Szelmostwa Skapena; reż. Paweł Aigner; OTLiA, Premiera: 18 marca 2017 (fot. Grzegorz Gajos)Nim udam się w letnią ostoję przyrody, w kierunek ciszy, na domknięcie burzliwego sezonu wszelkich wydarzeń krajowych, jeszcze jedna podróż teatralna, ponowna zresztą, do Opolskiego Teatru Lalki i Aktora na Szelmostwa Skapena w reżyserii Pawła Aignera (07.06.2017; godz. 18.30). Na ów spektakl po raz pierwszy trafiłem niespodziewanie i niezamierzenie. Zostałem oczarowany przez opolski zespół aktorski, który roztoczył przed moimi oczami wyimek z epoki Króla Słońce. Krotochwila dojmująco zapada w pamięć, a opolskiej scenie dodaje wielkiego splendoru ozłacającego chociaż na chwilę zewsząd lejącą się na nas podłość dnia powszedniego. Mało kiedy zdarza mi się, by podróż w epokę, przywołana olśniewająco przez opolskich luminarzy, pozwalała zastygnąć mi nad pojęciami takimi jak: los, dobro, zło, miłość, czar, swary, kłótnie, waśnie, piękno, ulotność, przemijanie. Szelmostwa Skapena w realizacji OTLiA, dodaję do mojej krótkiej listy spektakli znaczących i niemożliwych do zapomnienia, dokąd tylko starczy zmysłów i sił na kolejny oddech.

Warto zobaczyć, bo jak pisał Tadeusz Boy-Żeleński: „Molier jest kamieniem węgielnym nowoczesnego społeczeństwa. Tak jak w innej przełomowej epoce przyszedł Napoleon, spojrzał na kartę Europy i rzekł: „To królestwo, ta granica, ta dynastia nie podoba mi się”, i granica i dynastia przestawały istnieć, tak przyszedł Molier, spojrzał dokoła siebie i powiedział: „To a to jest złe, głupie i śmieszne; nie chcę, aby to istniało.” I to, co on tak napiętnował, znikało, strawione własną śmiesznością. Nie zmienił oczywiście Molier zasadniczych cech ludzkiej natury, bo to niemożliwe; ale w momencie przeobrażania się społeczeństwa zwalił satyrą swoją niejeden z bałwanów, stojących na przeszkodzie idącemu nowemu życiu, i tak potężnie, może jak nikt inny, przyczynił się do jego ewolucji w duchu światła i swobody”.

(mr)

***

TADEUSZ BOY-ŻELEŃSKI O SZELMOSTWACH SKAPENA

Mówiąc o Psyche wspomniałem, iż w okresie przygotowań do wystawienia tej feerii w swoim teatrze Molier wypełnia lukę repertuaru nową sztuką swego pióra. Sztuką tą są Szelmostwa Skapena, bezpretensjonalna i wesoła farsa, w której Molier przykrawa główną rolę na miarę dla siebie, dla swojej werwy komicznej tak, jak i dziś pisuje się sztuki na miarę świetnych aktorów.

Jak w Amfitrionie, jak w Skąpcu tak i tu Molier daje transkrypcję komedii łacińskiej. Mimo iż dobrze znając komediową literaturę łacińską z kolegium, Molier w pierwszym okresie swej twórczości nie czerpie z niej wzorów; stara farsa francuska, Hiszpania, Włochy - to, jak widzieliśmy, elementy, z których wyrasta w początkach komedia Molierowska. Dopiero w tym późnym stosunkowo okresie twórczości reminiscencje łacińskie nasuwają mu się pod pióro. Tutaj kanwą Moliera jest Formion Terencjusza; poza tym, swoim zwyczajem, Molier wspomaga się w rozmaitym sposobie; częścią czerpie z dawnej farsy Gorgibus w worku, grywanej w czasie wędrówek po prowincji; to znów weźmie scenę całą z Oszukanego pedanta Cyrana de Bergerac, aby - też swoim zwyczajem - pogłębić i udoskonalić cudzy pomysł. Koloryt całej komedii trąci Włochami, co wyraża się w umiejscowieniu akcji w Neapolu, w imionach jej aktorów, w samej figurze zresztą Skapena.

Skapen jest krewniakiem Maskaryla z Wartogłowa, jak w ogóle cały ten utwór, produkt późnej twórczości Moliera, dość bliski jest, typem inspiracji, owemu pierwszemu jego większemu utworowi. Ten sam lokaj, niewyczerpany w pomysłach i braku skrupułów, ci sami młodzi panicze, ci sami tradycyjni ojcowie i młode branki wykradzione przez Cyganów; ta sama beztroska o rozwiązanie sztuki, nie mniej fantastyczne i cudowne. Tylko kipiący werwą wiersz Wartogłowa zmienia się na szybciej jeszcze toczącą się prozę, która iskrzy się co chwila scenkami, kryjącymi tyleż wesołości i pustoty, co filozoficznego spojrzenia na naturę ludzką. Spowiedź Skapena (II,5), dalej owo przesławne: „po kiegoż diabła łaził na ten statek!”, genialnie „złupione” z Cyrana de Bergerac, i mnóstwo innych głębokich rysów wznoszą Szelmostwa Skapena o wiele ponad poziom farsy, z której czerpią tyle elementów. A cóż dopiero brawurowa jego tyrada na temat ówczesnego wymiaru sprawiedliwości! Kto wie, czy to nie było przygrywką do „komedii prawniczej”, którą Molier może już nosił w sobie, a której przedwczesna śmierć nie dała się urodzić.

A r g a n t
Nie; wolę się procesować.

S k a p e n
Ech, drogi panie, co pan doprawdy wyplata? Czy pan wie, na co się pan naraża? Niech pan ogarnie myślą wszystkie stopnie i szczeble sprawiedliwości. Niech pan spojrzy, ile tu instancji i apelacji; ile zawikłanych procedur; ile zwierząt drapieżnych, przez których pazury przejść ci będzie trzeba: woźnych, pełnomocników, prokuratorów, adwokatów, pisarzy, substytutów, referendarzy, sędziów i ich pomocników. Nie ma wśród nich ani jednego, który by dla najbłahszego powodu nie był zdolny karku skręcić najsłuszniejszej sprawie. Woźny doręczy panu fałszywe powołanie... pański prokurator porozumie się z przeciwnikiem i sprzeda cię za miłą gotowiznę. Adwokat, tak samo przekupiony, nie stawi się na rozprawę lub będzie bronił w sposób, który rzecz tylko pogrzebie. Pisarz wystosuje zaoczne wyroki. Sekretarz trybunału uprzątnie rozmyślnie akta z dowodami albo też sam referendarz pominie to, co widział; a skoro, po największych wysiłkach, zdołałbyś się pan uporać z tym wszystkim, przekonasz się z przerażeniem, że bądź to pobożne duszyczki, bądź też damulki, które trzymają sędziów w garści, nastroiły ich przeciw panu. Och, panie, jeśli tylko możesz, ratuj się z tego piekła. Mieć proces w tym kraju, to znaczy być potępionym za życia: sama myśl o procesie wygnałaby mnie stąd aż na krańce Indii.

A r g a n t
Chcę się procesować.

Skapen
Ależ, aby się procesować, też panu będzie trzeba pieniędzy. Będzie ich trzeba na koszta śledztwa; będzie trzeba na odszkodowanie świadków; będzie trzeba na prokurację, prezentację, należytość za posiedzenia, taksę pełnomocnictwa i diety prokuratora. Będzie ich panu trzeba na konsultacje i obronę adwokatów, na prawo wycofania aktów i sporządzenie odpisów. Będzie ich panu trzeba na raporty substytutów, na poczestne, na wciągnięcie aktów przez pisarza, na sporządzenie orzeczenia, wyroki, kontrole, podpisy i ekspedycje dependentów, nie mówiąc już o podarkach, bez których się nie obejdzie. Niech pan da te same pieniądze owemu człowiekowi, a pozbędzie się pan całej sprawy.

Z przygrywki tej mielibyśmy prawo wnosić, że ówczesny stan prawniczy niewiele by lepiej wyszedł niż biedny stan lekarski!

Molier, autor Mizantropa, Molier, ów znękany, schorowany człowiek, ten Molier, któremu niejeden z komentatorów chce wcisnąć na twarz maskę o tragicznym piętnie, grał Skapena; przez trzy akty szalał po scenie, roztaczając niespożytą werwę, która dochodzi swego najwyższego nasilenia w owej cyrkowej już scenie z Gerontem w worku.

Skapen
Niech się pan ukryje: oto jakiś rębajło nas szuka. Mówi zmienionym głosem, udając akcent gaskoński: „Ha! czy nie będę miał tej pociechy, aby przewiercić brzuch staremu Gerontowi? czyż nikt, dla Boga, nie wskaże mi, gdzie on się ukrywa!” Do Geronta swoim głosem: Niech się pan nie rusza. „Tam do licha, już ja go znajdę, choćby się schował do środka ziemi.” Do Geronta swoim głosem: Niech się pan nie wychyla. Mówi cały czas na przemian swoim i zmienionym głosem: „Hej tam, człowieku, ty, z workiem!” Co, panie? „Dostaniesz ludwika, jeśli mi powiesz, gdzie może być Geront.” Pan szuka pana Geronta? „Tak, do kata, szukam.” I wolno wiedzieć w jakiej sprawie? „W jakiej sprawie?” Tak. „Chcę go, do stu kaduków, po prostu zatłuc tym kijem.” Ech, panie, nie tłucze się kijem ludzi tak szanownych; zaręczam panu, że Geront nie zasłużył na to. „Kto? Geront? ten błazen, hultaj, szelma?” Pan Geront, panie, nie jest błaznem, hultajem ani szelmą; powinien byś się, doprawdy, wyrażać o nim w inny sposób. „Co, ty śmiesz mi się stawiać?” Staję, jak przystało, w obronie honoru człowieka, którego ktoś obraża. „Jesteś może przyjacielem Geronta?” Tak, jestem. „A, do stu czartów, jesteś przyjacielem: doskonale.” Waląc kijem po worku: „Masz, masz, schowaj to w nagrodę tej przyjaźni.” Krzycząc, jak gdyby bity kijem: Och, och, och, och, panie! Och, och, za pozwoleniem! och, och, powoli! Och, och, Och! „Masz, zanieś mu to ode mnie. Bądź zdrów.” A, niech diabli tego Gaskończyka! Och!

Czy i to mamy uważać za „śmiech przez łzy”, za śmiech bolesny? Chyba nie; trudno by dojrzeć przyczynę, która by kazała Molierowi - Molierowi z owej epoki - zmuszać się, zniżać do tej roli, gdyby mu ona nie odpowiadała, gdyby nie była jedną z naturalnych form jego „wyżycia się” na scenie. Raczej godzi się przyjąć, iż Molier był naturą bardziej złożoną, niżby to chciała dopuścić symplifikacja komentarzy; że zarówno w patosie Alcesta, jak w bufonadzie Skapena pozostawał on sobą mocą tej samej tajemnicy, która pozwalała Balzakowi wyżywać się w d’Arthezie, w Lucjanie de Rubempré i w Vautrinie. Tej cechy temperamentu Moliera nie umiał zrozumieć roztropny Boileau, któremu Szelmostwa Skapena psuły koncepcję Moliera, jaką sobie wytworzył po Mizantropie. Toteż w wierszach, które - dzięki Molierowi - stały się sławne, żali się, że w worku Skapena nie umie poznać autora Mizantropa:

Dans ce sac ridicule ou Scapin s’enveloppe
Je ne reconnais plus l’auteur du „Mizanthrope”
[W tym pociesznym worku, w który zawija się Skapen,
nie poznaję już autora Mizantropa.]

A jednak trudno się oprzeć wrażeniu; mimo fajerwerku wesołości, jaki tryska z tej krotochwili, śmiech Moliera brzmi tutaj ostrzej niż kiedyś za młodu, kiedy poeta bawił się w dobie wędrówek po prowincji figlami Maskaryla. Czujemy to po osadzie smutku, jaki w nas zostawia ta wesołość.

Tadeusz Boy-Żeleński
Pisma, tom IX - Molier
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1957

***

TADEUSZ BOY-ŻELEŃSKI O MOLIERZE

Zaledwie przebrzmiały echa obchodów molierowskich [w r. 1922 obchodzono bardzo uroczyście trzechsetlecie urodzin Moliera], w których cały cywilizowany świat, i my wraz z nim, oddał hołd pamięci wielkiego pisarza. Mimo to nie jestem przeświadczony, aby ogół naszej publiczności dostatecznie zdawał sobie sprawę z istoty i wielkości zjawiska, któremu na imię Molier. Wymawia się to imię ze czcią i mniej lub więcej szczerym zachwytem, ale dzieje się to raczej na wiarę tradycji niż z własnego bezpośredniego przeżycia.

I nie dziwmy się temu. Takie prawdziwe współżycie z wielkimi dziełami minionych i tak odległych nam epok to rzecz jedna z najtrudniejszych. Odmienna konwencja artystyczna staje się niby zakrzepłą skorupą, która osłania jądro płomienistej lawy, żarzącej się wiecznie we wnętrzu. Tak np. Racine czyni na nas wrażenie umiaru i chłodu, podczas gdy współczesnych przerażał i gorszył rozpętaniem namiętności, oszałamiał tchem nie znanego przed nim porywu zmysłów. Wszystkie niemal zdobycze artystyczne genialnego pisarza wchodzą w krew literatury, korzysta z nich każdy z potomnych, wyzyskuje je w sposób coraz zręczniejszy, coraz bardziej udoskonalony, tak że przez jakiś okrutny i niesprawiedliwy paradoks genialny pierwowzór wydaje się niemal bladym w porównaniu do swych, współczesnych nam, kopii. Różnica tylko ta: te wtórne utwory mijają, starzeją się niby moda ubrań, które odziewają ich aktorów, podczas gdy pierwowzór trwa, wiecznie stanowiąc ożywczą krynicę piękna. Ileż „Celimen” przesunęło się przez scenę i znikło w niepamięci, odkąd Celimena Molierowska żyje wiecznie.

Toż samo w stosunku do zdobyczy życiowych genialnych pisarzów. Już nas nie cisną te rzeczy, z którymi walczyli ci tytani nieraz z narażeniem własnego gardła; przyjmujemy spokojnie nasze współczesne życie, jakim jest, nie zastanawiając się zbytnio, że każde najdrobniejsze z tych praw, których używamy, musiało być nam wywalczone w wielkiej walce Ducha, w której jednymi z najdzielniejszych zapaśników byli wielcy pisarze.

A wśród nich Molier jest jednym z pierwszych. On jest - można to rzec - wielkim twórcą życia. Tym Molier różni się od innych wielkich imion literackich, tym je przerasta. Można powiedzieć wręcz: Molier jest kamieniem węgielnym nowoczesnego społeczeństwa. Tak jak w innej przełomowej epoce przyszedł Napoleon, spojrzał na kartę Europy i rzekł: „To królestwo, ta granica, ta dynastia nie podoba mi się”, i granica i dynastia przestawały istnieć, tak przyszedł Molier, spojrzał dokoła siebie i powiedział: „To a to jest złe, głupie i śmieszne; nie chcę, aby to istniało.” I to, co on tak napiętnował, znikało, strawione własną śmiesznością. Nie zmienił oczywiście Molier zasadniczych cech ludzkiej natury, bo to niemożliwe; ale w momencie przeobrażania się społeczeństwa zwalił satyrą swoją niejeden z bałwanów, stojących na przeszkodzie idącemu nowemu życiu, i tak potężnie, może jak nikt inny, przyczynił się do jego ewolucji w duchu światła i swobody.

Tego wszystkiego nie domyśli się widz, oglądający raz na parę lat w teatrze Pana de Pourceaugnac lub Chorego z urojenia, a nawet może Mizantropa lub Świętoszka. Aby zrozumieć doniosłość dzieła Moliera i kosztować go w całej pełni, trzeba je objąć w całości; trzeba je poznać na tle epoki, która je wydała, na tle jej urządzeń, wierzeń i obyczajów; przede wszystkim zaś na tle losów samego pisarza. Bo dzieło Moliera, tak jak głęboko sięga w życie, tak znowuż i wyrosło z jego własnego życia; nie podobna mówić o dziele Moliera nie mówiąc o nim samym.

Tadeusz Boy-Żeleński
Pisma, tom IX - Molier
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1957

Szelmostwa Skapena; reż. Paweł Aigner; OTLiA, Premiera: 18 marca 2017 (fot. Grzegorz Gajos)

Szelmostwa Skapena; reż. Paweł Aigner; OTLiA
Premiera: 18 marca 2017 (fot. Grzegorz Gajos)