
Co jest nieobyczajne? Trudno powiedzieć. Czy epizod, który chciałbym opowiedzieć, zasługuje na miano nieobyczajnego? Zapewne należy do obszaru, który pruderia tym mianem określała i określa. Czy słusznie? Czyżby w dziedzinie erotyki nie obowiązywały w gruncie rzeczy te same prawa, co w innych dziedzinach życia? Nieprzyzwoite jest kłamstwo, niewdzięczność, zdrada i tak dalej. Ale goła pupa? Pupa w oknie wystawowym na przykład...
Było to w lutym 1939 roku. Szykowałem się do ostatniego w karnawale kostiumowego balu, który odbyć się miał w kawiarni IPS przy placu Marszałka, tam gdzie był po wojnie żydowski teatr, a teraz wznosi się hotel Victoria. W dzień, poprzez wielkie sięgające chodnika okna, przechodzień mógł oglądać gości przy kawiarnianych stolikach, wieczorem za grubymi zasłonami odbywały się rozmaite imprezy: szopki polityczne, przedstawienia (widywałem tam spektakle teatru Cricot z Krakowa) i zabawy taneczne. Pamiętam, że zabrakło mi wtedy pieniędzy na lakierki i że pożyczyła mi te pieniądze (całe siedemnaście złotych) Lena Eichlerówna. O dziesiątej wieczór znaleźliśmy się razem z Xenią Karawajew w zatłoczonej sali IPS-u, w atmosferze ożywionej zabawy.
Było wielu znanych aktorów, wiele pięknych, wydekoltowanych kobiet. Przyćmione światła, wirujące pary - niektórzy ukostiumowani, w maskach, fantazyjnych przebraniach głowy - inni w smokingach i frakach. Pod kolorowymi bibułkami jakiś bufet z kanapkami i wódką. Tańczyłem z Xenią, nie depcąc jej po nogach, bo wypiłem nieco (tańczę wtedy swobodniej). - Patrz -powiedziała Xenia - Gombrowicz. - Zauważyłem go już przedtem - buńczucznie, ostentacyjnie, bawił się z naszą koleżanką Ludką K., okazałą, ognistą, bardzo ładną brunetką. Uważałem, żeby się w tańcu do nich nie zbliżyć i ostrożnie sterowałem Xenią w odleglejsze regiony, bo jak diabła bałem się Gombrowicza, obsesyjnego natręta, który przemawiał wyszukanym manierycznym językiem i trzymając rozmówcę za guzik, ganił skrzywienia zawodowe ludzi teatru. Zwracał się do mnie z sadystycznym upodobaniem per „wy, profesjonaliści". Po raz pierwszy użył tego zwrotu u Krysi Broniatowskiej na Nowym Mieście. Miałem wtedy dokładnie osiemnaście lat i byłem od dwóch miesięcy słuchaczem pierwszego roku reżyserskiej szkoły. Nic dziwnego, że go odtąd unikałem, chociaż książki owszem dość lubiłem i nawet mnie śmieszyło, kiedy do Kazia Rudzkiego - też go za guzik ułapiwszy - mawiał: „Pan, panie Kaźmirz, jako człowiek prosty i chudopachołek, pojąć tego nie możesz, ale ja de Gombro-Gombrowicz, pan z panów, powiadam waści'' i tak dalej, i tak dalej.
Po drugiej w nocy jedna z koleżanek zasłabła czy też się znudziła, więc odwieźliśmy ją z Xenią do domu przy Bagateli i nie tracąc czasu, wróciliśmy do IPS-u. Płaciłem za taksówkę, kiedy usłyszałem spazmatyczny ni to szloch, ni to śmiech Xeni. Odwróciłem się i w oknie wystawowym ujrzałem rozpłaszczoną na szybie, wielką, piękną, okrągłą, białą pupę. Czarny smoking, ciemna suknia i ciemna zasłona sprawiły, że reszta obrazu rozpływała się w niewyraźnych półtonach. Rozpoznałem de Gombro-Gombrowicza z potarganym włosem i przekrzywionym kołnierzykiem oraz naszą Ludkę K. Wciśnięci między ciężką portierę i grubą szybę znaleźli tu ciszę i upragnioną samotność.
Szarpnąłem Xenię za rękaw, wpadliśmy do środka. Ogarnęło nas gorąco, wrzawa, muzyka grała jakieś fokstroty.
Którejś tam godziny - melodie stały się liryczne, rozlewne - ujrzałem Ludkę w ramionach partnera. Płynęli wolno, majestatycznie, wpatrzeni w siebie, spokojni. Zamachałem im ręką, bo już się Gombrowicza nie bałem, ale mnie nie dostrzegli. Byli tylko we dwoje, sami na świecie, jak za szklaną szybą.
Z pamięci, Erwin Axer
Wydawnictwo Iskry, 2006
