Teatr Polski - w podziemiu / Polski Theatre in the underground
Premiera: 06.01.2017, godz. 22.00, Wrocław (hol Capitolu)
Część 1 >>> Część 2 >>>
Tak się robi teatr w podziemiu. Wspierają Kulesza, Buzek...

CZESŁAW MIŁOSZ
Stanisław Ignacy Witkiewicz
Ogień, piołun i kurz.
Oto stoję w obliczu niepodzielnej rzeczy.
Ogień, piołun i dzika czereśnia
Na płaskim rumowisku nietrwałych państw.
Po raz ostatni wiatr unosi chmurę,
Mówię głośno, co widzę ostatni raz
W bijącym blasku niepodzielnej rzeczy:
Nad niebo, nad krzyk gęsi w rozlewisku rzek
Pająk mały wchodzi po brylancie w górę,
Niżej piołun, pokrzywy i dzika czereśnia
Na sennych polach nieobeszłych państw.
Otom jest zwyciężony,
Ginę zgubą wszelkiego żywego stworzenia.
A jednak wiem, że to mój, niczyj więcej los.
Otom jest zwyciężony, odbiega mnie ziemia,
A kruchy kształt pamięci topi się jak wosk.
Wszystkie stukoty kołysek, matek śpiewy, gdy dzieci kołyszą,
Wszystkie dyszenia kochanków z oczami nabiegłymi krwią,
Wszystkie śniegi pomarańczowych górskich świtów,
Mam jeszcze w sobie. Jeszcze chwilę - są,
Zanim upadną w otchłań czarnego zenitu.
Oto zwycięża ludzkość, zacięta i płodna,
Która nie pragnąc tajemnicy mnoży się i trwa.
Ja, wbrew jej woli, chciałem sięgnąć do dna,
Chociaż ona ma słuszność - bo t a k tylko
dosięga się dna.
Czesław Miłosz
(z tomu "Ocalenie", 1945)
***
Czesława Oknińska
OSTATNIE 13 DNI ŻYCIA STANISŁAWA IGNACEGO WITKIEWICZA
5 września rano zatelefonował Witkacy do mnie do pracy, prosząc, żebym zaraz zeszła do halu biorąc z sobą torbą i dokumenty. Zeszłam. Czekał z małą walizeczką w ręce i paltem przerzuconym przez ramię. Był tak zmieniony, że serce we mnie zamarło takim widziałam go tylko po śmierci jego Matki, którą kochał ponad wszystko, po Berezie - po Brześciu. Na ulicy powiedział, że jedziemy do domu. Jechaliśmy nic prawie nie mówiąc do siebie, tylko mocno trzymał moją rękę - to była jego mowa. Dopiero w domu dowiedziałam się, ze wyjeżdżamy - że Umiastowski wydał rozkaz opuszczenia zaraz Warszawy przez wszystkich mężczyzn i że pożegnał się już z żoną Niną, która też wyjeżdża ze swoja instytucją. (...) Dowiedziałam się również, ze wyjeżdżamy bez dokładnie określonego kierunku, tyle tylko, że z pp. Grabińskimi. (...) Szliśmy w tłumie zdezorientowanej ludzkiej fali. Przyłączył się w drodze do nas p. Langier, przyjaciel Witkacego i wreszcie znaleźliśmy się na dworcu - kierunek na wschód.
W pociągu znaleźliśmy jeszcze pięć miejsc dla nas, zajęliśmy je i zamilkli, jakby zaskoczeni miejscem i swoją sytuacją ludzi bez domu i nieświadomych celu, w czasie, w którym zacierały się granice zdarzeń, rozmów i spraw ludzkich Witkacy nic nie mówił, trzymał mnie mocno za rękę i szepnął na ucho - nie martw się. Pociąg ruszył (...)
Na każdym większym postoju Witkacy zgłaszał się do komendy RKU do czynnej służby, ale nie przyjmowano już nikogo - nie było broni i ubrań dla ochotników, że nawet dla młodych nie wystarcza. To były bardzo przykre chwile dla Witkacego, czuł się wykluczony z potrzebnej do obrony kraju społeczności. (...)
W czasie jazdy były 2 naloty, chowaliśmy się w kartofliskach, w bruzdach i tak dojechaliśmy do Brześcia. I znów Witkacy zgłosił się do RKU i znów ta sama odpowiedź. W Brześciu był ciężki i długo trwający nalot wielkie zniszczenie, miasto płonęło całą noc. Zatrzymaliśmy się tam trochę dłużej, jakiś posiłek i rozmowy - rozmowy... Witkacy był bardzo zmęczony, dawały o sobie znać dolegliwości serca, nerek i bolały opuchnięte nogi. Gorzej słyszał, prosił nawet, żeby porozumiewać się z pp. Grabińskimi bez jego udziału. Drażnili go bardzo, ale nie było rady. Był załamany psychicznie i pierwsza rozmowa o samobójstwie...
Zbliżał się wieczór, kiedy znów znaleźliśmy się na szosie. Tłumy ludzi, płacz dzieci, porzucone walizki, opuszczone furki, zabite konie, uszkodzone samochody, wywrócone autobusy z grającą muzyką taneczną - koszmar. (...)
Rano jakaś uproszona przez nas furka, wracająca już z pola, podwiozła nas spory kawałek drogi i znów pieszo, po drodze jakaś osada i sklepik, a w nim ,,pyfko" dla Witkacego. To podtrzymywało Go zawsze, nawet uśmiechnął się i coś cicho szepnął do ucha. Pod Kobryniem w polu domek dróżnika i serdeczne przygarnięcie nas do jednoizbowej lepianki. Napiliśmy się dobrego mleka z dobrym, domowego wypieku chlebem i znaleźliśmy dobry nocleg w komórce nad żłobem konia na suchej słomie. Tego dnia zachód słońca był bardzo czerwony - drogą szli pojedynczo i małymi grupkami żołnierze z rozbitych oddziałów w rozpiętych mundurach, bez broni. Prosili o wodę, otrzymywali mleko, a kiedy zabrakło wodę i po kawałku chleba. Nie chcieli rozmawiać. Od Brześcia natręctwo wizji przyszłości nie opuszczało Witkiewicza, złe wiadomości z Warszawy, zmęczenie - bolące nogi, niewygody - wszystko stwarzało warunki nie do wytrzymania, rozmowy stały się rozpaczliwe. W tym stanie dobrnęliśmy do Dąbrowicy. W zajeździe było pełno ludzi, bufet dobrze zaopatrzony i ,,pyfka” do woli. Siedzieliśmy trochę dłużej, Witkacy rozmawiał z gospodarzem, wypili po dużej bombie piwa przy bufecie, a następnie pierwsze ,,prawdziwe jedzenie” od wyjścia z Warszawy. Przed wieczorem byliśmy już w Jeziorach i był to najcięższy dzień wędrówki. (...)
Kiedy dotarliśmy do Jeziorów, doszła wiadomość, że wojska radzieckie przekroczyły wschodnią granicę. Cały czas żywiliśmy się różnymi plotkami, były one najrozmaitsze. Było wielkie zagubienie i zdenerwowanie.
W Jeziorach zatrzymaliśmy się u kowala. (...) Były resztki pieniędzy. Dali nam posłanie na podłodze zasłanej słomą. Czułam, że zbliża się wykonanie decyzji. Całą noc nie spał. Udawał, że śpi. Trzymał mnie cały czas mocno za rękę. Ale ja też nie spałam, tylko udawałam i czułam każdy jego najmniejszy ruch i przesunięcia zdrętwiałych kończyn. Kręcił się bez przerwy. Panowało wielkie napięcie bez wielkich słów. Rano zjedliśmy śniadanie i Witkacy dał znak, że idziemy na spacer. Był nieogolony, więc zapytałam, czy nie ogoli się dzisiaj? Jeśli sobie tego życzysz, ogolę się i tak się stało. W tym momencie zrozumiałam, że ,,to” ma się stać właśnie dzisiaj. Szliśmy w stronę lasu, gęsta mgła zasłaniała drogę i las wydawał się to bliski - to znów oddalony. Szukaliśmy miejsca. Stopą spłoszyłam maleńką, śliczną, zieloną żabkę - zatrzymaliśmy się. Witkacy powiedział, jak się nazywa - ,,ona o nas nic nie wie, a Ty znasz jej imię...” powiedziałam. Świetnie znał przyrodę, nawet najmniejsze żyjątka w trawie, w lesie, w wodzie - wszędzie. (...) Długo jeszcze szliśmy wypatrując miejsca, niestety drzewa rosły w dość dużej odległości od siebie, a my szukaliśmy jakiejś intymności i dyskrecji lasu. Znaleźliśmy drzewo jakby z małym wzgórkiem pod głowę. Kiedy usiedliśmy, po raz ostatni próbowałam perswazji, przerwał: ,,jeśli aż tak tego nie chcesz - odejdę sam, ale pamiętaj, że beze mnie zginiesz. Powinniśmy odejść razem”. Łatwo przekonałam go, że jest w błędzie, w który zresztą nie wierzył, szykował kubeczek z „napojem” dla mnie. Przypomniał mi żartobliwe powiedzenie moje, że na ślub zgodzę się chyba pod chloroformem. Roześmiałam się. Wziął wtedy moją rękę, położył sobie na sercu i powiedział: Teraz daję nam ślub i zacytował fragment modlitwy Matki swojej, ułożonej kiedyś dla małego Stasia, gdy był bardzo chory. Piękne proste słowa inwokacji do Ojca Wszechrzeczy połączyły nas, a na zakończenie odmówiliśmy modlitwę Ojcze Nasz, której obszerne fragmenty pamiętał i wówczas odmawialiśmy ją razem. Ogarnął nas cudowny spokój i cicha radość miłości. Wspominając Matkę i Ojca opowiadał tak sekretne sprawy, że nie śmiem ich dotykać słowami. Zegnaliśmy się z moją Matką, z jego żoną i najbliższymi przyjaciółmi (...) Przygarnął mnie do siebie i podał garnuszek, wypiłam, chyba było pół szklanki białego płynu (rozpuszczone tabletki luminalu i cybalginy). Nie bałam się, nie drżałam, po prostu wypiłam jak mleko z pragnienia. Dopiero kiedy odwinął rękaw koszuli na lewej ręce i naciął żyłki na przegubie dłoni i pojawiły się małe czerwone krople krwi, doznałam wstrząsu, myślałam, że zemdleje. Opanowałam się jednak. Po chwili poprosił, żeby mu pomóc. Odsunęliśmy rękaw koszuli wyżej do przegubu przedramienia i znów naciął żyły, ale krew nie szła. Zbladłam podobno, więc przerwał to i powiedział, jak zaśniesz przetnę arterię na szyi - palcem pokazał, w którym miejscu i wówczas krew spłynie szybko. Dał mi żyletkę na wypadek, żebym zrobiła to samo, jeśli przebudzę się ...
Poczułam zawrót głowy i jakieś kołysanie i szum w uszach i nie mogłam siedzieć bez oparcia, jeszcze zawrót b. silny głowy, chciałam powiedzieć coś i usłyszałam jego głos - nie zasypiaj - nie zostawiaj mnie samego, nie odchodź, wymówił moje imię i znów nie zostawiaj mnie samego, ale nic już nie pamiętałam więcej i nie słyszałam.
Rano obudziłam się nieprzytomna, nie rozumiałam, co się ze mną dzieje, zobaczyłam, ze jestem obsypana proszkiem białym i znów opadłam na ziemię. Obudziłam się po raz drugi, może nawet po chwili i coś zaczęłam rozumieć. Szukałam Witkacego. Zobaczyłam, że leży blisko mnie, ale nie mogłam wstać, więc czołgając się dotknęłam ręką jego czoła. Z trudem uniosłam głowę i znów opadłam. Nie wiem, jak długo to trwało. Kiedy znów otworzyłam oczy, widziałam już lepiej i rozumiałam wszystko. Na szyi miał małą rankę czerwoną wielkości wiśni. Pod głowę miałam chyba podłożoną marynarkę jego, ale nie jestem pewna, co to było. Po wielu usiłowaniach udało mi się wstać na chwilę, bo upadłam i zobaczyłam rękę z dłonią odchyloną na zewnątrz, a obok niej na łańcuszku zegarek. Widocznie w ostatniej chwili próbował zobaczyć godzinę. Postanowiłam pochować go - rękami chciałam zrobić dół - pokaleczyłam palce, ziemia była twarda, mokra, zrozumiałam, że bez pomocy ludzi nie dam sobie rady. Przebłyski świadomości i jej zaniki utrudniały mi zrozumienie sytuacji, więc usiadłam i przyglądałam się i widziałam i odczuwałam tylko fragmenty „obrazu". Osunęłam się na niego i znów nic nie pamiętałam.
Zaczynało świecić słońce i opadła rosa. Uniosłam głowę i zobaczyłam idące postacie w naszym kierunku. Z trudem wstałam i chciałam ich zawołać, uszłam kilkanaście kroków i upadłam, ale byli już blisko, o nic nie pytali - podali mi moją torbę, wzięli mnie pod ręce i obudziłam się na posłaniu w domu, gdzie zatrzymaliśmy się poprzedniego dnia. Wieczorem p. G(rabińska) siedziała przy mnie i nachylając się powiedziała mi do ucha, że Staś jest już pochowany na cmentarzu - że ludzie zrobili mu trumnę. Zapytałam o laskę, czy znaleźli ją w lesie i że muszę ją mieć, ale laskę włożyli mu do trumny. Doznałam wielkiej ulgi na tę wiadomość, było to bowiem od dawna jego życzeniem. Następnego dnia pp. Grabińscy poszli ze mną na grób. Na krzyżu była tabliczka z drewna z wyżłobionymi datami urodzenia i śmierci i jakieś małe kwiatki. Właściwie nie zdawałam sobie jeszcze dokładnie sprawy z tego, co się stało - trumna, grób, na który się osunęłam, czemu mnie trzymają pod ręce. Dopiero następnego dnia poszłam sama na cmentarz, dzieci miejscowe doprowadziły mnie do grobu i czekały, by pomóc mi wrócić do domu. Jeszcze plątały mi się nogi - przystawałam i prosiłam o kwiatki na jutro. Leżałam 2 dni, ale już w innej izbie. Przychodziły do mnie kobiety (...) Przyszedł i kowal. Uprosiłam go, żeby zrobił tabliczkę z miedzi i na niej wyrył imię i nazwisko Witkacego i potrzebne daty. Przyrzekł, że zrobi i długo przy mnie siedział i rozmawiał, chciał wiedzieć wszystko. (...) Przed wyjazdem poszłam jeszcze raz na cmentarz, żeby się pożegnać. Nie płakałam nie mogłam, tylko z trudem odzywałam się do ludzi. Pani G(rabińska) powiedziała, że najgorzej jest ze mną w nocy. Nie śpię zupełnie, tylko wstrząsa mną jakiś głęboki, suchy szloch - jak to określiła, którego nie można słuchać. Ja tego nie pamiętam. Nie czułam nic, tylko puste miejsce przy sobie. Następnego dnia rano opuściliśmy Jeziory.
(„Kierunki” 1976 nr 13, „Kierunki” 1985 nr 38, „Pamiętnik Teatralny” 1985 z. 1-4)
***
Jan Błoński
JEDNOŚĆ I WIELOŚĆ AKCJI W TEATRZE WITKACEGO
Wychodząc z teatru - pisał Witkacy człowiek powinien mieć wrażenie, że obudził się z jakiegoś dziwnego snu, w którym najpospolitsze nawet rzeczy miały dziwny, niezgłębiony urok, charakterystyczny dla marzeń sennych, nie dających się z niczym porównać.
Budowa sztuk Witkacego zbija z tropu. Obfitość wydarzeń, nagłych zwrotów, niespodziewanych zakłóceń fabuły przypomina istotnie - jak chciał pisarz - senne majaczenie lub przynajmniej sensacyjny film. Zarazem jednak wywierają one wrażenie tzw. dobrze zbudowanych sztuk, trzymających się tradycyjnych reguł następstwa i progresji dramatycznej i nie gardzących nawet jednościami czasu, miejsca czy akcji (...) Jak te sprzeczne wrażenia pogodzić?
Gdzie - naprzód - tkwi jedność? Otóż w udaniu, małpiarstwie, komedii, jaką grają postacie. Jest to więc, po pierwsze, jedność języka, jak trafnie zauważył Puzyna. Po drugie, strategii postępowania, które zmierza zawsze do maksymalizacji wrażeń i udziwnienia życia. Po trzecie wreszcie postawy i światopoglądu, który zawsze stanowi odmianę filozofii autora, czasem wierną, częściej jednak - opaczną. (...)
„Rzeczywistością" teatralną jest to tylko, co dzieje się na scenie tu i teraz, na oczach widzów. W przedstawianych wydarzeniach nikt nie dopatruje się skrótu, symbolu czy odwzorowania zjawisk, zachodzących gdzie indziej niż teatralny budynek, a więc w makrokosmosie świata. Jedność witkiewiczowskiego świata jest zatem jednością gry - gry bohaterów - i jednością jednorazowego dzieła sztuki - dzieła pisarza. Nie jest zaś umowną jednością formy, obranej przez pisarza dla lepszego czy bardziej zrozumiałego przedstawienia zjawisk typowych, czy znamiennych dla zewnętrznego świata. Właśnie doskonałość widowiska - zabawy likwiduje skutecznie możliwość realistycznego rozumienia teatru Witkacego.
Obfitość zaś wydarzeń do niczego nie zobowiązuje, ani bohaterów, ani pisarza. Przełomowymi momentami sztuk nie są bynajmniej (jak w tradycyjnej dramaturgii, z której Witkacy czerpie pełnymi garściami) gwałtowne i ostateczne wydarzenia, określające losy postaci, a więc miłosne deklaracje, zdrady, morderstwa czy poświęcenia. Istotnie, trup może zmartwychwstać, miłosne zaś oświadczenia nie przeszkodzą wybuchowi nienawiści czy natychmiastowej zdradzie. Nagłe przeskoki fabuły i stałe zniekształcanie motywacji psychologicznych kazały niegdyś myśleć o „absurdzie", rozumianym jako uległość kaprysom wyobraźni czy przypadkowi skojarzeń. Jednak wcale tak nie jest. Zmartwychwstania, zabójstwa, pojawienia marionetek mają - w gruncie rzeczy - podrzędne znaczenie dramatyczne. Wydarzenia rozwijają się niemalże automatycznie, ponieważ zostały uzależnione od strategii gry (czy zabawy w intensywność życia) i jej własnego rytmu.
Cechą dramaturgii Witkacego jest zatem obniżenie znaczenia wydarzeń (działań) na rzecz zwiększonej wagi komentarza (refleksji postaci). Z tym wszakże, że pisarz bynajmniej nie uszczupla ilości i niezwykłości zdarzeń, nie ogranicza się - jak choćby Czechow - do drążenia i pogłębiania codziennego, zwyczajnego czynu czy sytuacji. Przeciwnie, mnoży działania bohaterów, jakby chciał pokazać, jak bardzo są nieistotne. Kompromituje ilością, rozpasanym uniezwykleniem fabuły.
Fabuła jest pochodną reguł „sztucznego życia" i poszukiwania dziwności istnienia. Postacie obierają taki kierunek działania, który - jak sądzą - przyniesie im maksimum wrażeniowej intensywności. Dlatego stale zmieniają rolę czy maskę, w której występowały. (...) Zwrotnym punktem akcji jest więc u Witkacego chwila, kiedy postać prowadząca uświadamia sobie pozorność czy niedostateczność dotychczasowego postępowania. (...)
Tak rozjaśnia się zagadka kompozycji sztuk Witkacego. Zdawały się niegdyś niedbale zbudowane, zlepione z przypadkowych dowcipów i sytuacji. Trudno było - zwłaszcza w dłuższych - uchwycić najbardziej podstawową z jedności: jedność akcji... Istnieje jednak wszędzie skryta, niewyraźna jedność, do której trudno dotrzeć - jak we śnie właśnie.
W sztukach Witkacego współistnieją często jakby dwie akcje: powierzchniowa (akcja miłości, przygody, terroru) i głęboka (szukania dziwności). Pierwsza, bardzo zawikłana, obfituje w niespodzianki, odwrócenia, rozpoznania. Zdaje się słuchać recept bardzo tradycyjnej dramaturgii - ale postrzępionej, rozwałkowanej: jakby Witkacy zaczynał i porzucał kolejne wątki. Przy bliższym wejrzeniu kompozycja przypomina w niejednym technikę komedii bulwarowej i taniego melodramatu. Ale spiętrzenie efektów, mnożenie fabuł, puchnących jak na zawołanie, zmienia reakcję widza i przechyla widowisko w stronę fantastycznego kabaretu. Co do drugiej akcji - tej ,,głębokiej" - to cechuje ją, przeciwnie, zdumiewająca jedność. Jest tak, jakby Witkacy pisał zawsze jedną i tę samą sztukę... Albowiem jedność postawy życiowej i postępowania bohaterów (odsłonięta przez komentarz) odsyła wprost do Witkiewiczowskiego pojęcia człowieka.
(fragment Wstępu Jana Błońskiego do „Wyboru dramatów" St. I. Witkiewicza, BN Wrocław 1983)
