


Męża opiewaj mi, Muzo, obrotnego, co wiele
Błąkał się, skoro obalił świętą warownię Troi.
Zobaczył miasta ludzi wielu i poznał ich myśli,
Dużo też w sercu przecierpiał bólu na morzu, o życie
Zabiegając i o to, by towarzysze wrócili.
A jednak ich nie ocalił, chociaż tak pragnął tego,
Albowiem zginęli przez swoje własne szaleństwo, głupcy,
Kiedy woły Heliosa Hyperiona zjedli,
A on odebrał im dzień powrotu. Zaczynając
Skądkolwiek, bogini, córko Zeusa, i nam to opowiedz.
Homer, Odyseja
(1, 1–10)
Nigdy nie umiałem pokonywać międzyludzkiego dystansu. Zwierzę jest przytwierdzone do swego Tu i Teraz wszystkimi zmysłami, a człowiek potrafi odrywać się, wspominać, współczuć innym, wyobrażać sobie ich stany i uczucia - co, na szczęście, jest nieprawdą. W takich próbach pseudowcieleń i przenosin siebie tylko umiemy, mgliście, niejasno, sobie wyobrażać. Co by się z nami stało, gdybyśmy naprawdę mogli współczuć innym, z nimi czuć, za nich cierpieć?
To, że ludzkie boleści, strachy, cierpienia rozpadają się ze śmiercią osobniczą, że nic nie pozostaje po wzlotach, upadkach, orgazmach i torturach, jest godnym pochwały darem ewolucji, która upodobniła nas do zwierząt. Gdyby po każdym nieszczęśliwym, umęczonym pozostawał choć jeden atom jego uczuć, gdyby tak rosło dziedzictwo pokoleń, gdyby choć skra mogła przeniknąć z człowieka do człowieka, świat byłby pełen ryku przemocą wydartego z kiszek. Jesteśmy jak ślimaki przylepione każdy do swojego liścia. Oddaję się w obronę mojej matematyce i powtarzam, kiedy mi nie wystarcza, ten ostatni ustęp wiersza Swinburne'a:
I porzuciwszy gniew, nadzieję, pychę,
Wolni od pragnień i wolni od burz,
Dziękczynnych westchnień ślemy modły ciche.
Ktokolwiek jest tam pośród gwiezdnych głusz,
Za to, że minąć dniom żywota dano,
Za to, że nigdy raz zmarli nie wstaną
I rzek gwałtownych nurt, zmącony pianą,
Zawinie kiedyś w głąb wieczystą mórz.
Głos Pana, Stanisław Lem
Potocki wędruje po Konstantynopolu bez żadnego planu ani celu, ale zawsze pełen gotowości. Dostrzega to wszystko, co każdy przechodzień: nieustającą zachętę do czerpania rozkoszy, chłód kiosków, szaleństwo krążących derwiszów, niezwykłość palarni opium, urok i ożywienie kawiarni, rytuały religii Proroka, wrzawę bazarów. Ale owo pocztówkowe decorum, którym karmią się szablony podróżnych, mu nie wystarcza: on chce poznawać. Odznacza się ogładą i zręcznością, toteż zyskuje przychylność kacyków, dla których wydaje ucztę i przyjmuje ich zaproszenia, ogląda, słucha opowieści i objaśnień.
Urządza się tak, żeby rozumieć, co się dokoła niego mówi, i nadstawia ciekawie ucha. Szybko pojmuje, że łagodna gnuśność obyczajów, która w sposób całkiem naturalny zdaje się odpowiadać nielitościwej srogości władzy i dokuczliwości klimatu, odnajduje się w literaturze już mu znajomej, ale jeszcze dotychczas niesmakowanej w jej kontekstach. Są to opowiastki, których hrabia nieznużenie wysłuchuje w kioskach, na bazarach, a zwłaszcza w kawiarniach. I jakkolwiek wydaje się, że krajczyc nie zamierza zasmakować w przyjemnościach cokolwiek podejrzanych, takich jak opium czy wdzięki pusztów („młodych i pięknych chłopców, których zachowanie się i zajęcie nie są bynajmniej dwuznaczne”), chętnie oddaje się sztuce układania opowiastek wschodnich.
Tym oto sposobem listowne relacje z podróży przyjmują nową formę: w ton zwierzenia, w opis postrzeganego i smakowanego świata włącza się opowiastka na modłę literackiej fikcji. Zupełnie jakby raport z doświadczania świata, przywoływanie rzeczywistości teraźniejszej lub przeszłej były niewystarczające bez tego metaforycznego odbicia, jakie stwarza wymyślony świat. Można już teraz dostrzec, dlaczego ogromne, erudycyjne dzieła Potockiego okażą się niczym bez Rękopisu znalezionego w Saragossie i dlaczego sama powieść nie zdoła wypowiedzieć tego wszystkiego, co jej autor miał do powiedzenia na temat ludzi i świata oraz ich przedstawienia. Z drugiej strony widać także kunszt, estetykę tych opowiastek układanych na modłę Wschodu i wplatanych w listy z podróży: jest to sztuka pastiszu, zapożyczenia i syntezy. Są to elementy, które Potocki rozróżnia i odtwarza z wielką finezją w duchu wschodniej tradycji, gdzie splatają się źródła indyjskie, perskie i arabskie, przyswojone przez świat turecki, jak niezbicie wykazuje ksiądz Toderini w swoim dziele i jak to sugeruje spójność „mitu wschodniego”, na który składają się bardzo różnorodne elementy. W tych opowiastkach Potocki ujawnia całą głębię doznań, jaką skrycie wyznawał na początku podróży: jest nie tylko mierniczym stojącym na czatach, zestawia także swoje doświadczenie z rozległą wiedzą zaczerpniętą z książek; jego ciekawość, jak sam mówi, „wykarmiła się badaniem historii i literatury ludów wschodu”.
Znalezione w: Jan Potocki. Biografia, François Rosset, Dominique Triaire
Odwiedza nas 112 gości oraz 0 użytkowników.