

Japoński ryż owocowy, czyli koniec Hiroszimy II
akryl na płótnie, 60x60, Paweł Danowski
Dwa miasta japońskie: Hiroshimę i Nagasaki zmiotły z powierzchni ziemi dwie bomby atomowe, pierwszy raz w dziejach tej ziemi rzucone na nią ludzkimi rękami. Były to - jak wiadomo - ręce lotników amerykańskich.
Tę książkę napisał Amerykanin. Będzie ona zapewne czytana w Warszawie, warto więc nadmienić, że autor jej, jako jeden z pierwszych korespondentów zagranicznych, zwiedził ruiny stolicy Polski. Na nasze pytanie, co uczyniło na nim groźniejsze wrażenie: Hiroshima czy Warszawa? - bez namysłu odpowiedział: Warszawa.

Na okręcie, który zimą 1941 r. wiózł mnie z Europy ku tym gościnnym brzegom, zawarłem znajomość z pewnym poważnym i wykształconym Amerykaninem. Po wielu latach, dobrze spędzonych w Europie Zachodniej, wracał do swej ojczyzny wraz z liczną gromadą współobywateli, którzy podobnie jak on nie mogli znieść niemieckiej okupacji.
Zbliżyły nas z sobą cierpienia cielesne. W czasie okropnej burzy na oceanie mój amerykański towarzysz z dormitorium złamał rękę. Ja - co prawda stłukłem sobie tylko obojczyk, mimo to skłonny byłem uważać siebie za istotę bardziej od Amerykanina poszkodowaną. On - lubo ze złamaną ręką - wracał do domu, do swego wielkiego szczęśliwego kraju, będącego domem rodzinnym wolności. Mnie zaś, bezdomnemu emigrantowi, burza jesienna 1939 roku, burza na suchym, aż nadto suchym lądzie - jak wszystkim Polakom - złamała życie.
Kto to jest człowiek zbuntowany? Jest to człowiek, który mówi: nie. Lecz odmawiając zgody bynajmniej się nie wyrzeka: to również człowiek, który od pierwszej chwili mówi: tak. Niewolnik, któremu rozkazywano przez całe życie, stwierdza nagle, że nowy rozkaz jest nie do przyjęcia. Jaka jest zawartość tego „nie”?
Święcimy dziś nowe i krzepiące zwycięstwo demokracji. Ale jest to zwycięstwo, które demokracja odniosła nad sobą samą i własnymi zasadami. Hiszpania generała Franco została pośpiesznie wprowadzona do przytulnej świątyni kultury i oświaty, podczas gdy Hiszpanię Cervantesa i Unamuna raz jeszcze wyrzucono na ulicę. Kiedy się jednak wie, że obecny minister informacji w Madrycie, dziś współpracownik UNESCO, to ten sam, co zajmował się propagandą nazistowską za panowania Hitlera, kiedy się wie, że rząd, który odznaczył chrześcijańskiego poetę Paul Claudela, to ten sam, co orderem Czerwonych Strzał udekorował Himmlera, twórcę krematoriów, wolno powiedzieć, że demokracje wprowadziły do swej oświeconej społeczności nie Calderona ani Lope de Vegę, ale Józefa Goebbelsa. To niebywałe zaprzaństwo, w siedem lat po zakończeniu wojny, powinno nas skłonić do złożenia gratulacji rządowi pana Pinay. Bo też nie można mu zarzucić, że ma skrupuły, jeśli idzie o wielką politykę. Ludzie sądzili dotąd, że los historii zależy w pewnym stopniu od walki wychowawców przeciw katom. Nikt jednak nie pomyślał o tym, że wystarczy nazwać katów oficjalnie wychowawcami. Rząd pana Pinay zadał sobie ten trud.
Ale już w przedwojennych latach, w obliczu groźby faszyzmu, wolność człowieka - pojmowana w latach dwudziestych jako nieskrępowany i szczery wyraz indywidualnych zachcianek - zaczęła przekształcać się w problem odpowiedzialności. Ujmowana jednak jako „niezgoda na zarazę” - kończyła się wewnętrzną emigracją. Wartość intencji i czynów mierzyła miarą czysto indywidualną. Prowadziła do samotnictwa, kazała brać rozbrat z panującym porządkiem rzeczy, izolowała od ludzi.
Dopiero „wybuch dżumy” - lata okupacyjne - postawił ludzi jako jednostki wobec zła, które dotknęło wszystkich. Wtedy problem stosunku do spraw i cierpień innych ludzi stał się sprawą naczelną i w świetle tego stosunku ludzie okazywali się tchórzliwymi egoistami, hienami lub bohaterami. Mogli uciekać i bronić się samotnie, z wyłączną myślą o sobie. Mogli żerować na nieszczęściu innych, ale odkrywali też ludzkie prawo i ludzkie obowiązki niesienia pomocy cierpiącym i poniżonym, przeciwstawiania się zarazie nawet za cenę własnego życia. I okazało się, że wtedy ono samo odzyskało zatracony sens i w świetle tego sensu groza śmierci została przezwyciężona.
Czas to tylko strumień, w którym łowię ryby.
Henry David Thoreau
Odwiedza nas 113 gości oraz 0 użytkowników.