1. Świat jest zbyt piękny, żebym nie odczuwał potrzeby uchwycenia go bezpośrednio, bez uciekania się do podstępów pisarstwa. Co roku myślę, że następnego roku znajdę sposób, i jestem zawiedziony. Ta tęsknota do wyjścia poza wymogi gatunków literackich jest może śmieszna, ale wydaje mi się czasem, że tylko ona potrafi zburzyć przegrody, zza których przez sekundę rzucamy spojrzenie na to, co nam ucieka. Każdy czuje dzisiaj, że literatura współczesna to nie jest to. Sukces książek popularyzujących fizykę, biologię, botanikę jest usprawiedliwiony, bo nie głosząc, że wprowadzają czytelnika wewnątrz stawania się, rozpętują marzenie, które wprowadza tam rzeczywiście.

 

I wąż ma złotą skórę...
Czesław Miłosz



Patrice de La Tour du Pin
AWANTURNIK

I

Aby gry tych wieczorów piękniejsze się stały,
czyż nie postanowiłem o zmierzchu porzucić
głuchej latarni, w tłumie kruków pociemniałej,
do gwiazdy, przypadkowej gwiazdy znów powrócić,
tej, co własny swój połysk na puszcze rozsiewa?

Jakie szaleństwo, jeżeli idzie przez wąwozy
nocy, jeżeli stąpa wśród milczącej grozy
nocy, jeżeli ktoś go oprócz mnie spostrzega,
jeżeli woła...
                        Ktoś schodził przełęczą,
jakbym czyjś oddech ciężki i osłabły poczuł,
tuż obok zgadywałem jego głowę wdzięczną,
od wysp kraju ciemności powabniejsze oczy:
I skoro tylko w wichrze drzewa zakrzyczały,
uciekłem, jego oczy obiegły mnie kołem
i znów przyszły, i znowu z drzew szron padał biały...
„To jest dziwna gra, ja tej gry pojąć nie zdołam”,
powiedział, „ale żeby znać awanturnika
swojej rozkoszy, dosyć jednego zawrotu,
ten przechodzień nie zawsze ukazać się gotów,
jeżeli jest jak ptak, co niesie ogień, znika”.

Nic nie odrzekłem, bo i cóż bym mógł? Jakże poniechać
tych oczu, twarzy w dziwnych stopniałej uśmiechach,
trzeba by całych godzin zwierzeń, całych godzin,
aby przeniknąć, odkryć ich ukryte niebo
i nie zgubić się; czysta głębia tak uwodzi...

„Naucz mnie swoich zabaw, lubię je, już czuję,
obaj będziemy grać, a każdy spróbuje
grać w sobie samym, niechże będą tajemnicze”.
I poszliśmy tak obaj ku innym przygodom,
przez drogi, co na inne, ciemne zbocza wiodą,
a przez bory - w tych oczu pustkowia dziewicze.

II

„Ach, jak na serce dziecka, gorące jest twoje!
Czyżbyś już poznał miłość?”
                                       „Oszalałeś chyba!
Czy chcesz wierzyć, że łatwo tobie się odkrywa
serce tak oddalone, tak cierpkie napoje
znające, serce dziecka, co błądzi?”
                                        „Nam trzeba
szukać złota, bo wody podmyły równiny,
podziemne rzeki złoto falą przewoziły,
słychać jeszcze, jak nisko ich szum się rozlewa:
Tak ubogim nie wolno ruszać w kraje obce,
trzeba ryć przez noc całą, ryć, drążyć z rozpaczą
ku złotu”.
         Coraz ciemniej, mrok już gęstnieć zaczął,
więc rzędem obnażaliśmy białe grobowce
zgubione dawno, dawno, w zapomnienia pyle
(zapewne przypominasz dziwaczne nazwiska
na ostatnim i króla zatarte profile),
na nich złota moneta samotników błyska,
z napisem, co jest jakby modlitwa scytyjska,
a zaklęć w jednym słowie, któż odgadnie ile...

III

Mieliśmy nad głowami wysokie ogrody,
strumieniami spływały śniegi topniejące:
To ja odkrywam w sobie czas mojej pogody,
jeżeli ty nie jesteś tylko sennym gońcem
moich marzeń, przechodniem, co stąpa po cieniach.

Ale wędrując ciemną chmurą moich źrenic,
widziałeś może gwiazdę, obok ptaka śpiącą,
gwiazdę łagodnych toni, podwodnych ramienic,
niech będzie twoim światłem, jeżeli ją trącisz,
przechodząc moim śladem, śladem mego cienia.

IV

„Chory jestem i czuję wielki zawrót ciała,
może to księżycowa febra się zaczyna,
przez to, że pełna marzeń była noc dziecinna,
o mało nie umarłem...”
                                     O świcie huczała
zawieja, trzeba było, ażebym go niósł,
abym kradzione złoto wydał na lekarstwa,
bo blade niebo taki budziło w nim mróz
jak księżyce, niebieskie nieodkryte miasta...
Mówią mu: „Ty masz wielką gorączkę, ten płynny
żar źrenice ci objął od niedawna chyba,
to jest dziwna choroba, co u dzieci bywa,
w twoich oczach zmienionych prześwieca świat inny
niż w jego, niż w ich...” I wytężałem oczy,
i odsłaniałem dziwy z głębi moich oczu,
wiedząc, że tam odnaleźć można krwawy wieniec,
ten sam, co jego kruche powieki wypełnia,
żar tej samej gorączki w głębi moich źrenic,
a ona nie jest nigdy u dzieci śmiertelna.

Uciekliśmy i odtąd szliśmy coraz wyżej,
do tych ostępów lasu, gdzie można się schować,
on, zaciskając usta, szeptał do mnie „prowadź”,
bo już wiedział niejasno, że śmierć się przybliża.
Tkliwa śmierć, która kropla po kropli upadnie,
którą kropla po kropli jego wzrok pochłonie,
i na trudniejszych zboczach opierał się o mnie,
i niosłem go, i chwile to byty ostatnie...

V

Zapragnął nagle usnąć i umierać we śnie.
„Będę czuwał”, szeptałem, „będę czekał zorzy,
jeszcze tędy z podróżnych ktoś przechodzić może,
mam nadzieję, nadzieję ubogich”.
                                                    Pośpiesznie
listopadowa noc na niedosiężne parła
wyżyny ciszy, a jego oddech słabł.
Oddychał prawie we mnie, w cieple mego gardła.
Już nie wezwę pomocy, nie chcę ludzkich rad.

„Czymże ja jestem”, pyta, „człowiekiem, lecz i nie
człowiekiem nawet, bo ptak już nie zdoła
posłyszeć mnie, na takiej nie bywa wyżynie!
Choćbym wierzył, że skrzydłem dotknie mego czoła,
jakim szaleństwem było przyjmować nie swoje
cierpienia i umierać z urojonych ran!”

Już spał i w życia swego wracał kraj daleki,
i o napój prosiły przymknięte powieki:
nic nie mówił, więc mogłem odejść. Został sam.

Zbrodnia? Ku wielkiej rzece schodziłem w spokoju,
jej białość moje nogi do kolan obmyła,
lecz aby znaleźć źródło, z którego wypływa
woda czystsza, pod księżyc, do jasnego zdroju
biegłem, po smudze cienia wznosząc się powoli
tam, gdzie nad towarzyszem moim ciche stoi
światło, i czuwa blask u śmierci bram.

Awanturnik, Patrice de La Tour du Pin
tłumaczył: Czesław Miłosz
lata 30-te XX wieku

Znalezione w: Czesław Miłosz, "Przekłady poetyckie wszystkie", Wyd. Znak, 2015 rok

 



Pomnij na Stwórcę twego
w dniach twojej młodości,
nim złe dni nadejdą i nastaną lata,
kiedy będziesz mówił:
nie cieszą one mnie. (...)
Kiedy zamknięta będzie brama od ulicy
i nie słychać głosu żaren,
a wstaje się na głos ptaka,
kiedy córki pieśni umilkną.
I strach wejść na górę,
a na równej drodze serce będzie się trwożyć.
I zakwitnie drzewo migdałowe,
i świerszcze polne ociężeją,
i moc swoją utracą kapary,
bo człowiek teraz idzie
do swego wiecznego domu
i krążą po rynku żałobnicy.
Aż przerwie się srebrny sznur
i stłucze się lampa złota,
i rozbije się dzban u źródła,
i pęknie koło u studni.
I wróci proch do ziemi, tak jak był,
i wróci duch do Boga, który go dał.

Z Księgi Koheleta tłumaczył: Czesław Miłosz

Kohelet rabbah manuscript

 

Triada

Czymś, co przywiązuje nas do świata, uczy nas nawyku istnienia, dzięki któremu możemy obłaskawić świat. Słowo, pamięć i wyobraźnia, które są najcenniejszymi elementami kultury, tworzą triadę, której zawdzięczamy nasze człowieczeństwo.

W środku jesteśmy baśnią, Wiesław Myśliwski
Wydawnictwo Znak, 2022

Stworzonym na szyderstwo

U schyłku swoich dni widzi z całą jasnością, że jedynie za radą wielkiego strasznego ducha można by narzucić jako tako znośny porządek słabym buntownikom, „stworzonym na szyderstwo niedopracowanym próbkom istot”. Widząc to, nabiera więc przekonania, ze trzeba pójść za wskazaniem mądrego ducha, strasznego ducha śmierci i zniszczenia, a więc pogodzić się z kłamstwem i oszustwem i świadomie już prowadzić ludzi do śmierci i zniszczenia, a przy tym oszukiwać ich przez całą drogę, żeby nie spostrzegli się przypadkiem, dokąd są prowadzeni, żeby przynajmniej w drodze ci żałośni ślepcy uważali się za szczęśliwych. A jest to, zauważ, oszustwo w imię Tego, w którego ideał stary tak namiętnie wierzył przez całe życie! Czyż to nie nieszczęście? A gdyby bodaj jeden taki stanął na czele całego tego wojska, „żądnego władzy wyłącznie dla brudnych dóbr ziemskich”, to czyż takiego jednego nie wystarczy, żeby powstała tragedia?

Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow

Odwiedza nas 29 gości oraz 0 użytkowników.

Szukaj

Początek strony