
Kiedy widzę, że jestem w towarzystwie złożonym z kilku osób, co najmniej z dwóch, czyli mnie i jeszcze kogoś, mam zawsze wrażenie, że jest to teatr. W rzeczywistości codzienne, ciągłe sytuacje nie są ani życiem, ani teatrem, z wyjątkiem tych najprostszych, najbardziej skonwencjonalizowanych. Prawda wymyka się stale z każdej strony. W rezultacie wszystko jest zawieszone między „teatrem” a „życiem”. oczywiście jest w tym nieodwracalna jednokierunkowość. „Życie” dąży w kierunku „teatru”, nigdy odwrotnie.
11.04.1966
Dziennik tom 1 (1962-1969), Sławomir Mrożek
„Stara Arystotelesowska definicja sztuki mówi o trzech sposobach naśladowania rzeczywistości. Po pierwsze, można naśladować rzeczywistość taką, jaka ona jest. To zalążek wszelkich realizmów. Po drugie, można naśladować rzeczywistość lepszą, niż jest, co było ważnym zadaniem sztuki europejskiej od czasów renesansu. Trzeci sposób naśladowania to pokazywanie rzeczywistości gorszej, niż jest. Tutaj mieszczą się wszelkie deformacje, zniekształcenia. Klasyczna definicja nie przewiduje sytuacji czwartej – życia w rzeczywistości upiększonej, którą sztuka musi obedrzeć ze szminki” – twierdzi Maria Poprzęcka. W inscenizacji Kwartetu Ronalda Harwooda, która miała miejsce na deskach Teatru Kochanowskiego, Marcin Sosnowski obdziera ze szminki podstarzałe gwiazdy opery, które w scenografii wyjętej żywcem ze stylu Biedermeier czekają na nieuchronny koniec.


Przed teatrem dogasają ostatnie papierosy, w pobliskiej Kofeinie co niektórzy dopijają chłodzące napoje; gorąc absolutny – wachlarze. Zadziwiająca to ze wszech miar rzecz, gdy premierowa publiczność w czerwcowy, letni wieczór sprawia, że gmach teatru pęka w szwach. Widać, że spektakl był mocno oczekiwany. Przyciszone rozmowy, śmiechy. Na widowni pan z dziarami awanturuje się o miejsce z jegomościem, który nieopatrznie zajął jego fotel. Ostatni spóźnialscy zajmują miejsca – jedziemy. Całkiem jak na rzeczywistej stacji. Niesamowite.
Czytaj więcej: Sauternes & Bingen czyli o podróży z zepsucia do raju
Megaprodukcja w Kochanowskim to zbiór artefaktów sennej projekcji składającej się ze strzępków opowieści pozlepianych z „gliny stworzenia”. Nastrój, rytm, melorecytacje alfabetu hebrajskiego (i greckiego) przez Dzieci Snów, wędrówka po zakamarkach teatru, podział widowni na trzy grupy (Męską, Żeńską, Łowców Snów) śniące siebie nawzajem, to istne spiritual fiction. Kolaż barw o wartkiej akcji, zapach potężnej przestrzeni budynku teatru pozwalający odkrywać cudowną religię snów i poszukiwanie w niej odpowiedzi na najprostsze pytania: Kim jestem? Po co żyję? Czy jest ktoś nad nami, kto kieruje człowieczym bytem? Znaczące piętno na spektaklu zaznaczają zarówno aktorzy jak i widownia. Każdy zostaje zaangażowany we wzajemne śnienie współtowarzyszy tej magicznej podróży do wnętrza siebie.

Czytaj więcej: „Gdy ptak snu postanowił uwić gniazdo w mojej źrenicy…”
Fizjologia dźwięku od samego początku, gdy ten wyłania się z ciemności, budzi szacunek wobec reżysera. Maestria Tomasza Hynka w spektaklu „A ja, Hanna” wg Trenów Jana Kochanowskiego dotyka najgłębszych rejonów ucha wewnętrznego, gdzie dociera dźwięk o najniższej częstotliwości, po czym kolejne, mocniejsze takty, przesuwają się na coraz wyższe częstotliwości. Anatomicznie rzecz ujmując, bliższe świata zewnętrznego. Tak wzmagane napięcie jest zapowiedzią rodzących się emocji niejako zapomnianej Hanny, która z pozycji dziecka nad wiek dojrzałego, zdaje się wołać słowami Psalmu 130 zwanego pokutnym: De profundis clamavi ad te, Domine (Z głębokości wołam do Ciebie, Panie). Postać Cole'a Seara z filmu Szósty zmysł widzi i słyszy umarłych. Tutaj zaś, cała przestrzeń małej sceny Teatru Kochanowskiego wraz z publicznością, staje się zbiorową postacią z rzeczonego filmu. To współczesne gusła muzyczne, pobrzmiewające II częścią przywoływanych na scenie we fragmencie niewielkim, ale jednak, Dziadów Mickiewicza.
Czy każdy lubi odgrzewane kotlety? Kwestia dyskusyjna, jak i ten spektakl. Opinie będą podzielone. Wszak będzie można usłyszeć właśnie o tych po raz enty odgrzewanych kotletach, o niedoskonałym wykonaniu utworów, których pierwowzory tak bardzo zapadły w pamięć Polaków. Toteż wypada mi pisać wyłącznie z osobistych flanek nie siląc się na dystans, którego wobec tej premiery nie chcę posiadać i nie muszę. Takie jest moje prawo jako widza. Wielu z nas przyjechało kiedyś po raz pierwszy do Opola; siląc się na poprawność historyczną – znaczna większość. Bezsprzecznie, opolski dworzec kolejowy był tą pierwszą przystanią w przestrzeni Opola, jaką i mi było dane poznać na samym starcie. To stąd rozeszły się nasze ścieżki po tym spokojnym, pięknym w cudownych ludzi mieście. Zespół Kochanowskiego prezentuje przekrój kraju z ostatnich kilku dziesięcioleci obrazując społeczeństwo przez pryzmat polskiej piosenki. Oczywiście, znajdą się i tacy, którym nie w smak będzie wykonanie niektórych utworów. Ale czy o poprawność chodzi? Życie nie bywa poprawne, życie nie jest jak w reklamie z dowolnego kanału TV. Najczęściej jest szorstkie i takim też jest na scenicznych deskach w Kochanowskim. Wszak aktorzy oddali prawdziwą przestrzeń, jaką można spotkać na typowym, głęboko w polskiej mentalności osadzonym klimacie, który wszyscy współtworzyliśmy i tworzymy nadal.
Czytaj więcej: Madame de toilettes czyli Stolica Polskiej Piosenki Anno Domini 2011
Przemijanie - co za rozkosz.
DONPOL
Złych, przyjacielu, dostaliśmy sąsiadów: żurawi. Wieczną wojnę toczą nad tym kawałkiem ziemi. Jak z naszymi ojcami nie byli w zgodzie, tak po nich z nami nie zaprzestają wojny. I nic to, że składaliśmy im nieraz pierwociny żniw i nawet cząstkę tej ziemi niby bogu poświęcone żuławy oddaliśmy niewdzięcznikom. Ale snadź nie masz w nich szacunku dla darów. Tak więc wszyscy się stąd zabieramy: lepiej nam skały uprawiać niż mieszkać wśród dolin i pagórków mając tak przykrych sąsiadów.
Ajgejros do Platana
Listy obyczajowe, sielskie, miłosne; Teofilakta Symokatty
tłumaczenie.: Mikołaj Kopernik
Odwiedza nas 96 gości oraz 0 użytkowników.