nagosc notatnik teatralny nr 74 2013 2014E.H.: Jak pani traktuje ten akt?

E.D.: Nagość jest po prostu kostiumem. W scenie z Opowieści afrykańskich... jesteśmy z Wojtkiem Kalarusem w sytuacji tuż po seksie. Uradziliśmy, że bardziej przekonująco zabrzmią słowa o miłości do drugiego człowieka, jeśli ja będę naga. Koleżanki pytały, po co w takim razie mam na głowie długą blond perukę. W końcu taka niewyszukana, nic specjalnego. Przecież mogę grać  w swoich włosach - tak jak na próbach. Wtedy wtrącił się Warlikowski, mówiąc: „Przecież to jest kostium”.

Nagość idzie tak bardzo ode mnie, że trzeba nadać jej jakąś formę, ubrać ją, by stała się kostiumem. Warlikowski w czasie prób w pewnym momencie powiedział: „No dobrze Ewa, to teraz się rozbierz”. Musiałam więc stanąć golusieńka przed ekipą pracującą przy spektaklu. Nadchodzi ten pierwszy moment wstydu. A wstydzić się nie można. Nie można kokietować, nie można się układać tak, jak robią to nagie kobiety do sesji zdjęciowych. Żadnych nóżek zarzuconych, podwiniętych. Miałam leżeć. Po prostu. To leżałam. Powiedziałam tylko do tych wszystkich ludzi, którzy patrząc na mnie, musieli przecież przejść podobnie ciężką próbę: „Teraz wy się rozbierajcie”. Odpowiedzieli mi stanowczo i chyba z lekką ulgą: „To nie jest nasz zawód”.


E.H.: Czuje się więc pani mimo wszystko ubrana?


E.D.: Janusz Weiss z Salonu Niezależnych określił pewien rodzaj choroby aktorskiej: nagle zobaczyć publiczność. Któregoś wieczoru zdał sobie sprawę, że widzowie na niego patrzą, a on do nich mówi. Dostał czterdziestostopniowej gorączki i przez pewien czas w ogóle nie mógł występować. Przekroczył cienką granicę. Przekroczył fikcję. Ja też bałabym się na zimno uświadomić sobie, co się dzieje na scenie, kiedy jestem nago. Nie mogę o tym myśleć, nie mogę się wstydzić. Nie mogę... no nie mogę, bo wtedy człowiek robi się prywatny. Zresztą jestem chroniona. Ta nagość jest bardzo precyzyjnie przygotowana. Mam nasmarowane przez charakteryzatorkę ciało, jestem przykryta szlafrokiem, trzymam mikroport. I tak czekam. Kiedy gaśnie światło zrzucam szlafrok i w kompletnych ciemnościach wchodzę na scenę. Układam się pod ścianą, na materacu i tak mnie zastaje światło. Ta scena trwa mniej więcej dwadzieścia minut. Mam zdefiniowany zakres dozwolonych ruchów i myśli. Ustalamy to wszystko na próbach i później, grając, razem poruszamy się w tych granicach. Żeby spektakl zadziałał, nie dopuszczamy do odchyleń.


Fragment rozmowy Alicji Szumańskiej z Adamem Szczyszczajem z najnowszego numeru Notatnika Teatralnego.


NOTATNIK TEATRALNY
NR 74/2013-2014