Przed wojną, choć Miłosz lubił Ferdydurke, znali się przelotnie – gdy poeta znalazł się na Zachodzie, od razu zwrócili na siebie uwagę. W 1953 roku Miłosz będzie tłumaczył Mieroszewskiemu, że „Gombrowicz to jedyny pisarz na emigracji, który się liczy dziś w Polsce”, zaś Alberta Camusa prosił o pomoc w zainteresowaniu któregoś z paryskich teatrów wystawieniem Ślubu. Gombrowicz już wcześniej oceni, że „Ketman znakomity”, po Prix Européen westchnie: „dlaczego ja nie dostałem nagrody i nie pławię się w forsie jak Miłosz! (…) Jeżeli jednak komuś, poza sobą, miałbym przyznać tę nagrodę, to jemu, bo to talent i niezmiernie na czasie, a także pokrewny mnie duchem”, by rok później dodać – w całkowitej zgodności ze zdaniem poety – „Miłosz i ja to w ogóle jedyne osoby z emigracji, które mogłyby być zrozumiane po tamtej stronie. I jeszcze na kilka miesięcy przed śmiercią będzie czytał przysłany z Kalifornii list: „sytuacja w Polsce jest okropna, na poziomie głębszym niż polityka, bo myśl, język schodzi na dno, jakieś prasłowiańskie bagno, bełkotanie, mamlanie (…) wygląda, że możemy być ostatnimi polskimi pisarzami”.”
„Nie opowiadam się za sztuką wieczną, ani czystą, mówię jedynie Miłoszowi, że trzeba uważać, aby życie nie przetworzyło się nam pod piórem w politykę – albo w filozofię, albo w estetykę. (…) Lecz on mówi: - Lękam się… i lękam się tego, że gdy oddalę się od Historii (to znaczy od truizmów doby obecnej), będę samotny. Na co ja powiem: - Ten lęk (…) jest, zaiste, rezygnacją nie tylko z wybitności, ale i z własnej prawdy, jest rezygnacją z jedynego – chyba – heroizmu, który stanowi dumę, siłę, żywotność literatury. Ten kto się boi ludzkiej wzgardy i osamotnienia wśród ludzi, niech milczy. (…) Miłoszu: żadna historia nie zastąpi ci osobistej świadomości, dojrzałości, głębi, nic nie rozgrzeszy cię z ciebie samego. (…) Więc to wszystko staje się trudne, wątpliwe, ciemne, zagmatwane pod najazdem skomplikowanej sofistyki naszych czasów; ale odzyskuje krystaliczną jasność swoją, gdy pojmiemy, że dziś nie mówimy, nie piszemy w jakiś nowy i szczególny sposób, ale tak właśnie, jak to się działo od początku świata. I żadne koncepcje nie zastąpią przykładu wielkich mistrzów, żadna filozofia nie zastąpi literaturze jej drzewa genealogicznego, obfitującego w nazwiska, które napełniają dumą. Nie ma wyboru: można tylko tak pisać, jak Rabelais, Heine, Racine lub Gogol – albo wcale.
Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1958, dz. cyt., s. 91-93

Znalezione w: Miłosz. Biografia, Andrzej Franaszek, Wydawnictwo ZNAK, 2011.



„Starsza o rok, szczupła, niewysoka, z ciemnymi włosami i oliwkową, niemal hinduską cerą, nie była wielką pięknością (…). Potomkini polskich Żydów (jej ojciec na początku stulecia wyemigrował z Wilna do Szwajcarii), razem z Hannah Arendt (której zresztą przedstawi Miłosza) studentka Karla Jaspera, antykomunistyczna socjalistka”. Związała się z Miłoszem w wyjątkowo trudnym dla niego czasie po zerwaniu z Polską komunistyczną. Była jego kochanką, partnerką do dyskusji, pomagała zaistnieć na Zachodzie. Miłosz po latach pisał o niej: „Była prostolinijna, ostra, fanatyczna, niezdolna do dyplomatycznych taktyk i kompromisów (…) I niestety, Jeanne była skazana na samotność, bo wszyscy jej się bali. To powietrze było tak moralnie czyste, że nie do oddychania. Jakże ja, pokrętny, chwiejny i w moim mniemaniu raczej brudas, mogłem w nim wytrzymać?”.



Na kwadratowym podwórcu uniwersytetu w Padwie uważnie czytałem tablice z nazwiskami studentów pobierających tu nauki w epoce Renesansu, z pewną dumą odnajdując wiele nazwisk polskich. Duch Bolonii łatwo brał mnie w posiadanie, tak podobny do ducha mojego miasta. We Florencji drapałem się na Fiesole, żeby złożyć wizytę polskiemu drukarzowi, który cały warsztat miał w jednym pokoju i ręcznie składał ozdobne tomy, fanatycznie oddany swemu rzemiosłu, nienawidzący maszyny i maszynowej cywilizacji". Tym drukarzem był Samuel Fryderyk Tyszkiewicz, właściciel Stamperia Polacca, a Miłosz znalazł też we Florencji czas, by pójść na grób Stanisława Brzozowskiego i złożyć wizytę wdowie po nim. Z kolei w Rzymie odwiedza malarza Edwarda Matuszczaka, a na przedmieściach San Gimignano, gdzie „kilkadziesiąt średniowiecznych wież wyskakiwało z zieleni nagle, jak jedna ręka z rozmnożonymi palcami", Józefa Rajnfelda, mieszkającego w Pensione Bella Vista ze swym angielskim partnerem. „Piliśmy wino, patrząc w ciemność pełną świetlików latających nad parowem i nad winnicami. Rajnfeld, czarnowłosy, z okrągłą twarzą, wydał mi się ujmujący i radosny".  Również dla gospodarza „wizyta była bardzo przyjemna", o czym Rajnfeld zapewnia Iwaszkiewicza w pisanym w Paryżu liście z 25 czerwca 1937 roku. Zresztą o Miłoszu Iwaszkiewicz opowiadał mu wcześniej i obu ich bawiły lewicowe ciągoty młodego człowieka. "Czy nie uważasz, że dzisiaj artysta jest o wiele bardziej niż kiedykolwiek istotą »antyspołeczną« - mimo wszystkich nonsensów w stylu Miłosza, który zrobiłby o wiele lepiej, uprawiając boks niż studiując »ekonomię społeczną«?". Teraz także Miłosz jest już skłonny przyznawać się do pierwiastka „antyspołeczności", więc długą nocną rozmowę poświęcono sztuce - może to dzięki niej poeta poznał twórczość Constantina Guysa, którego Rajnfeld uważał za ideał rysownika i „największego z wielkich. W każdym razie jeszcze przed wojną Miłosz przetłumaczy poświęconą mu rozprawę Baudelaire'a Malarz życia nowoczesnego, uważając później, że dzięki niej zrozumiał „cywilizację jako sztuczność, jako udawanie i teatr". W rozprawie tej pociągało go przede wszystkim to, że "jest to traktat przeciwko Naturze. Cały pesymizm Baudelaire'a zwraca się przeciwko rojeniom Rousseau i jego następców o dobroci człowieka w stanie dzikim. (...) Całe nasze człowieczeństwo jest dziełem umysłu zwracającego się przeciw naturalnym instynktom. To umysł otwiera nas na dobro i piękno".

Znalezione w: Miłosz. Biografia, Andrzej Franaszek, Wydawnictwo ZNAK, 2011.

Rozpacz

Bywa u ludu rozpacz milcząca i cierpiętliwa; ta zamyka się w sobie i milczy. Bywa też jednak rozpacz rozlewna: gdy raz znajdzie upust we łzach, przechodzi odtąd w lament. […] Nie łatwiejsza jest jednak od tej milkliwej rozpaczy. Lament czyni tylko tę ulgę, że jeszcze bardziej jątrzy i rozdziera serce. Taka rozpacz nie szuka nawet pociechy, bo karmi się brakiem ukojenia. Lament to tylko potrzeba nieustannego jątrzenia rany.

Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow

Zapomniane zdania

Mówienie to tworzenie. Oczywiście pozorne. Niczego się nie tworzy; wydaje się, że się tworzy, że się udaje wymknąć, a duka się tylko swą lekcję, strzępy wyuczonego, zapomnianego zdania, życie wyzute z łez, to właśnie nad nim się płacze.

 

Samuel Beckett Molloy i cztery nowele.

Odwiedza nas 71 gości oraz 0 użytkowników.

Szukaj

Początek strony