Czasami - w chwilach przypływu energii – wydaje mi się, że sama obecność w miejscu tylu wspomnień, tylu zachwyceń, wywoła potrzebę utrwalenia czegoś, co za chwilę przeminie, zniknie, jak ślad na wodzie. Że wystarczy przywołać - tak często towarzyszące mi dawniej - uczucie głodu, że wystarczy wsiąść na rower, pojechać do Fourques, do Saint-Gilles, odszukać pod pustym niebem znajomą groblę w Camargue; wystarczy znaleźć słowa, zapisać to, co nagle - w nostalgicznym wspomnieniu, albo po prostu nie wiadomo dlaczego - wydało się godne utrwalenia.


Ale wspomnienia są jak kawałki szkła lub kamyki wyrzucane na brzeg falą przyboju. W płytkiej wodzie, na krawędzi fali zdają się iskrzyć jak klejnoty - mienią się wszystkimi barwami. Wydobyte gasną, szarzeją, na powrót stają się tym, czym były: szczątkiem rozbitej butelki, oszlifowanym przez piasek okruchem skały; wszystko, co przeżyliśmy, zmienia się w opowieść niejasną i nieczytelną dla naszych następców. Nikt nie chce jej już słuchać ani czytać.
Wiem dobrze, że to, co mógłbym jeszcze powiedzieć, nikogo nie zaskoczy, nie zadziwi, nie skłoni do refleksji... Patrzę na biblioteczne regały, rzędy książek, złocone tytuły: wszystko, co warte było powiedzenia, zostało powiedziane, emocje zapisane, przemyślenia przekazane. Wszystko wszystkim od dawna jest wiadome... Co mógłbym dodać? Jeszcze jedno zadziwienie, jeszcze jedną rozterkę duszy? Kogóż to interesuje?...

Lekcja łaciny, Adam Wodnicki
Wyd. Austeria, 2016