Wiele razy mnie spowiadano i ja sam spowiadałem się przed przypadkowym rozmówcą albo przed wami, których się nazywa opinią publiczną. Wyznam teraz, może zbyt późno, że moja spowiedź była trochę prawdziwa, ale też mocno nieprawdziwa. Mówiłem o sobie i o swoim życiu odrobinę tak, jak oczekiwali moi rozmówcy. Oceniałem siebie i swój los w ten sposób, jakiego wy pragnęliście. Posługiwałem się kategoriami socjologicznymi, historycznymi czy psychologicznymi przez was ustanowionymi.

Ale teraz, pod koniec życia, myślę, że moje życie i mój los podlegały trochę innym regułom. Że robiłem to wszystko, co wy, ale myślami byłem gdzie indziej. Że mówiłem to wszystko, co mówiłem, i sam słuchałem ze zdziwieniem swego mówienia.

Ja nie jestem wdzięczny za swoje życie i nie byłbym wdzięczny za każde inne. Mnie się życie, nasz byt na tej małej planecie, zupełnie nie podoba. Mnie to życie nawet w jakiś sposób rani. Właściwie rani nie mnie, ale moją świadomość, która wysnuła się, wydęła się, wyrosła nie wiadomo z czego. Z drobin kodu genetycznego, z powietrza, wody, albo z kotletów schabowych.

 

Mnie to życie gniewa i obraża. Ale irytuje mnie również wasza wegetacja, zwana szumnie egzystencją. Nie chcę opatrzności podejrzewać o złe intencje, więc potraktuję nasze bytowanie jako nieszczęśliwy przypadek, jakąś losową kraksę w odległym zaścianku kosmicznym. Dlaczego uruchomiono taką skomplikowaną i gigantyczną machinę, jaką jest każdy z nas, do tak skromnego istnienia. Te miliardy komórek i biliony współzależności między nimi, żeby urodzić się, parę razy wpaść w szał, a kilka razy ulec błogości, trochę pokopulować, trochę pozazdrościć, trochę podręczyć bliźnich, zjeść kilkuset braci - ssaków, pocierpieć w chorobach i rozsypać się w proch w zimnej jamie.

Czy do tego potrzebne atomy, bity, bioprądy, neutrony, ładunki dodatnie i ujemne, tysiąc różnych nieodgadnionych tajemnic.

Nie. Ktoś źle pomyślał albo mu się nie udało. Po co te straszne cierpienia. Dzieci rodzące się z nowotworami mózgu, odrażające kalectwa, niewysłowione bóle i wreszcie konanie w męce i przerażeniu.

Mnie się to nie podoba. I jeśliby mi ktoś zaproponował skasowanie mego życia wstecz do nicości i wymazanie fal mojej świadomości w tym niezrozumiałym trwaniu, które nazywamy wszechświatem, więc jeśli ktoś by mógł mi pomóc i wyrwać mnie raz na zawsze z tego wszystkiego, pocałowałbym go z wdzięczności w rękę.

Ja wiem, skoro nic nie rozumiemy, skoro nic nie możemy poradzić na tę swoją nieszczęsną obecność w niezrozumiałości - to należy zachować się po męsku, nie jęczeć, nie wygrażać piąstkami nie wiadomo komu, nie zadręczać bliźnich swoim dyskomfortem i nie obrzydzać im życia, z którym się pogodzili.

Ja wiem, ja rozumiem i staram się nie kwękać, ale muszę czasem dyskretnie zaskuczeć, bo to objaśnia moje postępki, moje wybory i moje morale.

Jak łatwo się domyślić, moja obraza na życie, mój gniew, a właściwie moja wściekłość każe mi bardzo podejrzliwie przyglądać się mojej i waszej egzystencji. I nie jest moją winą, że owo uwielbiane przez niektórych życie tak wiele ma pierwiastków animalnych i tak mało człowieczych. To znaczy ogromny spadek po naturze w jej zwierzęcej formie i bardzo skromny nasz własny dorobek, który czyni nas podobno stworem zwanym homo sapiens.

To wszystko, co opisują ślicznie poeci i epicy, te walki o własne i cudze gniazda, te zdobywania samic, ta chęć podporządkowania sobie stada, to wyrywanie nawzajem z pyska każdego kęsa, ta rozkosz z zabijania rywali, a więc owa materia naszego żywota, zwana pięknie dramatem ludzkiej doli, jest niczym innym, niczym innym, aż boję się powiedzieć, jest po prostu naszym posagiem animalnym. Nadbudowa intelektualna, którą dorobiliśmy do żałosnej praktyki egzystencjalnej, jest bardzo skromna i dla mnie niezadowalająca.

Ja chyba od dziecka byłem przeciw życiu i przeciw wszystkiemu. To znaczy pod naporem dyscyplin familijnych, towarzyskich, społecznych usiłowałem się zachowywać tak jak wy wszyscy. Ale wewnątrz, w sobie, w tym słabym płomyku nie wiadomo czego, co nazywamy duszą albo skromniej świadomością, a więc w środku byłem przeciw. Szedłem, ale byłem przeciw, jadłem, ale byłem przeciw, szanowałem starszych, ale byłem przeciw, uczestniczyłem w czynnościach patriotycznych albo ideologicznych, ale byłem przeciw, kochałem panienki, ale..., no nie, tu się trochę zapędziłem.

Mnie zawsze drażniła ta część animalna w nas samych. Tę animalność, ten okropny spadek po płazach i gadach widziałem wszędzie i w każdym. Ktoś coś robił i pięknie to nazywał, a ja widziałem małpoluda z kością mamuta w ręku.

Jedyną moją osłodą, jedynym moim wytchnieniem było obcowanie z tym czymś tak kruchym i ulotnym, co stworzyliśmy nie wiadomo z czego w sobie i koło siebie, a co nieprecyzyjnie nazywamy człowieczeństwem. Człowieczeństwo jako zaprzeczenie grzechu animalności. Człowieczeństwo jako wątłe światło w obmierzłych ciemnościach.

Więc ja żyłem w konspiracji. Jadłem, piłem, chodziłem do szkoły, chciałem oddać życie za ojczyznę, szukałem posady, basowałem kolegom, co chcieli organizować się, żeby zdominować innych, również zorganizowanych, więc robiłem to wszystko z wami, ale po cichu, w ukryciu swego mózgu i marnego systemu nerwowego ja przeciwko wam knułem, byłem stale gotowy do podłożenia bomby, gdyby mnie było na to stać, to nawet bomby intelektualnej, chętnie bym was wypatroszył z tego głodu podtrzymania wegetacji, z tej chuci prokreacyjnej, z tej żądzy zadowolenia bardzo prymitywnego.

Dlatego mnie, uwikłanego w wewnętrzną konspirację, łatwo było skusić złudnymi błyskami racjonalizmu. Mnie bardzo prosto można wzruszyć sztuczną biżuterią naszej skromnej myśli, ja natychmiast się rozpłaczę, widząc najskromniejszy fant naszego własnego dorobku wydźwigającego nas ponad poziom animalności.

Moje klęski, nędze i zbrodnie biorą się z tej mojej obsesji, którą opisuję, opisuję i nigdy do końca nie opiszę.

Zmęczyłem się. Co to kogo może obchodzić, że jakiś tam literat w mało ważnym kraju jest niezadowolony z życia jako formy istnienia. Co to może obchodzić ciebie, mój bracie, dwunożny ssaku, który idziesz cudzołożyć z sąsiadką, wybierasz się na proszoną kolację albo nie możesz doczekać się jutra, kiedy otrzymasz awans.

Naturo, naturo, wdzięcznym ci za życie. Ta wasza natura to kanibalizm, zwierzęca męka i paroksyzm przerażenia w błysku pośród wiecznej śmierci, błysku, którego nie rozumiemy

Tadeusz Konwicki, Zorze wieczorne