
Prosta przychylność, ludzka łagodność, zdolność do radości, te cnoty naiwne zanikły niemal doszczętnie. Jakże ich brak w tym szczególnie kraju. By zaświecić zapałkę, zużywa się w tym kraju tyle energii, co gdzie indziej na rozniecenie ogniska. Bo tę zapałkę z reguły wydziera się sąsiadowi i pociera o jego nos. A jeśli nawet poda zapaloną, najpierw się ją gasi, by sprawdzić, czy to nie podstęp z owym ogniem. Podejrzliwość i zawiść to szczególnie polskie uczucia. Lebioda i łopuch rosną w tym kraju pod każdym płotem
Kazimierz Wyka

Domek mały, chata skąpa:
Polska, swoi, własne łzy,
własne trwogi, zbrodnie, sny,
własne brudy, podłość, kłam;
znam, zanadto dobrze znam.
Stańczyk - Wesele Wyspiańskiego
Teatr Kochanowskiego w Opolu ponownie odkrywa coraz to nowe pokłady dna. Już dobrych kilka lat temu myślałem, że gorzej być nie może, a jednak na stanowisku dyrektora nastał Norbert Rakowski i karuzela ruszyła ponownie. Przeczytałem w dzisiejszej Gazecie Wyborczej wiadomość o zwolnieniu Grażyny Misiorowskiej z Teatru Kochanowskiego w Opolu po 30 latach pracy.
Czy oniemiałem? Czy zabrakło mi tchu? To jest tak, jakby mi ktoś dał kilofem po tysiąckroć w głowę, potem po niej poskakał w swej dzikiej namiętności, a następnie zalał głęboko wykopany dołek żelbetonem, mnie, skołowanego widza, uprzednio weń wkładając.
Czytaj więcej: W Teatrze Kochanowskiego zapomniano, czym jest człowieczeństwo

Przemowa noblowska Olgi Tokarczuk
Laureatki literackiej Nagrody Nobla 2018
"Czuły narrator
1.
Pierwsze zdjęcie, jakie świadomie przeżyłam, to zdjęcie mojej matki, jeszcze zanim mnie urodziła. Zdjęcie jest niestety czarno-białe, przez co ginie wiele szczegółów, stając się zaledwie szarymi kształtami. Światło jest miękkie i deszczowe, chyba wiosenne i najpewniej sączy się przez okno, utrzymując pokój w ledwie zauważalnym blasku. Mama siedzi przy starym radiu, takim, które miało zielone oko i dwa pokrętła - jedno do regulowania głośności, drugie do wyszukiwania stacji. To radio stało się potem towarzyszem mojego dzieciństwa i z niego dowiedziałam się o istnieniu kosmosu. Kręcenie ebonitową gałką przesuwało delikatne czułki anten i w ich zasięg trafiały rozmaite stacje - Warszawa, Londyn, Luksemburg albo Paryż. Czasami jednak dźwięk zamierał, jakby pomiędzy Pragą a Nowym Jorkiem, Moskwą a Madrytem czułki anteny natrafiały na czarne dziury. Wtedy przechodził mnie dreszcz. Wierzyłam, że poprzez to radio odzywają się do mnie inne układy słoneczne i galaktyki, które wśród trzasków i szumów wysyłają mi wiadomości, a ja nie umiem ich rozszyfrować.
Wpatrując się w to zdjęcie jako kilkuletnia dziewczynka byłam przekonana, że mama szukała mnie, kręcąc gałką radia. Niczym czuły radar penetrowała nieskończone obszary kosmosu próbując dowiedzieć się, kiedy i skąd przybędę. Jej fryzura i ubiór (duży dekolt w łódkę) wskazują, kiedy zrobiono to zdjęcie - to początek lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Patrząca gdzieś poza kadr, nieco zgarbiona kobieta, widzi coś, co nie jest dostępne oglądającemu to zdjęcie. Jako dziecko rozumiałam to tak, że ona patrzy w czas. Na tym zdjęciu nic się nie dzieje, to fotografia stanu, nie procesu. Kobieta jest smutna, zamyślona, jakby nieobecna.
Kiedy ją potem pytałam o ten smutek - a robiłam to wiele razy, żeby zawsze usłyszeć to samo - mama odpowiadała, że jest smutna, bo jeszcze się nie urodziłam, a ona już do mnie tęskni.
- Jak możesz do mnie tęsknić, skoro mnie jeszcze nie ma? - pytałam. Wiedziałam już, że tęskni się za kimś, kogo się utraciło, że tęsknota jest efektem straty.
- Ale może też być odwrotnie - odpowiadała. - Jeżeli się do kogoś tęskni, to on już jest.
Ta krótka wymiana zdań gdzieś na zachodniej polskiej prowincji pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku, wymiana zdań między moją mamą i mną, jej małym dzieckiem, utkwiłami na zawsze w pamięci i dała zapas mocy na całe życie. Wyniosła bowiem moje istnienie poza zwyczajną materialność świata i przypadkowość, poza przyczynę i skutek oraz prawa prawdopodobieństwa. Umieściła je niejako poza czasem, w słodkim pobliżu wieczności. Zrozumiałam moim dziecięcym umysłem, że jest mnie więcej niż sobie do tej pory wyobrażałam. I nawet, jeżeli powiem: „Jestem nieobecna”, to i tak na pierwszym miejscu znajduje się: „Jestem” - najważniejsze i najdziwniejsze słowo świata.
W ten sposób niereligijna młoda kobieta, moja mama, dała mi coś, co kiedyś nazywano duszą, a więc wyposażyła w najlepszego na świecie czułego narratora.
Czytaj więcej: Czuły narrator - przemowa noblowska Olgi Tokarczuk
Umarł Miłosz. Bezradność. Jak opisać coś tak ważnego, osobę, życie i dzieło, które pozwalało ustalać miary i hierarchie. Przywracało ład i nadawało sens. Ustanawiało kryteria piękna i mądrości.
Umarł Miłosz. Pierwszy tekst pisany w nowym mieszkaniu. I niedawne zmartwienie Czesława:
"Panie Jerzy, słyszę, że to ponoć trzecie piętro bez windy. Jak ja tam wejdę?" I ja, tak bardzo pragnący uwierzyć w te słowa: "Pomalutku, panie Czesławie, pomożemy. Tam są bardzo przyjazne schody. A w razie czego Marian Stala sam pana wniesie".
Potocki wędruje po Konstantynopolu bez żadnego planu ani celu, ale zawsze pełen gotowości. Dostrzega to wszystko, co każdy przechodzień: nieustającą zachętę do czerpania rozkoszy, chłód kiosków, szaleństwo krążących derwiszów, niezwykłość palarni opium, urok i ożywienie kawiarni, rytuały religii Proroka, wrzawę bazarów. Ale owo pocztówkowe decorum, którym karmią się szablony podróżnych, mu nie wystarcza: on chce poznawać. Odznacza się ogładą i zręcznością, toteż zyskuje przychylność kacyków, dla których wydaje ucztę i przyjmuje ich zaproszenia, ogląda, słucha opowieści i objaśnień.
Urządza się tak, żeby rozumieć, co się dokoła niego mówi, i nadstawia ciekawie ucha. Szybko pojmuje, że łagodna gnuśność obyczajów, która w sposób całkiem naturalny zdaje się odpowiadać nielitościwej srogości władzy i dokuczliwości klimatu, odnajduje się w literaturze już mu znajomej, ale jeszcze dotychczas niesmakowanej w jej kontekstach. Są to opowiastki, których hrabia nieznużenie wysłuchuje w kioskach, na bazarach, a zwłaszcza w kawiarniach. I jakkolwiek wydaje się, że krajczyc nie zamierza zasmakować w przyjemnościach cokolwiek podejrzanych, takich jak opium czy wdzięki pusztów („młodych i pięknych chłopców, których zachowanie się i zajęcie nie są bynajmniej dwuznaczne”), chętnie oddaje się sztuce układania opowiastek wschodnich.
Tym oto sposobem listowne relacje z podróży przyjmują nową formę: w ton zwierzenia, w opis postrzeganego i smakowanego świata włącza się opowiastka na modłę literackiej fikcji. Zupełnie jakby raport z doświadczania świata, przywoływanie rzeczywistości teraźniejszej lub przeszłej były niewystarczające bez tego metaforycznego odbicia, jakie stwarza wymyślony świat. Można już teraz dostrzec, dlaczego ogromne, erudycyjne dzieła Potockiego okażą się niczym bez Rękopisu znalezionego w Saragossie i dlaczego sama powieść nie zdoła wypowiedzieć tego wszystkiego, co jej autor miał do powiedzenia na temat ludzi i świata oraz ich przedstawienia. Z drugiej strony widać także kunszt, estetykę tych opowiastek układanych na modłę Wschodu i wplatanych w listy z podróży: jest to sztuka pastiszu, zapożyczenia i syntezy. Są to elementy, które Potocki rozróżnia i odtwarza z wielką finezją w duchu wschodniej tradycji, gdzie splatają się źródła indyjskie, perskie i arabskie, przyswojone przez świat turecki, jak niezbicie wykazuje ksiądz Toderini w swoim dziele i jak to sugeruje spójność „mitu wschodniego”, na który składają się bardzo różnorodne elementy. W tych opowiastkach Potocki ujawnia całą głębię doznań, jaką skrycie wyznawał na początku podróży: jest nie tylko mierniczym stojącym na czatach, zestawia także swoje doświadczenie z rozległą wiedzą zaczerpniętą z książek; jego ciekawość, jak sam mówi, „wykarmiła się badaniem historii i literatury ludów wschodu”.
Znalezione w: Jan Potocki. Biografia, François Rosset, Dominique Triaire
Odwiedza nas 43 gości oraz 0 użytkowników.