balladyna teatr polski 1914 Wystawienie utworów Słowackiego, najgenialniejszego z autorów dramatycznych, jacy dotąd w Polsce istnieli, jest bez wątpienia najpodnioślejszym i najtrudniejszym problematem polskiej sztuki teatralnej, będąc zarazem jednym z jej artystycznych obowiązków najbardziej wdzięcznym i koniecznym. Mówię o sztuce teatralnej najpełniejszej, ogarniającej wszystko i wyrażającej wszystko, co stworzyła twórcza wola poety: nie tylko postacie, nie tylko ludzi i ich czyny, ale cały ton, nastrój, styl i koloryt, w które ubrała swe dzieło jego fantazya. Nie jest to zadanie łatwe, zwłaszcza tam, gdzie, według słów samego poety: ...„on otwiera nowy kraj poetyczny nietknięty ludzką stopą, kraj obszerniejszy, niż ta biedna ziemia, bo idealny…”, gdzie ,,tragedya cała podobna do starej ballady, ułożona tak, jakgdyby ją gmin układał, przeciwna zupełnie prawdzie historycznej, czasem przeciwna podobieństwu do prawdy... Tylko ludzie są prawdziwi i w sercu mają nasze serca“.

Na to nic wystarczają artyści-wykonawcy, potrzeba artystów-inscenizatorów i dekoratorów z fantazyą, podążającą za wyobraźnią poety, zdolnych dać jej w całości i szczegółach wyraz możliwie godny i wierny, możliwie w ramach perspektywy teatralnej plastyczny...

 

Bez przesady powiedzieć można, że czem był Szekspir dla teatru angielskiego i całego świata, tem pod wieloma względami Słowacki dla teatru polskiego. A przecież dzieło Łabędzia z Avonu jest od lat trzystu z górą objektem coraz nowych i odmiennych w pojmowaniu i ujęciu pomysłów inscenizacyjnych. Każde niemal pokolenie, każdy niemal naród coś tu dodaje, przeobraża, pogłębia.

Przypomnijmy sobie, co pisał Krasiński w roku 1836 do Gaszyńskiego z Wiednia o wrażeniu, jakie nań Szekspir ze sceny wywarł, choć aktorów Burgteatru za najlepszych w Europie, za genialnych poczytuje. On w teatrze woli Schillera. On, coby Szekspira na kanapie czytał dzień cały, znajduje, że na scenie brak mu ducha jakowegoś, brak mu tego ognia, co, zrodzon w sercu poety, wiecznie wszystko usiłuje porywać nazad z sobą ku niebu. „Kiedy go czytasz – pisze - sam ten niedostatek wyobraźnią swoją poprawiasz, ale kiedy patrzysz na jego sztuki przedstawiane, czujesz warsztat i machinę, czyli raczej świat cały, pojęty z tego stanowiska”.

Ciekawa rzecz, coby powiedział Krasiński, gdyby widział późniejsze, zwłaszcza współczesne przedstawienia Szekspira w pierwszorzędnych teatrach europejskich. Niezawodnie mniejby miał do poprawiania własną wyobraźnią...

U nas Słowackiego wystawia i ogląda w teatrze właściwie drugie dopiero pokolenie, jeszcze przeważnie w stylu szablonu operowego. Względnie niedawno zaczęto stosować do niego nowsze postulaty inscenizacyi; udoskonalenia zaś techniczne ostatnich czasów znakomicie ułatwiają wystawę dramatów Słowackiego, który, wzorem wielkiego Wila, naogół niebardzo się liczył z trudnościami ekspozycyi teatralnej.

Wystawienie „Balladyny" w Teatrze Polskim w Warszawie jest zatem nie tylko hołdem, należnym jednemu z arcydzieł naszej poezyi dramatycznej, jest też doniosłym czynem w dziejach naszej sztuki teatralnej.

Dotychczas, nie licząc naturalnie pięknej opery Żeleńskiego „Goplany”, oglądaliśmy tylko dwukrotnie pojedyncze sceny z „Balladyny” nas estradzie. Całość wystawiał w Krakowie za pierwszej swojej dyrekcyi Pawlikowski. Wiemy, że dyr. Szyfman, reżyser p. Maksymilian Węgrzyn i dekorator p. Drabik, postawili sobie za punkt honoru, wraz z całym personelem Teatru Polskiego, aby w wystawieniu „Balladyny" zachować ¡ wyrazić ten ,,jakowyś duch", o którym wspomina Krasiński, oraz te wszystkie „tęczowe nicie" z nieba fantazyi i realności, które poeta tak przedziwnie wziął na wrzeciono swej udramatyzowanej ballady, jak owe dyabliki Goplany na królewski płaszcz Grabca „u zorzy, róży, chmur i błękitu”.

Dziś, w przededniu tej wspanialej premiery, mogę tylko mówić o malarskiej stronie przedstawienia: o obrazach dekoracyjnych i mnóstwie rozmaitych kostyumów dla całej malowniczej rzeszy przeróżnych postaci, które poeta powołał do życia w tej wizyi z czasów bajecznych Polski.

Twórcą tych kartonów dekoracyjnych, tych wzorów do szat, ubrań, zbroi i innych akcesoryi jest Ferdynand Ruszczyc, którego lotna, nastrojowa wyobraźnia, ukochanie i dar odtwarzania swojskiego krajobrazu przy znajomości średniowiecza łączą się z kultem dla nieporównanego malarza słowa, jakim był Słowacki, i wniknięciem w arkana jego fantazyi.

Znakomity artysta kierował się tu wyznaniem samego poety-autora, oraz wrażeniami drugiego, autora „Irydiona", któremu „Balladyna" jest poświęcona. „Wychodzi Balladyna z ariostycznym uśmiechem na twarzy... jest Polski dawnej fantastyczną legendą, chórem prorockim z ciszy wiekowej wydobytym, lekkim, tęczowym, ariostycznym obłokiem".

A jak charakteryzuje „Balladynę" Krasiński w liście do Gaszyńskiego? „Ona ma zawierać w sobie ducha czasów bajecznych. Co to są czasy bajeczne ludów europejskich? Właśnie owe, w których kipiała mieszanina pogańskich, usuwających się, i chrześcijańskich nadchodzących.

„Weź Nibelungów, zupełnie toż samo. W Nibelungach rzecz się stała bez wiedzy o sobie samej, z natury rzeczy; u Juliusza toż samo, z wiedzą, z pojęciem konieczności tego. Czy myślisz, że się nie odzywały rzeczywiście takie chaosy sprzeczności, bójki lub mieszaniny mitologii i teologii, w czasach kiedy grzmot Peruna u słowiańskich, młot Thora u germańskich plemion padał przed krzyżem?...

„...Słowiańskie plemię dotykało Germanii i Grecyi, Germania Rzymu dotykała. Szły stamtąd głuche wieści o zbliżającym się Chrystusie, a kiedy się zjawił, długo jeszcze słychać było głosy bogów, umarłych i spętanych, domagające się o powrót na ziemię. Bo nic zupełnie nie wymiera, wszędzie śmierć zlewa się z życiem, przeszłość zlewa się z przyszłością. Tej prawdy uzmysłowieniem jest Balladyna..."

Przypatrzmy się kartonom i wzorom Ruszczyca, co są uzmysłowieniem dla oczu malowniczej, zewnętrznej tragedyi. Wnętrze puszczy, wybrzeże strony Gopla, chata wdowy tło polskiej przyrody i pejzażu, również jak ubiory kmieci i postaci ludowych w naszym rodzimym, przez wieki przekazywanym charakterze.

Ten swojski styl przebija się też w słowiańskiej Tytanii, Goplanie, i jej dwóch chochlikach. Za to wspaniała „sala pyszna“ w zamku Kirkora, wnętrze namiotu, podwórzec królewski w Gnieźnie, gdzie odbywają się krwawe sądy ludzkie i Boże, za to zbroje rycerzy i giermków, stroje królewskie i dworskie mają cechy średniowiecza germańskiego z czasów Karola Wielkiego, z iście ariostowską fantazyą stylizowane. A wszystko zlewa się z sobą w doskonale zharmonizowaną całość, w jednolite dzieło sztuki.

Malarska oprawa Balladyny pomysłu Ruszczyca, przeniesiona na scenę przez dyrekcyę Teatru Polskiego z całą ścisłością i pietyzmem, bez szczędzenia kosztów i zabiegów, z zastosowaniem wszelkich środków techniki dekoracyjnej, jest godną artystyczną oprawą dla tej mieniącej się w stubarwnym blasku perły naszej poezyi dramatycznej.

IG. BALIŃSKI

Źródło: Tygodnik Illustrowany Nr 19/1914 z 09.05.1914