Wykłady nie kosztują mnie tyle bólu, ile przewidywałem. Nie muszę ich pisać. Wystarczają notatki po polsku, podział materiału na punkty. Jak się zdaje, b. podobam się studentom”. Mam ich „mało, ale nie jednego czy dwóch, jak mi docina Janka, mało, bo zapisali się na inne wykłady, kiedy mój przyjazd był niepewny i odwlekał się. (…) Wcale nie mam wrażenia, że gadam do ściany, kontakt na ogół dobry. (…) Jak dotąd to traktują mnie na wydziale ze wzruszającą kordialnością, a taki niby-rewizor bardzo po moim wykładzie wydziałowi gratulował. Cóż mam jeszcze napisać? Czuję się jak krowa, która wstąpiła do baletu” – relacjonował Jerzemu Giedroyciowi magister prawa Uniwersytetu Wileńskiego, który niegdyś uciekł z polonistyki, przestraszony wizją bycia nauczycielem.
(…)
Dotychczasowe posady były dla mnie męką i nudą (…). Wykładanie  literatury polskiej ma znacznie więcej sensu” – zwierzał się Vincenzowi po zakończeniu pierwszego roku akademickiego, zaś kilkanaście miesięcy później w liście do Andrzejewskiego wyjaśniał: „nigdy mnie polityka nie interesowała, tylko powiedzmy – metapolityka (…) ale Zniewolony umysł wystarczył, żeby mnie zaszeregować, (…) jest przylepiona maska, której nie zedrę już nigdy. Tak że wyjazd tu był konsekwencją prób jeżeli nie jej zdarcia, to zapomnienia o niej i bardzo sobie z tego powodu Berkeley chwalę. Jestem profesor literatury polskiej i poeta – czyli jestem tym, czym powinienem był być stale.”

Znalezione w: Miłosz. Biografia, Andrzej Franaszek, Wydawnictwo ZNAK, 2011.