Czytałem świeżo nowe studium o Baudelairze, kończące się słowami: „Jeden z największych poetów wszystkich wieków...”. Przesada? Zapewne. Ale czytajcie, co o nim piszą dziś krytycy, artyści; z jakim wzruszeniem mówi o nim taki Paul Valéry; ba, jak się ten Baudelaire rozpiera coraz szerzej w podręcznikach! Ojciec nowej poezji francuskiej, klasyk... Szczególne mam uczucie, kiedy czytam to wszystko; tak jak gdybym słuchał o kimś, kogo znałem młodym człowiekiem z prowincji, a który potem zrobił wielką karierę na szerokim świecie. No, no, taki sobie dekadent krakowski!
Bo dla mnie w podświadomym irracjonalizmie pamięci Baudelaire pozostał poetą krakowskim. Jak Wyspiański widział Hamleta w krużgankach wawelskich, tak Baudelaire w dżdżystą, jesienną noc snuje mi się po śródmieściu Krakowa, może Rynkiem, może gdzieś ulicą św. Marka...
Poznałem go bardzo wcześnie. Wcześnie... jak na mój wiek, nie jego, bo do Krakowa doszedł gdzieś około r. 1890. Długa droga dla poety, który umarł w r. 1867, a którego jedyny tom wierszy dziesięć lat wprzódy - w r. 1857 - dostąpił glorii procesu i konfiskaty, do dziś dnia, co najzabawniejsze, niezdjętej. Ale wówczas, pod koniec XIX w., Baudelaire wszędzie niemal był tylko „kapliczką”.
Kiedym go poznał, miałem lat kilkanaście. Znalazłem go na biurku młodego poety Kazimierza Tetmajera, którego byłem wówczas giermkiem. Uderzył mnie tytuł Les Fleurs du mal, tajemniczo odpowiadający memu ówczesnemu stanowi ducha. Przykuł mnie portret, ta twarz gładko wygolona (u nas wtedy wszyscy nosili sumiaste wąsy), z sardonicznym uśmiechem na cienkich wargach, niby jakiś zbuntowany ksiądz, w swoim surducie wpólduchownego kroju. Zacząłem czytać Przedmowę wierszem, zwróconą do czytelnika. Och, jakże inny ton od tego, czego nam wówczas kazano szukać w poezji.
Si le viol, le poison, le poignard, l’incendie,
N’ont pas encor brodé de leurs plaisants dessins
Le canevas banal de nos piteux destins
C’est que notre âme, hélas! n’est pas assez hardie...
- wszystko, aby zdławić najstraszliwszego, krwiożerczego potwora - l’Ennui - Nudę!
Byłem oczarowany. Tak trzeba mówić do dziecka! Chłonąłem w zachwycie wszystkie spleeny i ideały kolejno; owo patetyczne błogosławieństwo i albatrosa, który później tyle miał znieść albatrosich jajek w poezji polskiej, i złego mnicha, i don Juana w piekle i wampira, i wszystkie upajające trucizny. Znajomość była zawarta. Sztama. Na kilka lat Baudelaire stał mi się nieodłącznym, stał mi się wcieleniem poezji.
W ślad za tomikiem Baudelaire’a przyszła do Krakowa jego legenda. Że sobie farbował włosy na zielono, że drapał nowe ubranie szkłem, aby nie wyglądało na nowe, że zażywał haszysz, że miał kochankę Murzynkę, że umarł na paraliż... Słowem - dekadent.
Dekadent! Nigdzie ten modny termin nie miał tak pełnego oddźwięku jak w ówczesnym Krakowie. Dola mojego pokolenia była straszna. Czym żyć? Gdzie znaleźć powszedni chleb romantyzmu? Patos cierpień narodowych, podgryzany przez „Szkołę krakowską”, zanudzony na śmierć - w osobie poezji - przez szkołę tout court, był już dla młodych próchnem, nowych bogów jeszcze nie było. Warszawska młodzież nie znała zapewne tej pustki: postęp, pozytywizm, konspiracja, praca społeczna, samokształcenie z całym urokiem zakazanego owocu, Marks czytany potajemnie jak romans, ciągłe ryzyko, ciągły dramat w powietrzu, coś na kształt wielkiego miasta wreszcie - wszystko to syciło głód duszy. Ale Kraków! Maleńka ówczesna mieścina, z której nie wiodła droga nigdzie, gdzie życie było dość spętane, aby przywieść do rozpaczy, a nie dość, aby zgęścić pasję buntu... Dekadentyzm: podnieść własną beznadziejność do wyżyn idei, stworzyć z niej zakon to jedyne, co pozostawało. Nikt nie wyobrazi sobie, ile zimnej desperacji, ile nienawiści do siebie i pogardy dla ludzi, ile gryzącej autoironii, zakisłych, głupkowatych marzeń, bezradności dziecinnej, ile smutku zbierało się w młodych duszach w tym maleńkim światku odgrodzonym od świata wysokimi murami. I dla niejednego przyjacielem, powiernikiem, przewodnikiem stał się wówczas - Baudelaire.
Bo, rzecz szczególna: ten paryżanin, urodzony w Paryżu i który prawie nie opuszczał stolicy świata, dość wiernie mógł wyrażać stan duszy krakowskiego wyrostka. Przede wszystkim ubóstwo zewnętrznych przeżyć; wszystko na wewnątrz. Baudelaire to jest wyciśnięcie maksimum poezji z minimum zdarzeń. I co on bierze z Paryża! Paryż Baudelaire’a to nie ów Paryż, który na nieznane onieśmielał i drażnił ogromem i blaskiem; to było coś, co od biedy można sobie było odtworzyć w Krakowie. Ulica ciemna i lepka - pod tym względem Paryż baudelairowski dość musiał być podobny do Krakowa z owych lat. Szynk, pijak w rynsztoku, tania prostytucja, zdechły pies gnijący na środku ulicy, i starowinka kryjąca swą drżącą ruinę pod czarną mantylką, cmentarz, koty, organy i woń kadzidła, alkohol, księżyc, noc i - marzenie, marzenie... Oto motywy Baudelaire’a, to jego pejzaże paryskie; wszystko do nabycia i u nas... Trupia cera baudelairowskiej muzy jakże harmonizowała z ówczesnym podwawelskim klimatem. Z Fleurs du mal można było sobie ułożyć kalendarzyk przeżyć, a raczej ich braku; brewiarz pustki i - pełni zarazem. Wszystko zmieniało się przez niego w poezję, wszystko stawało się przeduchowione, nawet straszliwe błoto krakowskie. Charakterystyczne jest, że jedyny wiersz Baudelaire’a, jaki mnie wówczas natchnął, aby go sobie przetłumaczyć na prywatny użytek - to był jego sonet Brumes et Pluies. Ileż razy, godzinami brodząc w błocie, rozpaczliwie obchodząc w kółko śpiący już Kraków, smagany drobnym deszczem, mamrotałem:
Kocham was, nasycone wonią mgły błotnistej,
Późna jesieni, wiosno; serce moje w mglisty
Spowiwszy całun, kładąc na wilgotne mary... itd.
początek owego sonetu, który kończył się także krakowsko:
Chyba, w bezksiężycowy wieczór, twarz przy twarzy,
Uśpić smutek w ramionach, które traf nadarzy...
Tu poezja stawała się rozgrzeszeniem: melancholia zmarłego przed ćwierć wiekiem poety stawała się niemal rajfurką...
Jeszcze bliższy byłby nam Baudelaire, gdybyśmy mogli wówczas znać poufniejszą biografię poety, jego wieczną małoletniość, mizerne niedobory pieniężne, zależność od rodziny, uprzykrzoną kuratelę, dziecinny stosunek do matki, dąsy na ojczyma. Ale wtedy jeszcze Baudelaire nie miał biografii, miał tylko legendę. Zresztą sama jego poezja wystarczała. To przeczarowanie nędznej ciasnoty życia było niby parą skrzydeł, które można było sobie przypiąć i szybować nimi, jak na nartach, po krakowskich ulicach; oczywiście raczej w nocy niż w dzień. Widziana przez te szkiełka rzeczywistość stawała się na wskroś baudelairowska: brzydota puszyła się wyrafinowaniem piękna, nuda udawała, że jest interesująca. Zdechły pies w chmurze brzęczących much był żywym poematem; „olbrzymka” dość średniego wzrostu, oglądana w panopticum, urastała do wymiarów La Géante, a gościna trupy Syngalezów w Parku Krakowskim stawała się - lichym co prawda - pretekstem do recytowania sobie pachnącej egzotycznym Wschodem inwokacji A une Malabaraise. A już niewinne świętokradztwa Baudelaire’a, te miały aż za wiele żeru w tym mieście kościołów. Dzięki niemu Kraków w najokropniejszej dobie swego istnienia oglądał może o parę samobójstw mniej: rozpacz rozchodziła się po kościach... poezji. A to, co stanowi miejscami słabszą stronę baudelairowskiej poetyki - dziecinna poza, to z pewnością nie było przeszkodą w porozumieniu się z młodymi dekadentami znad Wisły.
Cóż dopiero, kiedy ktoś został przypadkowo studentem medycyny! Zimne i przeszywające oczy Baudelaire’a wyglądały z oczodołów trupiej czaszki przy lekcji anatomii; Baudelaire towarzyszył do prosektorium, stroił w posępną poezję salę szpitalną i ciała wzdęte puchliną; kapryśnym rytmem skandował puls śmiertelnie chorej na serce młodej dziewczyny, której się podawało digitalis; wyłaniał się z mroku obok szalki z narkotykami, kuszącym gestem podsuwając strzykawkę Pravaza. Tu był ten przyjaciel najniebezpieczniejszy; on, autor rozprawy porównawczej o winie i haszyszu, jako o środkach pomnożenia osobowości. Et, wino, haszysz... to już nie na Kraków takie fanaberie: a wódki nie łaska?
I tu nastąpiła zmiana warty: Baudelaire oddał swoją krakowską gromadkę w inne ręce, w ręce Przybyszewskiego. Ale został z nami. Jakże by inaczej: toż był on jednym z owych poètes maudits, poetów przeklętych, tak drogich naszemu Stachowi. I zaczęło się dla Baudelaire’a w Krakowie nowe życie: przystał do bandy już na zupełnego swojaka. Recytowało się - co prawda parskając śmiechem, tak bardzo pryzmat polskiego języka inaczej łamie pewne promienie - tę samą Przedmowę do Kwiatów grzechu (czy Kwiatów zła, jak kto woli), ale już po polsku, w dobrym przekładzie Brzozowskiego:
...jak ubogi rozpustnik kąsa, z żądzą w oku,
Całując nierządnicy starej pierś zmęczoną,
Tak my chwytamy rozkosz w bólu utajoną,
Ssąc ją jak pomarańczę starą i bez soku...
Alboż to nie był poemat zrodzony pod Wawelem, poemat ubogiego dekadenta? A ileż razy na wpół żartem, a na wpół z przejęciem odmawialiśmy gdzieś nad ranem, klęcząc i bijąc się w piersi, ową Litanię do Szatana i jej rytmiczne kuplety:
Który starym pijaka kościom niespożytą
Dajesz giętkość, gdy wpadnie pod końskie kopyto.
O Szatanie, mej długiej nędzy się ulituj!...
Tyle wspomnień, tak krakowskich, tak swojskich! I dlatego mimo jego fantastycznej kariery trudno mi myśleć o Baudelairze jako cudzoziemskim luminarzu. Co najwyżej przedstawia mi się on niby drugi Conrad-Korzeniowski, którego nam obcy zabrali. Ale co do mnie, zawsze go będę widział na tle Krakowa, jak w dżdżystą jesienną noc, z golą głową, snuje się po krętych, błotnistych ulicach, świecąc w mroku swymi fosforyzującymi, jak u kota, oczami...
Tadeusz Boy-Żeleński; Mity i zgrzyty

