Widziałem wiele rzeczy, które są niezgodne z dobrym obyczajem. Sam nie jestem bez winy i wiele grzechów ciąży na moim sumieniu. Na ogół jednak nie należą one do strefy, którą w języku potocznym określa się mianem „nieprzyzwoitej". Zresztą żałuję tego.
 
Wszystko wydaje się sprawą proporcji i perspektywy. Punktu widzenia. Większość z nas rozgrzesza przyjaciół z występków, których cząstka wystarczałaby do potępienia wrogów. Przyboś tolerował ze spokojem rzeczy, od których włos jeży się na głowie (albo też - jak wielu z nas - usiłował ich nie widzieć), dla tyranów uprzejmy, nie zawahałby się był przed ucięciem głowy przeciwnikom w Estetyce, gdyby mu dano do ręki topór.
 
A jak przedstawia się sprawa z nieobyczajnością, która obyczaju nie obraża, a po prostu jest i tylko jest niezgodna z przyjętymi ogólnie obyczajami? Brązowe buty do granatowego garnituru, niestosowny krawat, starsza dama w dziewczęcej sukni, brak brody albo broda niesłuszna i niepotrzebna, bo i tak bywa. Błahe? Czy ja wiem...

 

Przed piętnastu laty przyjechał do Warszawy de Peyret Chappuis, znany autor sztuk teatralnych, z propozycją nakręcenia polsko-francuskiego filmu. Francuzi mieli do dyspozycji pieniądze, Polacy studio i aktorów, Peyret scenariusz. Pertraktacje - jak to u nas - przebiegały niemrawo, ale w końcu udało się zaaranżować spotkanie z ministrem kultury. Peyret wiele sobie po tym spotkaniu obiecywał. Co do mnie, na prośbę Francuza, którego wcześniej poznałem, i za zgodą ministerstwa - miałem służyć za tłumacza. Minister uprzedził mnie bowiem, że języka francuskiego ani on, ani jego współpracownicy nie znają.
 
W oznaczonym dniu stawiłem się o dziewiątej rano w Bristolu. De Peyret zjawił się punktualnie. Ubrany był w strój obowiązujący przed wojną i u nas: jaskółkę i sztuczkowe spodnie. Na szczęście z Bristolu do ministerstwa jest blisko. Francuz przebył ten dystans na skrzydłach. - Jestem u celu - oświadczył, wkraczając na rozległy dziedziniec pałacu Potockich.
 
Minister, człowiek okrągły, jowialny, mnie osobiście nieprzychylny, ale jak się później okazało, dość nawet przyzwoity, wstał zza biurka i uczynił kilka kroków w naszym kierunku. Francuz, w postawie pełnej uszanowania, zatrzymał się po przeciwnej stronie dywanu i rozpoczął przemówienie, którego kolejne ustępy nieodmiennie rozpoczynały się od słów Votre Excellence Monsieur le Ministre. Tłumaczyłem solennie, a Votre Excellence pilnie słuchał, mrugając powiekami, i rozglądał się przy tym na boki, jakby szukał ratunku.
 
Kiedy potem rozsiedliśmy się przy kawie wokół stołu, Francuz ze swadą wyłożył swoje plany, korzystne, jak pamiętam, starannie przemyślane i gotowe do realizacji. Brakowało tylko zgody kompetentnej osoby z polskiej strony.
 
Dla nikogo z obecnych, ministra nie wyłączając, nie było tajemnicą, że w naszym kraju minister osobą kompetentną nie bywa, ani pod względem fachowym, ani w zakresie przysługujących mu uprawnień, ściśle rzecz biorąc, nie jest on nawet ministrem. Używa tego tytułu nadanego mu mocą atawistycznych odruchów czy procesów, ale władzy związanej z mianem „ministra" nie posiada. Nie może sam niczego nakazać, rozstrzygnąć, postanowić. Nie może nawet zakazać. Na dobrą sprawę niczego nie może. Może co najwyżej przeszkadzać.
 
O tym wiedzieli wszyscy poza Peyretem, więc się Francuz nieszczęsny wysilał, wytężał, przekonywał, nęcił, w zamian słysząc ogólniki, niepewne frazesy, mętne zapewnienia życzliwości. Ministrowi łatwiej przyszło solennie się zobowiązać w imieniu Polski do zachowania wieczystego braterstwa z siostrzycą Francją, aniżeli zgodzić się na koprodukcję filmu, którego skutków nikt nie był w stanie przewidzieć. Nie, nie! Film, którego nie ma, stanowczo bezpieczniejszy bywa od filmu, który jest.
 
De Peyret jako człowiek dobrze wychowany, w dodatku szlachcic, niczego nie zauważył, nadziei jak gdyby nie stracił i wychodząc, zachował tęgą minę.
 
Mimo to, a może właśnie dlatego wstydziłem się, wracając do Bristolu. Poły jaskółki powiewały, bo kroczyliśmy szybko, ludzie przystawali i oglądali się za nami, biorąc widocznie Peyreta za jednego z egzotycznych gości, którzy w owym czasie aż nazbyt często składali nam, oficjalne wizyty. Byłem wściekły na niego, na ministra i przede wszystkim na siebie. Nie wiadomo jak i nie wiadomo czemu wziąłem udział w oszukańczej maskaradzie. Ukostiumowany Francuz, wystrychnięty na dudka, wydał mi się postacią z molierowskiej farsy, a okrągła twarz ministra pozostała w mojej pamięci jako nieprzyzwoicie uśmiechnięta goła dupa.
 
Z pamięci, Erwin Axer
Wyd. Iskry, 2006r.
 
***
Trwa Kongres Kultury w Warszawie