Mam nadzieję, że jak pan posłucha, to pan potem zrezygnuje z rozmów przy tym podejrzanym pudełeczku podsłuchowym. Ja nie piszę tak jak moi koledzy, którzy, jak czytałem, oznajmiają, że mają straszne ilości w sobie materiału, rzeczy do napisania. Wielu siebie bada, ciągle nie może do końca siebie zbadać, mają właściwie wszechświat do opisania. Ja, niestety, co chciałem powiedzieć, to powiedziałem, tylko żyję za długo. To nie jest to, że stałem się impotentem-ja nie odczuwam potrzeby pisania. Dla pana to się wysilam, żeby wydać się oryginalnym.Pan siebie nie musi w ogóle „badać".
Tak strasznie bym chciał panu powiedzieć, że badam całe życie siebie i nie mogę do końca poznać. Ja siebie znam od pięćdziesięciu lat jak łysą kobyłę.
Wie pan, mamy wiele cech zdumiewających: mamy te mózgi, które są coraz sprawniejsze, mamy rodzaj intuicji, podświadomości, tego, co w sumie się nazywa duszą. Ale, jak już mówiłem, nasze istnienie, nasz byt są w jakiś sposób ograniczone. Można powiedzieć, że nasza jaźń, nasza świadomość, mózg nie mają ograniczeń. My jesteśmy ograniczeni - przez organizm, przez fizyczność, przez nasze doświadczenie, takie, jakie tutaj może być. Przemeczku, na tej planecie, którą bardzo lubimy... Czy pan też lubi?
Kocham!
O. No, ja już jestem w latach, trochę zwiędły we mnie uczucia, więc nie kocham, ale lubię. Więc na tej planetce małej i nerwowej, kapryśnej, jest prawie siedem miliardów homo sapiens. Siedem miliardów. Czy pan słyszał takie powiedzonko: jemu się trafiło jak ślepej kurze ziarno, odwieczne ludowe powiedzenie? Ono jest puentą metafory - nie mojej, tak że proszę mnie nie oskarżać, ja tylko jako naukowiec amator badam ją! Co to znaczy: trafiło się jak ślepej kurze ziarno. To znaczy: jest gigantyczne śmietnisko, jak piramida albo jeszcze większe, jak dziesięć piramid, i siedem miliardów kur, czyli nas, grzebie w tych śmieciach. I prawdopodobieństwo wielkich liczb powiada, że może nagle w tym gigantycznym śmietniku jakaś kura wygrzebie złoty pierścionek. Myślę, że twórcy tego powiedzenia o tym myśleli - że wszyscy grzebiemy. Pan teraz zrobił wyniosłą minę, że pan nie grzebie. Ale pan też w tym śmietniku naszego życia grzebie, czegoś szuka, sensu, powodzenia, satysfakcji.
Tak zmierzam dość nieudolnie do pięknej formuły, pięknego etosu: geniuszu ludzkiego. Czytałem teraz sporo historii astronomii. Przynajmniej połowa odkryć - przypadki. Trafiło się ślepej kurze ziarno.
Z tym że to grzebanie uległo uprzemysłowieniu. Dawniej była pusta łąka i ktoś nagle coś wykonał, a teraz jest mrowisko, w którym codziennie są jakieś odkrycia, jakieś wynalazki. Nawet to, co tu pan przyniósł, swoją aparaturę rozłożył wielkości znaczka pocztowego. W latach pięćdziesiątych aparat lampowy radiowy to był szczyt luksusu, nowoczesności; pamiętam, jak przez protekcję teścia kupiliśmy NRD-owski aparat, nie wiem, bodaj był nawet sześciolampowy - bomba, rewelacja. W tej chwili jest ogromna liczba takich wynalazków, które sto lat temu byłyby rozsławiane, a w tej chwili przechodzą bez wrażenia. Gdzieś są jakieś instytucje od rejestracji wynalazków, to jest związane z pieniędzmi, z tantiemami.
Czyli, jak by to powiedzieć, trochę się skurczyła koniunktura na genialność. Zresztą można w ogóle powiedzieć, że pojęcie geniuszu jest troszkę umowne. Możemy się umówić, że to jest genialne, a to nie. Nie chcę tutaj wdawać się w przykłady, bo mogę się strasznie narwać, a łatwo jest zostać zlinczowanym, jak się jakiś objaw geniuszu zakwestionuje, czy nawet nie tyle zakwestionuje, co unormalni, upotoczni. Co zresztą byłoby oczywiste, ludzkie: wiadomo, od czasu do czasu coś nam musi błysnąć, chociażby po to, ażeby podnieść nasze samopoczucie, żebyśmy się poczuli lepiej. Bo my kwękamy - ciągle niedobrze, mimo że osiągnięcia są ogromne, ale coś tak stale nie tak, i wszelkie formy podniesienia ducha, samopoczucia, są korzystne.
Słuchając mojego troszkę przydługiego monologu, pan ze mną współpracuje mimiką, ale jakby w pewnej kontrze do treści i atmosfery mojego monologu. Kiedy powinien pan z aprobatą się odnosić, pan robi kwaśną minę, kiedy pan powinien zanegować razem ze mną, to pan zachwycony.
Przemeczku, ostatni raz tak mówiłem długo... zaraz panu powiem, ile ja mówię. Pięćdziesiąt minut. Nie wiem, czy ja kiedyś w życiu pięćdziesiąt minut mówiłem. Ale idę panu na rękę. Przecież pan może być moim wnukiem, pan jest w wieku mojej wnuczki.
Zdrowie pana w związku z tym. (cyk)
Nie powie pan, (na bezdechu) łagodne. Trejos devynerios, wie pan, co to znaczy?
(na bezdechu) Proszę mi powiedzieć.
Trzy razy dziewięć. Dwadzieścia siedem - dwadzieścia siedem ziół bierze w tym udział.
Czuć.
No. Ale myślę, że pozytywnie?
(przez łzy) Bardzo.
Po tym gadulstwie taką mam ochotę przyłożyć dłoń do czoła i zadumać się, żeby jednak coś wydobyć z siebie głębokiego.
Mam panu pomóc pytaniem, czy...
Jeśli pan jest w stanie pomóc. Będę wdzięczny.
Tadeusz Konwicki, W pośpiechu
Wydawnictwo Czarne; Wołowiec, 2011

