W stosunku do poczynań władzy w sferze kultury, a więc do tzw. polityki kulturalnej, niewątpliwie stale obowiązuje: wciąż się czegoś gdzieś zakazuje, wciąż niemal nic nie wolno, zlikwidowane czasopisma nadal pozostają zlikwidowane, poddane manipulacji instytucje ciągle są jej obiektami itd., itd. Władza naprawdę zachowuje się jak grabarz i niemal wszystko z tego, co pozostaje przy życiu, a co w dodatku wymagało jakiegokolwiek zezwolenia, żyje niemal wyłącznie przez pomyłkę, niemal wyłącznie na słowo honoru, zawsze i nieuchronnie wśród mnóstwa komplikacji i nie mając pewności jutra.

Co jednak słuszne jest w odniesieniu do woli władzy, nie musi być słuszne, jeśli chodzi o realny potencjał duchowy społeczeństwa. Chociaż zepchnięty pod powierzchnię spraw publicznych, choć pozbawiony głosu i mniej lub bardziej sfrustrowany, mimo wszystko ciągle jeszcze jakoś istnieje. Jakoś gdzieś żyje. I z pewnością nie zasługuje na to, żeby uznawać go za trupa.

Krótko mówiąc, nie wydaje mi się, że wszyscy umarliśmy. I wcale nie jest tak, żebym widział dokoła same tylko krzyże i groby.

 

Jeszcze bardziej niż te setki samizdatowych książek, dziesiątki wystukiwanych na maszynie czasopism, prywatnych czy pół-oficjalnych wystaw, seminariów, koncertów itd. świadczy o tym - przynajmniej dla mnie - coś innego: teatry wypełnione ludźmi wdzięcznymi za każde choćby troszeczkę sensowniejsze słowo i frenetycznie oklaskującymi każdy porozumiewawczy uśmiech ze sceny (gdyby tak mieć tę publiczność na początku lat 60.! nie potrafię sobie wyobrazić, jak ówczesne przedstawienia teatru, w którym działałem, mogłyby być w ogóle dociągnięte do końca!); całonocne kolejki przed niektórymi teatrami w przeddzień sprzedaży karnetów na następny miesiąc; kolejki przed księgarniami, gdy ma wyjść (okrojony) Hrabal; bodajże stutysięczny nakład drogiej książki o astronomii (ta sama książka w USA z ogromną hiedą zdobyłaby sobie tyluż czytelników); młodzież przemierzająca pół kraju, by przyjechać na koncert, o którym nikt nie wie, czy się w końcu odbędzie itd., itd. - czy to wszystko naprawdę jest cmentarzem?

Czy to naprawdę „Biafra ducha”?

Nie wiem, co będzie się dziać w kulturze w przyszłych latach. Wiem jednak, od czego - co prawda nie wyłącznie, lecz mimo wszystko w dość znacznym stopniu - to zależy. Otóż od tego, jak będzie przebiegała dalsza konfrontacja między cmentarnymi intencjami władzy a niemożliwym do zaspokojenia głodem kultury, odczuwanym przez żywy organizm społeczeństwa czy - ściślej - tę jego część, która nie pogrążyła się jeszcze w kompletnej rezygnacji (nawiasem mówiąc, wcale nie ryzykowałbym przepowiedni, co w razie takich czy innych zmian sytuacji zaczęłoby się budzić i dziać w tej jego części, która dziś sprawia wrażenie zrezygnowanej).

Václav Havel, Obywatel kultury
Wydawnictwo Agora; Warszawa, 2016