Pewnego wieczoru wziąłem do ręki tom pamiętników Artura Rubinsteina. Nie po raz pierwszy zresztą. Wydawały mi się zawsze, podobnie jak wiele tego rodzaju produktów, dziełem przyjemnym i pożytecznym, w sam raz na dostępne depresji nocne godziny. Każdy - jak powiadają wydawnicze reklamy - znajdzie tam coś dla siebie. Plotkarz spis ofiar Donżuana czy też spis Drapieżnic, których ofiarą padł Donżuan, snob rój arystokratów krwi i pieniądza, autentycznych i mniej autentycznych, lub, jeżeli ma wyższe aspiracje, galerię sławnych polityków i artystów. Miłośnik historii obyczaju rozpoznaje znane mu obyczaje artystów i tych, którym artyści zwykli byli służyć; w tym czy innym kostiumie, w tej czy innej masce. Miłośnik muzyki łudzi się nadzieją lepszego wniknięcia w tajemnice muzyki. Wreszcie udręczony bezsennością hipochondryk krzepi się nieugaszoną wiekiem żądzą życia, kwitnącym zdrowiem, nigdy nie zawodzącym szczęściem bohatera tej opowieści trzytomowej. Czytam ostatnie słowa, w których dziewięćdziesięciodwuletni, na wpół ślepy starzec zapewnia o nieustającej przyjemności przebywania na tym świecie, i odkładam książkę.

Inaczej czytają pamiętniki, zresztą nie tylko pamiętniki, młodzi, inaczej starzy ludzie. Spośród bohaterów tej książki niejednego w dzieciństwie i młodość znałem ze słyszenia, niektórych z widzenia, jeszcze innych poznałem później z bliska. Przewracam karty tych tomów jak strony spisu abonentów telefonicznych. Nazwiska i adresy powołują do życia zapomniane twarze i glosy. Sam autor często wypowiada o tych ludziach kilka konwencjonalnych zdań zaledwie. Rzadko mówi coś, co przywróciłoby pamięci indywidualne, im tylko właściwe rysy. Skutek to raczej braku zainteresowania niż braku literackich talentów. Cóż bowiem naprawdę obchodził Rubinsteina Benito Mussolini, Picasso, Tomasz Mann, cóż prezydenci, papieże, książęta, królowie. Byli świadkami jego triumfów i tyle. Rzeczy konkretne pisze Rubinstein o właściwościach fortepianów różnej fabrykacji. Naprawdę obchodzi go jego osobiste powodzenie, pieniądze, kobiety, umeblowanie salonów, w których bywał i które do najdrobniejszych szczegółów zapamiętywał, muzyka i spis potraw, które w lokalach całego świata skonsumował. Nie zapominał żadnego fortepianu i żadnego menu.

Pogodna obojętność, z jaką autor traktuje wszystko, co wykracza poza obręb jego myśli krążących wokół własnej osoby, nie przeszkadza czytającemu. Ogląda oczyma wyobraźni korowód postaci, które po części wyznaczają minione stacje jego własnego życia; nikt mu w tym nie przeszkadza; nie bez autoironii kontempluje i po raz któryś stwierdza własny solipsyzm, którego nie usprawiedliwia kunszt wirtuozowski i podziw tłumów. Nie wie zresztą, czy tego żałuje. Pamięta, że na jednym z przystanków jest Rubinstein wychylający kielich gorzały przed koncertem, w Krakowie to było, w Hotelu Francuskim, zimą roku 1958/1959 (a pisze drań, że nigdy alkoholu nie pił przed występem!); i jest jakiś polonijny podwieczorek w Waldorf-Astoria w Nowym Jorku, onże Rubinstein, dwie miłe panie w skrzydlatych amerykańskich kapeluszach, z masą kwiatów na rondach, panie Rodzińska i Rubinstein de domo Młynarska. Potem były na Arturo Ui w Warszawie. W małym gabinecie zabawne, trochę prowincjonalne wydawały się ogromne kapelusze rodem z Manhattanu.

Noc szarzeje, obrazy blakną, spełzają kolory z bujnie rozkwitłych sztucznych kwiatów i szerokich rond, przedświt nie sprzyja pogodnym marzeniom, a przecież, i może właśnie dlatego, myśl nie przestaje krążyć wokół niefrasobliwego, pełnego zmysłowej radości istnienia, błogosławionego żywota Artura Rubinsteina: pogański epikureizm i naiwnie religijna wdzięczność dla Dawcy tylu rozkoszy. Religijna czy pogańska? Ta tajemnica, niezbyt ważna dla ludzi, bo jak powiadają: „znana Bogu", przestaje po chwili interesować. Ciekawsze wydaje się pytanie o wiarygodność informacji. Czyżby całkowite, niezmącone niemal szczęście było, w wypadkach wyjątkowych, mimo wszystko, mimo zapewnień myślicieli i poetów, możliwe na tym świecie?

Przypominam sobie spektakl Dożywocia z Łomnickim i Fijewskim, w reżyserii Kreczmara. Na przerwie wszedł do gabinetu Rubinstein. Był w przejeździe, poprzedniego dnia koncertował w Rosji. Rozmowa nie bardzo się kleiła. Pianista czynił wrażenie zmęczonego, nie wiedziałem, o czym z nim rozmawiać. Milczał, a to jak wiadomo nieczęsto mu się zdarzało. Filiżankę kawy, parzonej w naszym bufecie, z uśmiechem odstawił. Temu się nie dziwiłem. Potem, patrząc na ścianę wytapetowaną żółtymi afiszami: - Nie wiem, czy pan docenia moją tutaj obecność? Wstałem dzisiaj, choć jestem po koncercie, o czwartej rano, żeby odwiedzić pański teatr.
-Na miłość boską - powiedziałem - czemu nie wziął pan slipingu zamiast pędzić o świcie na lotnisko?
- Widzi pan - odpowiedział Rubinstein i bynajmniej się przy tym nie uśmiechnął - czytałem w „New York Times", że taki jet, pan wie, teraz lata się tylko jetami, nawet Rosjanie latają, otóż taki jet raz na dwa miliony kila metrów rozpada się w powietrzu. To podobno lekka śmierć. Nie chciałbym przegapić tego dwumilionowego kilometra.

Jak widać, stuprocentowi szczęśliwcy miewają dziwne myśli. Po bezsennej nocy zapewne. No bo skąd on mógł wiedzieć, że to lekka śmierć?

Z pamięci, Erwin Axer