
Był sobie raz filozof, który twierdził, że świat to ciągła zmiana. Co więcej, przekonywał, że jesteśmy i nie jesteśmy jednocześnie: cały czas się rodzimy i cały czas umieramy.
Takie poglądy prowadziły do wielu trudności w jego życiu prywatnym. Przykładowo, nie mógł nawiązywać relacji romantycznych, ponieważ - jak utrzymywał - nie jest możliwy związek między dwoma bytami, które zarazem istnieją i nie istnieją.
Nie można powiedzieć, aby był lubianą postacią w mieście. Pytany o godzinę, odpowiadał, że pytanie to nie ma sensu. Gdy zagadywano go o drogę do sklepu, mówił: „Droga w górę i w dół jest tą samą".
Wszystko to postrzegano jako żarty w bardzo złym stylu.
Pewnego razu w kamienicy, w której mieszkał, była awaria wody. Podczas zebrania rady wspólnoty powiedział tylko, że woda uśmierca dusze, ziemia uśmierca wodę, woda rodzi się z ziemi, a dusza z wody.
Patrząc w lustro, nigdy nie widział odosobnionego obiektu, lecz niekończący się proces kosmiczny: pierwsze pyłki gwiezdne, kości dinozaurów, gazy atmosferyczne, mąkę, paprocie i ważki, fale energii rozprzestrzeniające się po świecie z prędkością światła.
Któregoś razu filozof rozpalił ogień nad rzeką, by kontemplować prawdę o dwóch żywiołach przenikających wszechświat. Spytany przez funkcjonariusza policji, kim jest i co robi, odpowiedział, że są to
pytania źle postawione, ponieważ nie ma nikogo, kto jest, ani nikogo, kto coś robi. Tłumaczył, że co najwyżej można mówić o tym, co tu się staje, jednak i to wyłącznie w pewnym wąskim zakresie, skoro słowa nie potrafią uchwycić żadnego stawania się, gdyż każdorazowo „unieruchamiają” to, co jest w bezustannym ruchu.
Policjant poprosił go o dokument tożsamości, ale on tylko wskazał na rzekę, na której powierzchni swobodnie dryfował jego portfel wraz z zawartością, i powiedział z uśmiechem: „Wszystko płynie”.
Funkcjonariusz nakazał mężczyźnie wyciągnąć portfel z wody, bo dodatkowo otrzyma mandat za zanieczyszczanie wód krajowych, lecz on odparł: „Nie mogę, bo nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”.
Reszty można się łatwo domyślić. I nie domyślić.
Historyjka na dobry początek, Tomasz Wiśniewski
Przekrój, zima 2024

Fabuła dziejów rozwija się, a gdy nadchodzi odpowiedni moment, jedynie faszyści są gotowi do skoku. Wtedy właśnie drobne zaczepki, często ignorowane, przybierają formę groźnych aktów przemocy, wtedy akceptuje się to, co wcześniej było nie do pomyślenia, wtedy głosy sprzeciwu są zagłuszane.
Zaraz po tym, gdy zamilkną media, rząd bez problemu zamknie usta każdemu. Parlament, który precedensowo zdelegalizuje jedną partię opozycyjną, bez problemu zlikwiduje następną. Większość, która pozbawi mniejszość określonych praw, nie zatrzyma się. Siły bezpieczeństwa bezkarnie bijące protestujących nie zawahają się przed kolejnymi atakami, a gdy przemoc okaże się skutecznym instrumentem w rękach jednego dyktatora, inni pójdą tą samą drogą. Po latach recepta na sukces Benito Mussoliniego znów jest w modzie. W wielu krajach, pióro po piórze, odbywa się skubanie kurczaka.
Czytaj więcej: Zaraz po tym, gdy zamilkną media, rząd bez problemu zamknie usta każdemu
Lekarz Jehuda ibn Tibbon z Garnaty, dzisiejszej Granady, którego pomnik stoi dziś, trochę jakby przykurzony, przy wejściu do dawnej żydowskiej dzielnicy Realejo, zaczyna tłumaczyć dzieła al-andaluzyjskich rabinów i filozofów na hebrajski dopiero wtedy, kiedy pod rządami Almohadów trafia na wygnanie na południe Francji. W testamencie przypomina jednak synowi Samuelowi, żeby czytał i pisał po arabsku, bo daleko go to zaprowadzi.
Napisany pod koniec XII wieku dokument to tak naprawdę pochwała jego „największego skarbu” i „najlepszej towarzyszki”.
„Rób przegląd swoich hebrajskich ksiąg co miesiąc, arabskich co dwa, a pozostałych co trzy” - nakazuje w nim Samuelowi. „Utrzymuj porządek w bibliotece, żeby zawsze móc znaleźć to, czego szukasz. (…) Przykrywaj półki pięknymi zasłonami, chroń je przed wodą kapiącą z dachu, myszami i innymi szkodami, bo [to książki] są twoim największym skarbem”.
Szły noce i dnie, słoty i pogody, wiatry i mgły. Koguty biły skrzydłami i piały na wschód słońca. Sroka skrzeczała na płocie. Szły lata, jesienie i zimy. Wrony kołowały nad szarymi śniegami. Drzewa szumiały gałęzią. Chłopcy trzech osiedleńców wzrastali w cieniu boru, dochodzącego niemal do chat, śwarne już były z nich otroki. Puszcza była złowroga i zła. Korzenie drzew wżerały się w zbite czerwone gliny, podczas suszy twardniejące na kamień, rozprzestrzeniały się w szarych, sypkich piaskach, bytowały na grubych warstwach próchniczych, na zetlałych, powalonych pniach. Po konarach wysoko chodził wiatr. Huczał nocami czarny i porywisty, łamał gałęzie i trzaskał stwoły. Głębokie wykroty rozdzierały wsiąkliwy kożuch mchów – czarne, niewidzące oczodoły ziemi.
Puszcza wołała głosami tajemnicy i lęku. Zimą pod same chaty podchodziły wilki, zwabione zapachem bydła. Wiosną niedźwiedź wyłaził na słodkie jęczmienie, żubry tratowały zasiewy, a od straszących ludzi odwracały się niechętnie i wzgardliwie. W mgliste jesienne poranki przesuwał się po skraju ciemny kształt łosia, w gęstwinie hukało coś, nawoływało, szeleściło – straszne, niepojęte i złe.
Odczytuję znowu to, co na tych kartkach ostatniej nocy zapisałem, i pytam się mimo woli siebie, po co ja to i dla kogo piszę?
Niegdyś, notując wypadki z naszej podróży przez martwą pustynię, i później, kiedym opisywał pierwsze lata naszego życia na Księżycu, myślałem, że zostawię ten pamiętnik księżycowym ludziom, aby przyszłe pokolenia wiedziały, jak dostaliśmy się tutaj i cośmy musieli przecierpieć i przewalczyć, nim się nam udało znaleźć znośne warunki do życia. Ale dzisiaj... Przecież to jest śmieszne - ta myśl! Księżycowi ludzie, tacy jak są, nie będą tego nigdy czytali. I nawet nie chcę, aby czytali kiedykolwiek. Co im do tego? Co im do moich przejść, uczuć, bólów? Czyżby je zdołali zrozumieć? czyżby widzieli w tych kartach co więcej nad fantastyczną i trochę niejasną dla nich opowieść? A zresztą po co się mają dowiadywać, jeśliby to pojąć zdołali, że są zwyrodniałym szczątkiem wspaniałej rasy, która włada swym duchem nad daleką i piękną gwiazdą? Od dnia, w którym by to zrozumieli, musieliby tylko tęsknić, wstydzić się i boleć, tak jak ja, gdy patrzę na nich.
Ale teraz pisanie przychodziło mi tak ciężko, że często cały dzień ślęczałem nad jednym zdaniem, ledwo zaś takie z najwyższym trudem wymyślone zdanie zapisałem, moje wywody okazywały się żałośnie nieprawdziwe, a użyte słowa nieadekwatne. Jeżeli mimo to dzięki jakiejś autoiluzji niekiedy udało mi się odrobić dzienne pensum, zawsze nazajutrz rano, gdy rzuciłem okiem na kartkę, wyzierały ku mnie najgorsze błędy, niedorzeczności i uchybienia. To, co zdołałem napisać, obojętne, ile tego było, przy ponownej lekturze wydawało mi się zawsze tak niewydarzone, że musiałem natychmiast wszystko zniszczyć i zaczynać od początku. Wkrótce nie mogłem się już zdobyć nawet na pierwszy krok. Jak akrobata na linie, który nagle nie wie, jak postawić stopę przed stopą, czułem już tylko, że się chwieję, i ze zgrozą uświadamiałem sobie, że migające u skraju pola widzenia końce drążka nie są już dla mnie punktami orientacyjnymi, ale niedobrą pokusą, by runąć w otchłań. Od czasu do czasu zdarzało się jeszcze, że w moim umyśle zarysował się jasno i wyraźnie jakiś tok myślowy, ale gdy się to zdarzało, wiedziałem od razu, że nie zdołam go utrwalić, bo gdy tylko chwytałem za ołówek, język, na którego nieskończone środki zawsze przedtem mogłem się ufnie zdać, kurczył się i był już tylko zbiorem niestrawnych frazesów. Ani jednego zwrotu, który nie okazałby się żałosną protezą, ani jednego słowa, które nie brzmiałoby pusto i kłamliwie.
Albowiem jeśli na tej podstawie, że widzę wosk, sądzę, że on istnieje, to z tego samego, że wosk ten widzę, znacznie oczywiściej wynika, że ja sam też istnieję. Bo może tak być, że to, co widzę, nie jest naprawdę woskiem, może też być, że nawet oczu nie mam, którymi bym cokolwiek widział; ale jest rzeczą zupełnie niemożliwą, iżbym, skoro widzę lub […] myślę, że widzę, ja sam myślący nie był czymś.
Czy nienawiść rodzi się z krzywdy? Bywa tak, że człowiek, który doznał niesprawiedliwości, przemocy, jakiegoś zła, którego nie jest w stanie przezwyciężyć, zaczyna nienawidzić. Tę gwałtowną reakcję można zrozumieć, trudniej ją usprawiedliwić. Ilu ludzi cierpiało podczas wojny, a jednak potrafili przezwyciężyć żal, wybaczyć. Toteż nie w każdym skrzywdzonym rodzi się mściwość. Zemsta zresztą nic nie daje, prócz chwilowej złudnej satysfakcji, jest bowiem odpowiedzią niesprawiedliwości na niesprawiedliwość, zła na zło. Ten więc, kto ma poczucie swego Ja, kto nie chce się zniżać do tych, którzy zło czynią, nawet gdy dotknęło go straszne nieszczęście, potrafi je zapomnieć, oddając sąd nad nim w ręce prawa. Krzywda jest raczej pretekstem dla tkwiącej w człowieku złości.
Barbara Skarga
Odwiedza nas 113 gości oraz 0 użytkowników.