
Przez wiele lat nie było też cmentarza, dlatego ciała, a potem szkielety mieszkańców leżały porzucone na plaży. Wiatr przysypywał je piaskiem, odłamkami muszli i skamieniałymi ootekami sprzed milionów lat, przypominającymi beczułki lub naboje. Czasem deszcze wymywały je do oceanu, a ten – okrutny i surowy, jak miejscowi ludzie – wciągał je w głąb siebie. Prądy przy plaży w Cofete są najsilniejsze na całej Fuerteventurze. Z pobliskich wzgórz co kilkadziesiąt metrów widać ich jasne linie wstępujące w morze. Nieopodal znajduje się mała wysepka Islote, a właściwie malownicza skała obmywana przez fale. Podczas odpływów wąska łacha piachu łączy ją z lądem. Miejscowa legenda mówi, że wieczorem można tam spotkać siedem kobiet, które zabrało morze, gdy brodziły w wodzie.
I dobro, i zło są znakami ludzkiego tragizmu, ambiwalencji naszej natury. W równym stopniu dobro i zło są w nas w opozycji, co się wzajemnie uzupełniają. Zauważmy, że gdy stworzyliśmy system oceniający nasze postępowanie, to stworzyliśmy również system usprawiedliwiający. Dla mnie osobiście ciekawszy jest ten system usprawiedliwiający, bo narzuca pytanie, czy nie jest on w gruncie rzeczy przyznaniem się, że zło jest w każdym z nas. Jestem skłonny sądzić, że w planie czysto ludzkim człowiek jest odpowiedzialny za wszystko, co niesie historia. Nie wierzę na przykład w narodziny tyranów samych z siebie. Według mnie to ludzkość ich wyłania, żeby wzięli jej grzechy na siebie. Poprzez tyrana niejako zwalniamy się z odpowiedzialności. Tyran to nic innego, jak jedna ze struktur tkwiącego we wszystkich zła. Co jest takiego w człowieku, że musi prowadzić wojny, musi zabijać, musi wyłaniać tyranów, że mimo wzrostu świadomości tego wszystkiego nie stajemy się wcale lepsi? Przykładem choćby obecny świat.
W wierszu Podróżowałem po krainach złota... Keats pisze:
Poczułem się jak skromny obserwator gwiazd,
Kiedy nagle dostrzeże nieznaną planetę,
Albo jak mężny Kortés, gdy zdumionym wzrokiem
Wpatrywał się w Pacyfik (a jego załoga
Spoglądała po sobie nie wiedząc, co myśleć)
I bez słowa stał na szczycie nad Darien.
W sonecie tym Keats porównuje lekturę przekładu Homera autorstwa George’a Chapmana do na poły mistycznego stanu, w jaki wprawia odkrywcę obcowanie z zupełnie nową prawdą, kiedy pojmuje, że dokonał czegoś po raz pierwszy w historii świata. Takim pierwszym razem był moment, gdy Herschel dzięki ulepszonym narzędziom optycznym odkrył nową planetę Układu Słonecznego. Podobnych odczuć doświadczyli Hernán Cortés z towarzyszami, kiedy jako pierwsi biali ujrzeli Pacyfik po drugiej stronie kontynentu amerykańskiego. Obie te chwile z historii nauki i historii odkryć geograficznych są w pewnym sensie tożsame. Zachwyt jest jeden i ten sam, a doświadczyć go można, obcując z wielką literaturą i zagadkami Wszechświata.
A pamiętam, pamiętam jeszcze ranki takie, całe ptactwem rozśpiewane... Szary świt robi się na świecie, niebo blednie, potem różowi się lekko od wschodu - cisza jest ogromna - słychać tylko szelest dużych pereł rosy, spadającej z liści drzew. Wtem naraz pierwszy, krótki, urwany świergot, po nim drugi w innej stronie i trzeci, czwarty... Jeszcze chwila ciszy, a potem jakby wszystkie drzewa, wszystkie krzewy ożyły: świergot wszczyna się naokoło, klaskanie, gwizd, bicie i gwar - zrazu można jeszcze poszczególne głosy odróżnić: tu kos się odezwał, tam z lasu słychać krzyk sójki, ówdzie bliżej wróble, sikorki, pliszki, a w górze skowronek - później już jest tylko jeden ogromny, radosny, dźwięczny chór; powietrze drży od niego, listki, zda się, drżą i kwiaty, i trawy... Na świecie tymczasem robi się coraz jaśniej, na niebie coraz rumianiej - aż wreszcie i słońce wypływa na firmament.
Tutaj słońce wschodzi leniwie i cicho... Chciałoby się przypuścić, że nie spieszy się dlatego, że go nie wołają żadne głosy... Kilkugodzinnego, szarego świtu, podczas którego okolica leży nieodmiennie ścięta mrozem i śniegiem spowita, nie rozwesela śpiew ptasząt... Słońce tu na Księżycu wschodzi zawsze nad martwym światem i w bezdennej głuszy. Jedynie człowiek zakrzyknie, z dalekiej gwiazdy przybyły, przebudzone dziecko zapłacze z cicha albo pies zdziczały, skostniały od mrozu zaskomli w jamie, z której wygnał przed wieczorem jakiegoś księżycowego potworka...
I przez cały, nieskończenie długi dzień panuje cisza, chyba że wiatr się zerwie, rozbudzi morze i zaświszcze po skałach albo szeroki gardziel wulkanu ryknie, odpowiadając huczącym gromom...
Trylogia księżycowa, Jerzy Żuławski
Życie na Ziemi, bez żadnych wyjątków, należy do jednego misternie splecionego ekosystemu, który zawiera w sobie wszystkie organizmy. Ta fundamentalna więź bierze się nie tylko z głębokiej współzależności, ale też z faktu, że całe życie na naszej planecie jest ze sobą genetycznie spokrewnione za sprawą wspólnych korzeni ewolucyjnych. Ekolodzy od dawna zwracają uwagę na to, jak ważna jest łączność i współzależność wszystkich form życia. Ich podejście wywodzi się z wniosków wyprowadzonych przez żyjącego w osiemnastym i dziewiętnastym wieku odkrywcę i naturalistę Alexandra von Humboldta, który twierdził, że wszystkie istoty żywe są ze sobą zespolone holistyczną siecią powiązań. Może to dość niespodziewane, ale właśnie ta wszechzależność stanowi podstawę całego życia na Ziemi. To powinno nas skłonić do głębszego zastanowienia się nad wpływem działalności człowieka na otaczający go świat.
"Czym jest życie? Biologia w pięciu krokach", sir Paul Nurse
Wyd. Marginesy, Warszawa 2020
Czas nie zawsze nam sprzyja. Ale dowiadujemy się o tym dopiero wtedy, gdy rzekomo naturalny porządek świata zostaje naruszony, a nowe myśli, które dotąd zdawały się burzyć jednolitość naszego czasu, zaczynają się przyoblekać w żywe kształty. Wtedy czas, taki, jakim znaliśmy go dotąd ze wszystkimi jego urokami i wadami, które głęboko weszły nam w krew, zaczyna nam ciążyć. Staramy się wówczas odepchnąć jednocześnie jego uroki i wady; czynimy to pochopnie, lekkomyślnie jak dzieci. Oparzyliśmy się chłodem, dmuchamy więc teraz i na zimne, i na gorące. Z tej czynności pragniemy przede wszystkim usprawiedliwić się sami przed sobą - czujemy bowiem całą nieszczerość naszej niewygodnej sytuacji, w której staramy się robić dobrą minę do złej gry. Zaczynamy obrachunki ze sobą i ze światem.
Czytaj więcej: Czas nie lubi zbyt długo zatrzymywać się nad swoją ofiarą
Albowiem jeśli na tej podstawie, że widzę wosk, sądzę, że on istnieje, to z tego samego, że wosk ten widzę, znacznie oczywiściej wynika, że ja sam też istnieję. Bo może tak być, że to, co widzę, nie jest naprawdę woskiem, może też być, że nawet oczu nie mam, którymi bym cokolwiek widział; ale jest rzeczą zupełnie niemożliwą, iżbym, skoro widzę lub […] myślę, że widzę, ja sam myślący nie był czymś.
Odwiedza nas 113 gości oraz 0 użytkowników.