Share

dehnelMyśleli o swoich, o tych, z którymi się nie pożegnali. Lola - o siostrzenicy, jej Włochu i jej półwłoskich dzieciach: czy straciła je, zanim zombi zwróciły się przeciwko Polakom, czy zginęła, broniąc ich przed atakiem? A może to one ją zagryzły. Kuba - o rodzicach; nie modlił się, ale czasem życzył im dobrej śmierci, jeśli jeszcze nie nastąpiła (nastąpiła). Włodek - o żonie, która miała wszelkie powody, żeby go opuścić, i o pewnej dziewczynie, która wyjechała po Marcu ‘68, córce lekarza z sąsiedniej klatki. Nie wiedział nawet, czy żyła, zanim to wszystko się zaczęło, istniała teraz może już tylko w nim, na wieki dziewiętnastoletnia. Kamila - mimo wszystko, o rodzicach (śnili się jej czasem, lepiej lub gorzej, ale zawsze obco). Tomek - o Szymusiu, który ze swoją chudością pewnie dawno już zginął (nie, jeszcze nie; doświadczał właśnie największej miłości swojego życia, był kochankiem dowódcy pewnego oddziału na osiedlu Cichy Kącik: dużego, mrukliwego, byłego kickboksera, który wyoutował się dopiero po ataku zombich, i przeżywali swoje dni chwały i piękna, które miały się skończyć tak, jak skończyć się musiały).
Ale poza wspomnieniami docierało do nich coś jeszcze, coś w powietrzu, co nie było tylko listopadowym wyciem; coś, co niosło się od strony miasta: nie sam odór spalenizny i gnijących resztek, ale to podskórne drżenie, ledwo wyczuwalne przez żywych brzęczenie trupiego roju; teraz przypominali sobie to wrażenie sprzed miesięcy, kiedy zombi się budziły, kiedy ruszały na Wawel, a potem dalej, za granicę. Było to cielesne, głębokie, rozumiane wyłącznie przez bebechy, nie mózgi.


- Termity podobno tak się porozumiewają - westchnęła pani Lola któregoś popołudnia, kiedy poczuli to nagle ze szczególną mocą - takim brzęczeniem.
Coś się działo, coś się zmieniało, ale nie wiedzieli jeszcze co.
Po dwóch dniach pojawiły się pierwsze symptomy: w mieście było widać więcej zombich. Jedne, otępiałe, wlokły się ulicami w stuporze. Inne dopiero ściągały z dalekich dzielnic i okolicy. Na trzeci dzień wiedzieli, o co chodzi.
Późnym popołudniem wszyscy razem stwierdzili, że muszą rzecz rozważyć komisyjnie. Wyszli na jeden z bastionów i stanęli pomiędzy porozstawianymi dekoracyjnie starymi armatami. Kuba cofnął się jeszcze i wrócił z kurtką dla Kamili.
Nad miastem zapadał zmierzch wielki i dramatyczny, jak z jednego z tych barokowych płótniszcz, gdzie bogini zwycięstwa zstępuje z wysokości w szyszaku pierzastym, Sława dmie w pozłocistą trąbę, a na wzburzonym morzu czy bezkresnej równinie spierają się ze sobą okręty czy regimenty. Sine chmury, spod których przebijało ostre, różowe światło, wyglądały jak wysoka, spękana pokrywa albo powierzchnia Ziemi sprzed milionów lat, z łupinami płyt tektonicznych płynącymi po oceanie lawy.
Niżej rozciągało się miasto - najbliżej trawniki, a za nimi park, fale liści, o tej porze roku już porudziałe i przerzedzone, a jeszcze dalej prosta strzała alei Panny Marii, biegnąca daleko, aż do komina czerniejącego na tle gasnącego nieba. Na wschodzie wstawała już noc. Częstochowa, wyglądająca stąd jak ustawione na stole grupki pudełek, nie była wcale apokaliptyczną ruiną. Owszem, przez ostatnie tygodnie tu i tam wybuchały pożary, których nie było komu gasić, ale miasto nie sprawiało wrażenia zniszczonego. Raczej zaśmieconego. Jakby ktoś wielki i potężny przyszedł, powytrząsał z domów rzeczy i szmaciane lalki, sypnął byle jak garściami samochodów, które leżały teraz gdzie i jak popadło, czasem bokiem, czasem na dachu, a czasem zupełnie zwyczajnie. Trzeba by tu teraz było zaprowadzić porządki, wymieść zwłoki i graty, wyburzyć ruiny. Przetrzeć wszystko szmatą. Stąd, z wysokości, nie wydawało się to aż tak trudne.
Było chłodno, tylko na plecach czuli gasnące słońce.
Ciągnęły zewsząd. Aleją, ulicami do niej równoległymi, przecznicami; z Rakowa, z Ostatniego Grosza, z Trzech Wieszczów; z Parkitki - czy jeszcze ktoś tam, w szpitalu, został przy życiu? - z Wyczerpów i z Błeszna, z Zawodzia i Stradomia. Były to masy nieprzebrane, płynące jak gęsta ciecz, wyrojone jak owady, które zdołają się wcisnąć wszędzie; część wlokła się ulicami, inne szły, skacząc po dachach, jak podniebne psy gończe, w sposób ludziom niedostępny; niektóre wspinały się wysoko i tam, odrzuciwszy głowę ku górze, wyły do barokowego nieba. Inne przystawały w tym ciągłym ruchu, by ogryźć jakąś znalezioną kość, lub też wybierały kogoś spomiędzy siebie i rzucały się na niego w piątkę, szóstkę, ósemkę. Na placu Biegańskiego - czego z tak daleka można się było raczej domyślać, niż zobaczyć to dokładnie - uformowały coś w rodzaju oddziału, szeroką rotę, która niosła dziwną konstrukcję, tak jak woda niesie kawałek kory czy plastikowy śmieć.
Im robiło się ciemniej, tym armia zombich podchodziła bliżej pod klasztor.
- Myślicie, że jesteśmy ostatni na całym świecie? - spytała Kamila tonem, w którym było trochę przerażenia, a trochę ekscytacji.
- Właśnie, co oni tak wszyscy naraz? - szepnęła pani Lola. - Że już tylko my im zostaliśmy?
Elżunia pokiwała głową:
- Pewnie wszystkich już zmienili w zombi-Polaków, więc teraz nas, Polaków, muszą jeszcze zmienić w zombich.
Po tych słowach zrobiło się cicho.
Zaczęły wspinać się na mury. Elżunia z Kamilą niespiesznie podeszły do piramidy starych kul armatnich, poręcznych, bo nieprzesadnie wielkich i ciężkich; brały po jednej i spuszczały na łby atakujących. Ci jednak, którzy padali, tworzyli pod bastionem stos jak rampę, po której łatwo było wchodzić kolejnym.
Aleją w górę piął się legion z placu Biegańskiego; na wysokiej konstrukcji w rodzaju lektyki czy palankinu niósł coś białego, brudnobiałego raczej. Kupkę kości nakrytych jasnymi szmatami.
- Ale jaja - powiedział Tomek, z oczami przytkniętymi do lornetki - to przeor Kordecki.
W powiększeniu było go widać całkiem dobrze: na wpół zżarty przez minione wieki, nie przypominał większości zombich, którym z reguły nie brakowało gnijącego ciała, a czasem nawet tak delikatnych narządów, jak gałki oczne czy język. On natomiast wyglądał raczej jak sterta żeber, piszczeli i kręgów, z grubsza tylko owinięta zetlałym suknem habitu i trzymająca kształt na słowo honoru.
- Widzicie to co ja? - spytała Elżunia.
- Mają ogień! Opanowały ogień! Tak lepiej widać, patrz. - Tomek podał jej lornetkę.
Wcześniej nie zwrócili uwagi, że oddziały niosą ze sobą różne tyczki, graty, instrumenty. Zauważyli tylko lektykę Kordeckiego. Ale teraz, po zmroku, okazało się, że jest zupełnie inaczej. Ukryty w ogromnych kotłach, nie wiadomo skąd dobytych, może z jakiejś restauracji, może z muzeum - buzował żywy ogień. Kiedy zrobiło się ciemno, zombi zaczęły przytykać do niego pochodnie i zaraz zaczęło się między nimi rozchodzić światło, płomień od płomienia.
- To nawet ładne, nie powiem - odezwała się pani Lola, dla której estetyka zawsze jednak była kwestią istotną.
- Fojermarsz jak się patrzy - wycedził przez zęby Kuba.
Teraz, kiedy cała horda rozbłysła, widać było nie tylko fasady budynków i podświetlone od dołu korony drzew, ale i to, że przez ostatnie miesiące zombi się zmieniły. Szły, dzierżąc pochodnie, pod jakimiś insygniami – czasem były to tylko tyki, na których zatknięto zwykłą rzecz, na przykład oponę, wiecheć gałęzi albo dwie ludzkie głowy, a czasem całe misterne konstrukcje, oparte na kilku drzewcach, niesione jak procesyjny baldachim. Tomek, przejąwszy z powrotem lornetkę, zauważył też klatkę, w której byli żywi ludzie, może niesieni jako niewolnicy, może jako prowiant na później, może wreszcie jako przysmaki dla starszyzny - ale uznał to za zbyt przerażające, żeby o tym wspominać pozostałym.

Ale z naszymi umarłymi”, Jacek Dehnel
Wydawnictwo Literackie, 2019

dehnel