10 czerwca [1981 – red.] poeta był już w Lublinie, gdzie stanął nad grobem Czechowicza i otrzymał honorowy doktorat KUL, wysłuchując (…) listu, jaki na krótko przed śmiercią przygotował z okazji tej uroczystości Stefan Wyszyński. Kardynał pisał:
W tej samotnej wędrówce przez dzieje niesie siebie, może niekiedy pokaleczony, ale zawsze - jako obraz człowieka XX wieku, który doświadczył wiele i nie chce zostać niewolnikiem ani techniki myślowej szkół filozoficznych, ani mnóstwa programów społecznych, ani więzie­nnej architektury, ani też tupetu władców coraz to okrutniejszych. Może jest On jakimś "krzykiem o północy", jakimś hejnałem ostatniej godziny - najważniejszym zadaniem jego męki jest ratowanie wolności i Człowieka. (...) W wysiłku samotnej nawigacji przez dzieje człowiek zwany Czesławem Miłoszem podtrzymywany jest tu wizją Boga Wcielonego, która jest w każdym ratowanym z niewoli człowieku.
Frapujący tekst, gęsto znaczony cytatami z Psalmów i z książek Miłosza, podnosił tonację bardzo wysoko, tak wysoko, że odziany w dostojną togę poeta poczuł najwyraźniej niepokój, a w głoszonym w gmachu katolickiej uczelni przemówieniu spróbował dookreślić stanowisko wobec Kościoła:
stałem się medium, przez które przemawiały głosy pewnej określonej cywilizacji dzięki chrześcijaństwu zakreślającej ostrą granicę między dobrem i złem. Tym niemniej (...) czuję się w obowiązku stwierdzić, że nie jestem poetą katolickim. Kto stosuje w literaturze ten epitet, zakłada tym samym, że inni, bez tego wyróżnika, nie są katoliccy, co wydaje mi się i wątpliwe, i niezgodne z sensem słowa katholikos, które znaczy: powszechny, ogólny. Wprowadzając podziały łatwo prześlepić to, co ludzi łączy, nie dzieli. Jakże często człowiek wierzący znajduje dzisiaj niewierzących pośród sobie najbliższych i na odwrót, niewierzący musi odnieść się jakoś do wiary religijnej w swoim bezpośrednim otoczeniu. I myślę, że jedni i drudzy należą do tej samej rodziny umysłów, jeżeli jednoczą się w swoim szacunku dla wielkiej tajemnicy istnienia świata i człowieka (...). Jakkolwiek siebie nazywają, wszyscy oni są przyjaciółmi człowieka, bo ich postawa szacunku jest odwrotnością pogardy, z jaką odnoszą się do świata i człowieka zadowoleni z siebie wyznawcy teorii i doktryn na wszystko mających odpowiedź. Byłbym szczęśliwy, gdyby moje książki służyły ludziom w szerokim sensie tego słowa nabożnym. I jeśli zajmowałem się pisarzami religijnymi, jak Simone Weil i Lew Szestow, jeżeli tłumaczyłem i tłumaczę Biblię, to nie bez ukrytej intencji: chciałem może pokazać, że nie są to czynności zastrzeżone dla, jeżeli tak rzec wolno, katolików zawodowych.
W tych paru lubelskich dniach kryje się dramaturgiczny potencjał. Oto zza grobu, przez największą postać polskiego powojennego Kościoła pozdrawiany i honorowany jest ten sam poeta, któremu ćwierć wieku później „katolicy zawodowi” odmawiać będą prawa do pochówku na krakowskiej Skałce, którego oskarżą o niechęć do wiary, Biblii, no i oczywiście do Polski.

Więcej na ten temat >>>

Znalezione w: Miłosz. Biografia, Andrzej Franaszek, Wydawnictwo ZNAK, 2011.