W połowie lat siedemdziesiątych, obserwując społeczeństwo polskie wnet po gwałtownej próbie zastrzyknięcia mu idei faszystowskich (marzec 1968), Tadeusz Konwicki zanotował:
„Ciężko, z tragicznym mozołem ginie naród jak umierający słoń. Nie, naród ginie jak tysiące umierających słoni. Człowiek pojedynczy umiera pięknie, naród zawsze w sposób odrażający.
Wśród wielu objawów pojawiają się także cuchnące wrzody faszyzmu. Naród nigdy nie wie, że zbliża się jego kres, więc myśli, że te wrzody to drobna niedomoga, która rychło minie. I rzeczywiście mija, bo jest tylko zwiastunem ostatecznej zagłady.


Na ciele przyduszonego do ściany narodu wybrzuszają się ohydne karbunkuły oszalałego, zdziczałego nacjonalizmu. Chory organizm, organizm skazany na unicestwienie szuka w ten sposób ratunku, pragnie z siebie wypuścić złą krew, chce w zawrotnej gorączce faszyzmu, chce w bydlęcej malignie nacjonalizmu przetrwać śmiertelny kryzys, którego jednak już nie zdoła przetrwać.
Taki faszyzm budzi odrazę, ale może też budzić współczucie. Taki faszyzm przypomina truciznę, która truje sama siebie, taki faszyzm przypomina ogień, który pożera sam siebie. Taki faszyzm sprawia, że inne narody przyjmują z ulgą wstrętną śmierć denata.
W wielkich narodach, które nie giną, gdyż żywią się padliną małych narodów, wezbrany faszyzm przerywa wszelkie tamy i wylewa się na cały świat. U małych narodów gnilna ciecz ścieka w głąb organizmu, przyspieszając śmierć. Dla faszyzmu dużych narodów ludzie znajdują często wiele pięknych słów, dla faszyzmu niewielkiego narodu mają zawsze tylko słowa pogardy.
To straszne widzieć naród umierający w konwulsjach faszyzmu” (Kalendarz i klepsydra).
W tym samym mniej więcej czasie Kazimierz Brandys zapisywał: „Obserwowałem, jak rodzi się w kraju typ Polaka z teczką, gotowego na wszystko za trzynastą pensję czy wyjazd za granicę. Dusze sprzedawano tanio i bez targów. Widziałem także, jak dojrzewa nowy typ Polaka poczciwego, który podnosi i opuszcza rękę zawsze razem z prezydium - Polaka, który w żadnej sprawie publicznej nie zajmuje stanowiska (...) Miałem już pewność, że w moim kraju większość ludzi żyje z wykasowanym poczuciem wolności i zaczynałem rozumieć: jest źle, kiedy prawa się łamie, ale naprawdę źle jest wtedy, gdy ludzie zapomnieli o własnych prawach. Powstawały trzeźwe, praktyczne teorie, filozofie nieczystego sumienia. Jedna z nich głosiła, że lepiej milczeć i być, niż usunąć się i zwolnić miejsce dla innych, inni będą gorsi. Druga ujmowała rzecz otwarcie: wszystko wraz z nami jest gnojem, tylko zakłamani idioci udają postawy moralne i właśnie ich, tych najniebezpieczniejszych, razem z ich postawami trzeba wdeptać jak najgłębiej w gnój, samemu siedząc na wierzchu. Były to filozofie nie tylko urzędnicze, przyznawali się do nich po pewnej ilości alkoholu przytomni humaniści, których oglądałem w telewizji. (...) Upadek godności ma w sobie coś fascynującego, patrzyłem urzeczony i w tych chwilach czułem się więcej wart. Przez porównanie z nimi, bo wyłącznie do tego byli mi potrzebni. Ale zarazem mniej warte stawało się życie. Moja godność - zastanawiałem się, czy to nie jest już tylko moje urojenie, mogłem sobie pozwolić na komfort uczciwości za cenę zamknięcia ust”.
Na marginesie wypadków z marca 1968 r. pisarz notował: „W rozgrywce puszczono w obieg hasła nacjonalistyczne, prasa rozbudzała antysemityzm. (...) Takie zawołania rezonowały w przestrzeni administracyjnej, ich społeczny odbiór był na ogół milczący, ale łączyły się z nimi okazje szybkich małych karier i okazje te wykorzystywano. Nie polegały na akcesie ideologicznym, raczej na trzeźwej decyzji życiowej. Z ideologii zachował się tylko umowny język aparatu - zarówno „służba dla narodu”, jak „wierność klasie robotniczej” oznaczały w tym języku dyspozycyjność w stosunku do ośrodków władzy.
Rozpowszechnił się więc model człowieka dyspozycyjnego, któremu odpuszczono grzechy w zamian za cnotę niemyślenia. Typ znajomy z przeszłości, opisany w podręcznikach historii i zdawałoby się wyklęty. (...) Historia każdego narodu ma swoje światło i ciemność. Płaciliśmy wtedy, i płacimy dalej, za Polskę głupią i ciemną. (...) Tylko cynicy mówili jeszcze o ideologii, w kraju cuchnęło bezprawiem. Taka lekcja zepsucia i głupoty trwała kilka lat. Gdy konieczność zmian stała się znów nieodparta, bezprawie wyciągnęło kukły z narodowych składów i pogasiło światła. W ciemnościach rozhuśtano szopkę. Działo się to w roku 1968 po studenckim marcu”.
(...)
[Brandys]: „Ale jak nazwać dzisiejsze lata? Duchowy skarbiec mego ojca został przejęty i zdyskontowany przez aparat, który zamienił go w komiksy, a ja patrzę na to, siedząc przed telewizorem. (...) Tak, oglądam naród w walce, jednocześnie śledząc technikę zabiegu. Bo celem projekcji jest wyłączenie z walki, nakierowanie uwagi wstecz, od teraźniejszości ku imaginowanym dziejom, od realności ku konterfektowi. Można rozpoznać miejsca brudnych retuszów na kliszy; obraz został podrobiony i skorygowany, tak aby przy zachowaniu łudzących podobieństw mógł spełnić swoje przeznaczenie. Obraz świata, jaki miał mój ojciec, na pewno nie był prawdziwy, ale dawał mu ideał wolności. Dzisiaj, rzucając swój nieprawdziwy obraz, projekcja utrwala wewnętrzną niewolę. Bo aparat wie tak samo dobrze jak ja, co to jest wolność i co to jest niewola, po mistrzowsku opanował grę pozorów i cudownie pojmuje, że falsyfikat wolności jest najlepszym utrwalaczem niewoli. Aparat wie o tym wszystkim. Aparat doskonale rozumie, że narodową kliszę można bez obaw rzucać na ekrany, podobnie jak bez obaw można pokazywać sztukę abstrakcyjną. Projekcja osiąga wtedy efekt pełni życia - tradycja plus nowoczesność, wszystkie potrzeby duszy są zaspokojone. Wszystkie z wyjątkiem jednej. Przed niczym aparat bardziej nie drży i nic nie przejmuje go straszniejszą grozą niż jedna myśl. Myśl o porozumieniu się z ludźmi. Możliwość wspólnego uświadomienia sobie własnych zdeptanych praw. Wolność - i o tym aparat również dobrze wie - wolność narodu powstaje z praw jednostek i tej jednej wolności nie da się podrobić. Oto, czego się boi aparat: że gdy ludzie rozpoznają się i odnajdą po ciemku, wtedy nagle dokoła zapalą się światła i projekcję trzeba będzie przerwać. Amen” (Nierzeczywistość).
W sierpniu 1980 r. zapaliły się światła i projekcję przerwano... Jak niezwykłym prorokiem potrafi być pisarz w tym kraju!
Bo tak przecież było w istocie: to ludzie „podejrzani” stworzyli nową jakość. Z małych grup przyjacielskich i nielicznych ideowych wspólnot, z prywatnych seminariów i prymitywnych urządzeń poligraficznych powstał ruch społeczny, który skupił na sobie uwagę całego świata.
„Solidarność” nie da się zamknąć w żadnej z tradycyjnych formuł politycznych. Nie jest formacją prawicową ani lewicową; rewolucyjną ani restauracyjną. Jest syntezą narodowych aspiracji; zespala w sobie dążenie do niepodległości, wierność światu norm chrześcijańskich i ruch na rzecz wyzwolenia pracy. Ta synteza jest czymś nowym w polskich dziejach, a może I iyć także interesującą lekcją dla obcych.
Zrozumieć „Solidarność”, jej genezę i funkcję, to zrozumieć człowieka osamotnionego, który staje twarzą w twarz z totalitarnym potworem. Cóż widzi?

przez mgłę
widać tylko
ogromny pysk nicości
                    (Zbigniew Herbert, Powrót Pana Cogito)

Jest przeto „Solidarność” oporem przeciw destrukcji wartości, przeciw nihilizmowi. W czym szukać fundamentu dla takiego oporu? W sobie.
W ostatniej homilii wygłoszonej w dniu porwania 19 X 1984 r. ks. Jerzy Popiełuszko tak precyzował swoją odpowiedź: „Obowiązek chrześcijanina to stać przy prawdzie, choćby miała ona wiele kosztować. Bo za prawdę się płaci. Tylko plewy nie kosztują. Za pszeniczne ziarno prawdy trzeba czasami zapłacić. Módlmy się, by nasze codzienne życie było przepojone prawdą. Aby zwyciężać zło dobrem, trzeba troszczyć się o cnotę męstwa. Cnota męstwa jest przezwyciężeniem ludzkiej słabości, zwłaszcza lęku i strachu. Chrześcijanin musi pamiętać, że bać się trzeba tylko zdrady Chrystusa za parę srebrników jałowego spokoju. Chrześcijaninowi nie może wystarczyć samo tylko potępienie zła, kłamstwa, tchórzostwa, zniewolenia, nienawiści, przemocy, ale sam musi być prawdziwym świadkiem, rzecznikiem i obrońcą sprawiedliwości, dobra, prawdy, wolności i miłości. O te wartości musi upominać się odważnie dla siebie i innych.
(...) Jeżeli obywatel rezygnuje z cnoty męstwa, staje się niewolnikiem, wyrządza największą krzywdę sobie, swojej ludzkiej osobowości, rodzinie, grupie zawodowej, narodowi, państwu i Kościołowi”.
Oto testament ks. Jerzego Popiełuszki. Oto prawdy polskiego katolicyzmu.
(...)
My, ludzie „Solidarności”, wiemy o tym dobrze: totalitarny projekt zmierza do uczynienia człowieka własnością państwa, do pełnego wyzucia go z podmiotowości. Taki ma być los całego społeczeństwa - istotą poczynań komunistycznej władzy jest przeobrażenie narodu w ludność, przekształcenie wspólnoty ufundowanej na wspólnym dziedzictwie, kulturze i systemie wartości w zbiorowość ludzi wyobcowanych, w bezładną masę pozbawioną etyki i pamięci. Jedynym sposobem organizacji tej masy ludzkiej - zdeptanej, zastraszonej i otępiałej - byłoby państwo policyjne. Społeczeństwo cywilne musi tedy zostać zlikwidowane.

W1942 r. Czesław Miłosz zapisał okrutną wizję:

Jest rzeka na wpół lodami przykryta
I niewolnicze na brzegach pochody,
Nad siną chmurę, ponad czarne wody
W czerwonym słońcu, błysk bata.

Tam, w tym pochodzie, w milczącym szeregu.
Patrz, to twój syn. Policzek przecięty
Krwawi, on idzie, małpio uśmiechnięty,
Krzycz! W niewolnictwie szczęśliwy.

Rozumiesz. Jest taka cierpienia granica,
Za którą się uśmiech pogodny zaczyna,
I mija tak człowiek, i już zapomina,
O co miał walczyć i po co.

Jest takie olśnienie w bydlęcym spokoju,
Gdy patrzy na chmury i gwiazdy, i zorze,
Choć inni umarli, on umrzeć nie może
I wtedy powoli umiera.
                                (Walc)
Jakże straszna to wizja! „Bydlęcy spokój” to nic innego jak znak, że po przekroczeniu „cierpienia granicy” - powstał już „nowy człowiek” i „nowe społeczeństwo”: człowiek-niewolnik, społeczeństwo niewolniczych pochodów.
„Jeśli naród jest aktywną wspólnotą kultury - notował w trzydzieści lat później Leszek Kołakowski - jeśli więc żyje o tyle, o ile się czuje podmiotem tego życia, czyli odpowiada za siebie, to najskuteczniejszym sposobem zniszczenia narodu jest pozbawić go samego tego poczucia odpowiedzialności, sprawić, aby uwierzył w to, iż na skutek własnej bezsiły albo małoletniości, albo okoliczności zewnętrznych zmuszony jest żyć tak, jak mu inni każą. Naród, który by uwierzył, że jest bezwzględnie pozbawiony wolności moralnej, straciłby wszelką nadzieję odzyskania jej kiedykolwiek. Więzień, który sądzi, że nie rozporządza już żadnym stopniem wolności, zostaje donosicielem lub prowokatorem, gdy go o to poproszą; niewiara we własną wolność wystarcza, by upodlenie stało się pełne.
Na walce z taką korozją duchową polega Sprawa Polska” (Sprawa Polska).
(...)
Adam Michnik, obszerne fragmenty eseju „My, ludzie Solidarności”
[Warszawa, grudzień 1984]
Znalezione w: Polskie pytania, Adam Michnik; Wyd. Agora, Warszawa, 2009

Na zdjęciu atak polskich nacjonalistów na manifestanta KOD podczas społecznych obchodów 41. rocznicy wydarzeń Czerwca ’76.
Radom, 24.06.2017