
[…] Podawano o tym mieście sprzeczne
informacje – relacje różniły się między sobą i wchodziły sobie w drogę,
zbyt były przy tym nieprawdopodobne. Mówiono, że okolice
miasta, w którym przedtem tyle lat mieszkali, tworzyły coś
w rodzaju zaczarowanego terytorium niezgody, a po nim
należało poruszać się według specjalnego systemu topograficznych
punktów i objaśnień, które posiadały co prawda swojskie nazwy,
ale za każdym razem znaczyły coś innego – zależało to od tego,
kto właściwie rysował mapę. Mieszkańcy gubili się
w sprzecznych opisach, sytuując je zawsze trochę inaczej,
kreśląc w swoich opowieściach jakieś fantastyczne szkice i plany,
które nigdy nie były ze sobą zgodne. Sztandary powiewające
nad ratuszem tak często zmieniały kolory, że niektórzy zapomnieli już,
które są rzekomo dla nich najlepsze, i pomieszali je trochę w swoich
historiach rodzinnych. Wydawałoby się więc, że kolejna zmiana
koloru nic tak naprawdę nie zmienia. Ale po tej wojnie,
w której to, co zmieszane, usiłowano odczyścić, odciąć i rozdzielić,
przede wszystkim przelewając ludzką krew i oddzielając
swoją od obcej, stało się jasne, że tracą coś ostatecznie, na całe życie.
Bo nic tam nie było obce, a wszystkie owoce miały wyłącznie
mieszanych rodziców.
Po co się zapuszczałem w tę rewiry
przy stacji, gdzie króluje Iwan Groźny?
Przecież nie po ogórki małosolne,
bo tych nie ma nawet w sklepie Rassija.
Po co pytałem w barach, gdzie są stągwie,
kto trzyma pochowane po piwnicach
i ciemniach butle, w których tajemnica
gorzkiego napoju właśnie osiąga
swe apogeum? Ilu tam uchodźców
spotkałem, którzy uchodzili z ciała
i nie chcieli uchodzić już za obcych,
i podawali zmyślone imiona?
Noc była pełna imion, brzuch Lewiatana
pełen zmyśleń o ruskich małosolnych.
Tomasz Różycki
z tomiku: Ręka pszczelarza, Wydawnictwo Znak, Kraków 2022

Jak długo depczę ziemię, poznać po obcasie.
Pajęczyny też nie da się palcem zdjąć z czoła.
Donośne kukuryku raduje tym właśnie,
że brzmi, jak brzmiało wczoraj.
Ale i czarne myśli gęstnieją, nawisłe
jak kosmyk, gdy horyzont brwi skośnie przekreśli.
I przestaje się miewać sny - byle mniej istnieć,
rzadziej się zdarzać, nie zaśmiecać reszty
czasu. Uboga ulica z uporem
pcha się w oczy, wystając godzinami w oknie:
to jej pamięć przechowa wygląd lokatora,
a nie, jak skłonny był sądzić, odwrotnie.
I, w czterech ścianach krążąc jak w tańcu szamana,
tocząc się niby kłębek z rogu w róg,
motam na siebie pustkę, aby dusza miała
jakieś pojęcie o tym, co wie Bóg.
tłum. Stanisław Barańczak
Josif Brodski, Urania
Wyd. Zeszyty Literackie, Warszawa 2015
Choć żadna z tych opinii nie jest do końca sprawdzona,
a wszystkie oparte są raczej na wnioskach z opisów zamieszczonych
w Czarnych Zeszytach, to w opisach Detraversa widzimy
samego Nieluckiego, jak nastawia wielki gąsior z moszczem
z rabarbaru lub z zielonych pomidorów i następnie zasypuje
ten moszcz cukrem czubato akurat wtedy, kiedy Saturn
wyrusza w Czwartą Eskapadę, a w Domu Niewoli
zapalają świece. Księżyc był wówczas w koniunkcji
ze Słońcem, a ingres Wodnika w sekstyl się naprężał
wobec Wenus jednookiej, w kwadraturze kroków śpiącego Merkura.
Tymczasem pewnie było bardziej prozaicznie, jak podają
Czarne Zeszyty: sapał Zacier i wzdychał, schodził wciąż
po schodkach do piwnicy, gdzie ukrywał coś w rodzaju
prymitywnego laboratorium. Tam warzył napoje, sprawdzał ich
krzepkość i ogień. Alkohol sam wyrabiam, pieprz jest z Indii,
maliny z ogródka. Bierzesz trzy równe części, plus czwartą, sekretną,
i nigdy nie przeważasz szali na swoją zgubę – tak powiada przepis.
W kociołku uwarzył się już zacier, do którego dosypał dwa kwiaty
lotosu – i tę partię ijasza nazwie Odyseja.
Ijasz, Tomasz Różycki
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2021
Można było zrozumieć upodobanie mieszkańców Görbersdorfu do gęsi, ponieważ wszędzie w okolicy były jakieś stawy, potoki, jeziorka, jakby podziemna woda pchała się ku górze, ciągle przypominając o sobie, że jest, że istnieje. Może nawet była w tej obfitości wody jakaś mała pogróżka – co by się stało, gdyby ta woda postanowiła kiedyś wylać się na powierzchnię owej lejdejskiej doliny.
Korzystały na tym wszechobecne tutaj gęsi. Grzecznie wędrowały dwa razy dziennie ze swoich sypialni, które dzieliły z kurami, do zbiorników wodnych. Na przedzie zawsze szedł gąsior z obfitym podgardlem, czujny i nastroszony, a za nim jego harem pań w bieli, rozgęganych, jakby komentowały wszystko, co spotykają na swej drodze. Gąsior czasami lubił pogrozić kuracjuszom, wyciągał szyję i straszył, że uszczypnie. Kuracjuszki uciekały z piskiem i zawsze było to jakieś urozmaicenie w nudzie sanatoryjnego dnia. Wszędzie też poniewierały się gęsie pióra, te duże, którymi można by spisać naszą historię, ale i te małe puchowe, które uciekały ptakom w czasie kąpieli lub były wyskubywane w czasie zapamiętałych higienicznych zabiegów. Wiatr unosił je ponad deptakiem, ponad mostkami na strumieniu, a niektóre z nich płynęły wysoko ponad dachami domów i obserwowały stamtąd ludzki świat. Lubiły też zaczepiać się na ludzkich ubraniach i gest zdejmowania sobie nawzajem piórek z ramion był tutaj gestem powszechnym, przez który wyrażała się nawet jakaś wzajemna czułość, rodząca się z poczucia solidarności ludzi chorych i – przecież – skazanych na śmierć.
Niestety teraz także dla gęsi następował równie tragiczny czas. I one były przeznaczone na śmierć tej – jak i każdej – jesieni. Upasione na obfitości letniego pożywienia, pewne siebie i silne, znajdowały się w końcówce swojego życia.
Opitz ostrzył noże, a Frau Weber i Frau Brecht nie skubały już fasoli ani bobu, ale zszywały gęste płótno na wsypy do poduszek.
Piękne i dumne gęsi miały zamienić się wkrótce w słoiki smalcu, w zawekowane mięso, w gulasze i pasztety. I gdy wychodziły dumne i pełne godności na wprost wystrojonych kuracjuszy, nie wiedziały nawet, jak bardzo są bezbronne i jak mocno przypieczętowany jest ich los. Ludzka przewaga nad skazanymi na śmierć ptakami polegała na tym, że ludzie znali swoje mordercze zamiary. Dlatego uśmiechali się tylko pod nosem, patrząc na gęsi orszak sunący przez wieś z taką powagą i pewnością siebie, jaką mogą mieć jedynie nieśmiertelne istoty.
Empuzjon, Olga Tokarczuk
Wydawnictwo Literackie, 2022
Gdyby mnie powołano
Do wymyślenia religii
Jej podstawą uczyniłbym wodę.
Zamiast chodzić do kościoła
Przeprawiano by się w bród przez rzekę,
Po czym przebierano w suchą odzież;
Oparłbym całą liturgię
Na symbolice przemoknięcia do nitki
W dzikim akcie strzelistym ulewy,
A na wschodzie postawiłbym wzniosłą
Szklankę wody, w której snop światła
Mógłby w swoich zmiennych załamaniach
Mrowić się bez końca jak tłum wiernych.
PHILIP LARKIN
przeł. Stanisław Barańczak
z tomu: The Whitsun Weddings (1964)
Połóż się na moście i obserwuj płynącą wodę. Albo biegnij, albo przejdź przez błoto w swoich czerwonych butach. Albo zwiń się w kulkę i słuchaj kropel bębniących o dach. Bardzo łatwo jest sprawiać sobie przyjemność.
Tove Jansson
Zastanów się więc, czy nie byłoby pożyteczne zalecenie następujące: żyj z ludźmi tak, jakby widział to Bóg; rozmawiaj z Bogiem tak, jakby słuchali tego ludzie.
Odwiedza nas 113 gości oraz 0 użytkowników.