
Nie można doradzać uczniowi zbyt długiego zajmowania się jedną metodą, manierą, jednego narodu smakiem itd. To, co jest prawdziwe i piękne, nie powinno być naśladowane, lecz doświadczone według swoich praw własnych i wyższych. Za wzór (jako non plus ultra) ani człowiek, ani naród służyć nie powinien: tylko wieczna i niewidzialna natura jest w nim i zawiera go w sobie. Ludzie i narody dostarczają tylko przykładów, które mniej więcej szczęśliwie się udały. Na koniec jednym słowem: to, w czym artysta (zawsze korzystający ze wszystkiego, co go otacza i uczy) zadziwia współczesnych, tylko mieć może z siebie i przez udoskonalenie samego siebie. Bo przyczyna tego i jego prawdziwie zasłużonej chwały tak w teraźniejszości, jak i w potomności, nie jest inna jak jego genialna indywidualność żyjąca w jego dziełach kunsztu.
Józef Elsner
Dnia 17 bm. wystąpił na widok publiczny od dawna przez wszystkie prawie krajowe gazety zapowiedziany młody Chopin w koncercie swojej własnej kompozycji. Lubo podług zaprowadzonego zwyczaju, tak jak za granicą, i u nas publiczne pisma od pewnego czasu zapowiadają wprzódy publiczności wirtuozów lub zdają sprawę po odegraniu koncertu o ich zalecie, częstokroć pokazało się, że pochwały takie były skutkiem albo przyjaźni, albo stronności, albo nawet zarobku; zatem nie wszystkiemu, co jest w piśmie publicznym, wiarę dać należy, jak słusznie powiedział Molière:
D'éloges on regorge, à la tête on les jette.
Et mon valet de chambre est mis dans la gazette.
„Dla rozrywki profesor Jarocki zaproponował Fryderykowi przechadzkę dla obejrzenia miasteczka. Po powrocie z niej, gdy się okazało, że dyliżans jeszcze nie gotowy, weszli do domu, który służył za pocztę i restaurację zarazem. Wszedłszy do jadalni, Fryderyk spostrzegł w przyległym pokoju, niby salonie, fortepian. Zbliża się do niego, otwiera, próbuje, a że instrument ku jego najwyższemu zadowoleniu okazał się nastrojony, więc nie pytając się nikogo o pozwolenie, młody pianista zasiadł przed klawiaturą i zaczął grać. Niebawem na odgłos instrumentu wprawną dotykanego ręką wchodzi do sali jeden z podróżnych, staje za grającym i słucha. Chopin, spostrzegłszy to w lustrze, powiada po polsku do profesora Jarockiego: „No, zobaczymy, czy to artysta, czy tylko amator?..." - i zaczął improwizować. Przybyły jegomość stał jak skamieniały, duszą całą utonął w tonach tej dziwnie uroczej i uczuciowej muzyki i tylko wzrok jego śledził automatycznie wszelkie poruszenia rąk grającego: zapomniał o fajce, zapomniał o bożym świecie. Po chwili także i dwaj inni podróżni weszli do salonu, a zaraz potem po cichutku i ostrożnie otwarły się i drzwi z lewej strony, a w nich ukazał się pan poczmistrz i, przystanąwszy zdumiony, również zaczął słuchać. Po chwili otwarły się drzwi z prawej strony: weszła pani poczmistrzowa z dwiema dorosłymi córkami. Zachwycone, i one również stanęły na środku salonu, nie wiedząc, co znaczy ten koncert, skąd się zjawił tak cudnie grający wirtuoz.
W dzienniku panny Aleksandry Tańskiej, siostry autorki Pamiątki po dobrej matce, znajduje się na jednej z pierwszych kartek, zapisanych w roku 1818, między innymi następująca wiadomość: „Pani Grabowska zaprosiła mnie na wieczór. Było dosyć osób [...] w przeciągu wieczora grał na fortepianie młody Chopin, dziecię w 8 roku, obiecujące, jak twierdzą znawcy, zastąpić Mozarta". To zestawienie nazwiska Chopina z Mozartem stawało się w tych czasach coraz częstsze, a sława małego fortepianisty, którego zadziwiająca gra z dniem każdym zyskiwała na doskonałości, zataczała coraz szersze kręgi, rozchodziła się po całym mieście. Gdy nadszedł rok 1818, nazwisko małego „Szopenka" było już znane w całej Warszawie, nie tylko w kołach zbliżonych do domu Mikołaja Chopina, wśród jego przyjaciół i znajomych, ale i wśród warstw towarzyskich, które nadawały ton w całym kraju, w sferach literackich i pomiędzy arystokracją. Ci, co jeszcze nie mieli sposobności usłyszeć małego wirtuoza, niezmiernie byli tego ciekawi, ci bowiem, co go słyszeli, opowiadali cuda o jego grze, niczym nie ustępującej grze najznakomitszych fortepianistów, o jego zdolności improwizowania na fortepianie. Co zaś w nim podziwiano najbardziej, to talent kompozytorski, pozwalający mu komponować rzeczy wcale nie gorsze od tych, jakie współcześnie wychodziły spod pióra różnych miejscowych muzyków. Tym sposobem rosło grono wielbicieli młodego artysty, do czego także w niemałym stopniu przyczyniały się stosunki z rodziną Skarbków - aż wreszcie doszło do tego, że jedną z jego kompozycji, mianowicie Poloneza dedykowanego hrabiance Wiktorii Skarbkównie, uznano za właściwe „rozpowszechnić sztychem".
Był to Prospero fortepianu, zaczarował go i odmienił, a przez dotknięcie klawiszów dawnego instrumentu perkusyjnego zaczął wywoływać cuda. Jak to się stało? W tym właśnie jest sekret chopinowski.
Przede wszystkim kazał fortepianowi śpiewać. Idea ta nie była intelektualnym wymysłem ani nie narodziła się w nim przypadkowo. Od dzieciństwa pasjonował się operą, zwłaszcza włoską, znał się świetnie na głosie i mógłby być znakomitym nauczycielem śpiewu. Instynktem wyczuł, że aby melodia nie brzmiała mechanicznie, potrzebuje oddechu, jak głos ludzki, i kazał fortepianowi oddychać. Tak powstało słynne tempo rubato. Używał go wyczuwając w nieodgadniony sposób gdzie ten oddech jest potrzebny, nie tracąc poszanowania dla zasad utworu i nie wychodząc z jego ram. Przekazał nam w spadku, że istnieje tylko jeden warunek, by stosować tempo rubato trafnie: trzeba mieć do tego nieomylne wyczucie.
„[…] niech Pani nie wzywa gości, niepokoi mnie samo myślenie, gdzie mogłabym ich usadzić, skąd wziąć siły na rozmowę. Duża rozbieżność we mnie istnieje teraz między lubieniem i ciekawością, co słychać, a wolą mocy konieczną do urzeczywistniania tych zjawisk. Telefonują od czasu do czasu różne osoby niewidywane już na co dzień, pytają, czy mi czego nie brakuje, czy mogłyby przyjść. Uspokajam, że wszystko w porządku i że przyjście możemy odłożyć na później”.
Maria Janion
znalezione w: Transe - traumy - transgresje. T. 2: Prof Misia
Odwiedza nas 111 gości oraz 0 użytkowników.