u jednego z rodaków, poznała się z Pierre’em Curie. Byli tak biedni, jak ludzie zwykli być biedni jedynie w rzeczywistości i w rosyjskich powieściach.

samotnica dwa zycia marii dulebianki"Gdy ofi­cjal­nie ogło­szo­no kan­dy­da­tu­rę Du­lę­bian­ki, do wy­bo­rów zo­stał za­le­d­wie ty­dzień.
Oczy­wi­ście wia­do­mo, że głosy od­da­ne na ko­bie­tę zo­sta­ną ze wzglę­dów for­mal­nych unie­waż­nio­ne. Cho­dzi o ma­ni­fest, który zwró­cił­by uwagę opinii pu­blicz­nej. A do tego po­trzeb­na jest po­waż­na kam­pa­nia.
Ko­mi­tet Rów­no­upraw­nie­nia Ko­biet nie próż­nu­je. Do re­dak­cji lwow­skich gazet ro­ze­słał ode­zwę za­pra­sza­ją­cą na ze­bra­nie przed­wy­bor­cze. Pod koniec lu­te­go, jak pi­sa­ła „Zorza Oj­czy­sta”, „na mu­rach Lwowa po­ja­wi­ły się, po raz pierw­szy od kiedy Lwów Lwo­wem, afi­sze, czyli dru­ko­wa­ne ogłosze­nia, wzy­wa­ją­ce do gło­so­wa­nia przy wy­bo­rach na ko­bie­tę, p. Marię Du­lę­bian­kę, i za­pra­sza­ją­ce na zgro­ma­dze­nie przed­wy­bor­cze, na którym ona wy­gło­si swą mowę kan­dy­dac­ką”.
Z Dru­kar­ni Udzia­ło­wej przy ulicy Ko­per­ni­ka wy­cho­dzą ko­lej­ne ogło­sze­nia. Pla­ka­ty z za­pro­sze­niem na wiec. Po­dłuż­ne, czer­wo­na­we afi­sze z hasłem ape­lu­ją­cym do su­mień wy­bor­ców. Oszczęd­ne ulot­ki z rącz­ką wska­zu­ją­cą na na­zwi­sko kan­dy­dat­ki. Druki tłu­ma­czą­ce do­nio­słość głosowania na ko­bie­tę. „Do­ko­naj­cie aktu spra­wie­dli­wo­ści wobec po­ło­wy lud­no­ści na­sze­go mia­sta” – pro­szą dzia­łacz­ki.
Kam­pa­nia za­le­wa­ją­ca Lwów robi nie lada wra­że­nie. „Efek­tow­ne i rzu­ca­ją­ce się w oczy są pla­ka­ty p. Du­lę­bian­ki” – po­twier­dza „Ga­ze­ta Na­ro­do­wa”.
Kon­ku­ren­cja jest jed­nak spora.

niewidzialne bibliotekiElimelech Sofer, jeden z największych kabalistów XVIII wieku, zwany też Czytającym z Winnicy, nauczał: cały świat nie tylko został przed wiekami stworzony przez Tego-Który-Nosi-Niewy-słowione-Imię ze słów i z liter, ale też nadal stanowi gotowy do odczytania tekst, pozwalający zgłębiać mądrość Najwyższego. Każda roślina, przedmiot, dowolna część widzialnego świata zawiera w sobie liczby, a zatem i litery. Kwiat irysa to trzy płatki górne, trzy dolne, czyli dwa razy gimel i raz waw. Liść dzikiej róży, złożony z siedmiu części, to zajin na pojedynczej łodyżce alefu. Zydel na czterech nogach to alef na dalecie.

Uczniowie Elimelecha postanowili przepisać księgę świata. Chodzili skupieni po całej Winnicy, licząc źdźbła traw, opadłe z drzewa śliwki, cerkiewne kopuły, idące drogą baby w zapaskach, dzwonki przy końskiej uprzęży. Z dnia na dzień puchły tomy, zapisywane przez wiecznie zmieniającą się rzeczywistość: kiedy z gałęzi spadało jedno jabłko, a pozostawało na niej jeszcze dziewięć, tet zmieniał się w chet i alef. Mrówki, szukające ścieżki wśród żwiru, schodziły się i rozchodziły, przez dwa kwadranse zapisując kilka wersetów. Kapiące krople wymawiały wielokrotnie to samo, przeciągłe alef.

Dziś nie ma ani Elimelecha Sofera, ani jego uczniów, ani oprawnych w skórę rękopisów, w których zapisano mały Winnicki ustęp nieskończonej opowieści świata. Biblioteka trwa jednak razem z całą Winnicą, w każdym rowie, na każdym drzewie, za każdym parkanem, otwarta dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu.

Niewidzialne biblioteki; Monica James, Lawrence Liang,Danish Sheikh, Amy Trautwein
spolszczenie: Jacek Dehnel
Wydawnictwo Literackie, 2022

Wykluczenie sumienia

W państwie totalitarnym, w którym wszystko, co ludzkie, uległo upaństwowieniu, tylko najwyższa władza była w prawie typowania ofiar. W państwie wielkich swobód osobniczych byli samozwańczy likwidatorzy zła, swobodni w jego rozpoznawaniu i ściganiu. Ta zależność wyjaśnia pokrewieństwo obu formacji – w rozgrzeszeniach, jakie dają sobie mordercy, bo zarówno totalna uległość autorytetom, jak totalna negacja wszelkiej uległości wyklucza z rachunku czynów sumienie, różnymi drogami prowadząc do tożsamego finału we krwi.
Stanisław Lem, "Biblioteka XXI wieku / Golem XIV"
Ze wstępu do fikcyjnej książki:
Horst Aspernicus, "Der Völkermord. I. Die Endlösung als Erlösung. II. Fremdkörper tod."

Lepiej nam skały uprawiać niż mieszkać wśród dolin i pagórków mając tak przykrych sąsiadów

Złych, przyjacielu, dostaliśmy sąsiadów: żurawi. Wieczną wojnę toczą nad tym kawałkiem ziemi. Jak z naszymi ojcami nie byli w zgodzie, tak po nich z nami nie zaprzestają wojny. I nic to, że składaliśmy im nieraz pierwociny żniw i nawet cząstkę tej ziemi niby bogu poświęcone żuławy oddaliśmy niewdzięcznikom. Ale snadź nie masz w nich szacunku dla darów. Tak więc wszyscy się stąd zabieramy: lepiej nam skały uprawiać niż mieszkać wśród dolin i pagórków mając tak przykrych sąsiadów.

Ajgejros do Platana
Listy obyczajowe, sielskie, miłosne; Teofilakta Symokatty
tłumaczenie.: Mikołaj Kopernik

Odwiedza nas 112 gości oraz 0 użytkowników.

Szukaj

Początek strony