
Nie ma tygodnia, by agencja reklamowa nazywająca się dla niepoznaki krytyką literacką nie ogłaszała narodzin nowego arcydzieła: wszystko jedno, powieść czy autobiografia, ale arcydzieło. Jak widać, nietrudno pisać arcydzieła, jedno rodzi drugie. Te arcydzieła w ciągu kilku tygodni po pojawieniu się na rynku znikają bez śladu, nowa książka znanego pisarza żyje na ogół pół roku, potem już nikt o niej nie słyszy. Prasa kulturalna przybija jej stempel arcydzieła, metabolizm umysłowy pochłania ją, a następnie usuwa z organizmu. Już całkiem wyjątkowo spotyka się książki, które nie są arcydziełami, ale w ich tekście pulsuje energia umysłowa, energia jak światło, magnetyczność czy elektryczność, której istoty nie znamy, ale widzimy, że działa i świeci, poprzez świadomość porusza życiem. Tego rodzaju literatura zawsze była rzadkością, a dziś już się jej niemal nie spotyka.
Dziennik 1977-1989, Sándor Márai
Wyd. Czytelnik, Warszawa, 2020
Jeleński podziwiał „Kulturę”, ale był zdania, że Giedroyc nie powinien czynnie angażować się w politykę. Tymczasem Redaktor uważał się za poważnego gracza na politycznej scenie. Kiedy w 1959 roku „Twórczość” rozpisała konkurs na utwór literacki dotyczący milicji i służb bezpieczeństwa, „Kultura” ogłosiła kontrkonkurs, dla tych, którzy zetknęli się osobiście z MO i UB. Oburzony Czesław Miłosz pisał, że znęcanie się nad ludźmi nie powinno być przedmiotem literackiej zabawy, „Kultura” nie może się zniżać do takiego poziomu. Z kolei Iwaszkiewicz nie zasługuje na potępienie jako „niemal agent UB”. Jeleński był podobnego zdania: „Kultura” nie powinna atakować „Twórczości”, która jest najlepszym pismem literackim w Polsce. Mieroszewski tłumaczył Giedroyciowi: „Jeleński i Miłosz uważają, że «Kultura» nie ma co się bawić w politykę - tylko współpracować i pomagać. Im nasza pozycja byłaby bardziej dwuznaczna, mętna, niewyjaśniona - tym szykany przeciwko nam byłyby mniejsze i tym mielibyśmy większe możliwości w wysyłce książek, pism zachodnich etc. To jest ich punkt widzenia. W myśl tej filozofii należy unikać każdego zadrażnienia”.
Gombrowicz doskonale rozumiał, że „cud Jeleńskiego” to coś więcej niż połączenie wrażliwości i lotnej inteligencji: „Wykorzystuje wszystkie atuty swojej sytuacji paryskiej i rosnącego osobistego prestiżu, żeby mnie popchnąć”. Zadziwiające, jak celny portret Jeleńskiego stworzył Gombrowicz w okresie, kiedy jeszcze osobiście się nie znali: „Nie uważam za dziwne, że on z taką łatwością wchłania i przyswaja sobie moją łatwość... on cały jest łatwy, nie piętrzy się, jak rzeka na przeszkodzie, płynie wartko w tajnym porozumieniu ze swoim łożyskiem, nie druzgocze, przenika, przecieka, modeluje się wedle przeszkód... on nieomal tańczy z trudnościami. Otóż ja po trosze też jestem tancerzem i mnie ta perwersja (żeby «łatwo» podejść do tego, co «trudne») jest bardzo właściwa, mniemam, że to jeden z fundamentów mego literackiego uzdolnienia.
"Faszyzujący tygodnik „Prosto z Mostu” rozpęta w styczniu 1939 roku nagonkę na homoseksualistów „ze sfer literackich”. Hitlerowski wzorzec przeziera spomiędzy postulatów penalizacji, izolacji i społecznej likwidacji „degeneratów”. Etiologię „wynaturzenia” Alfred Łaszowski wykłada na rasistowską nutę. Ten krytyk literacki, tropiciel „pierwiastków obcych” w polskiej kulturze i zwolennik ich „wyplenienia”, zasłynął w 1937 roku wnioskiem o paragraf aryjski dla członków PEN Clubu w Warszawie. Przez jego usta „społeczeństwo” domaga się usunięcia „Żyda” Słonimskiego z zarządu tej organizacji. Błysnął również pryncypialną wiernością ideologii ONR-u, gdy w imię czystości rasowej zerwał zaręczyny z córką poety Bolesława Leśmiana, jednocześnie proponując jej romans.
Czytaj więcej: 'Nie mam wątpliwości, że takie rozwiązania to obca ideologia'
Gdzieś końcem lat 90-tych ubiegłego wieku, zupełnym przypadkiem, na dziś dzień już nie do określenia i przypomnienia sobie, w jakich okolicznościach, chociaż musiały być one związane z radosnym, nocnym życiem studenckim, trafić mi musiały na oczy wiersze Różyckiego. Zapewne było to w pokoju akademika u koleżanek polonistek, gdzie czytanie tekstów zakrapialiśmy obficie i do syta. W naszym, przyrodniczym pokoju, królowała matematyka, fizyka, chemia i biologia o sporym ciężarze gatunkowym, a innej literatury, poza tematyczną, nie uświadczyłby nikt. Na takie bujania między sobą, a muzą, czasu nie było. A jednak!
Straszliwie trudno jest poznać prawdę o nas samych: o naszej naturze, skłonnościach, pragnieniach. Niemal niemożliwe. Jest tu jakaś głęboka, gęsta mgła, której nie potrafi oświetlić promień rozumu.
Dziennik 1943-1948, Sándor Márai
Odwiedza nas 61 gości oraz 0 użytkowników.