tomi notatki z miejsca postojuZima. Wpis pierwszy: niech to będzie jakiś – zapewne niedoskonały – sposób istnienia i jakaś równie niedoskonała próba porozumienia. Zdaje się, że przytrafiła się prawdziwa zima, sentymentalna i mityczna, miasto jest zasypane, samochody omijają się ostrożnie, jak objuczone słonie na ścieżce w dżungli. Zamarzła rzeka i kanały, w telewizji śnieży. Narzekania na sześciomiesięczną porę zimopodobną i przeciągającą się do kwietnia jesień pełną błota można odłożyć na później, jeszcze przyjdzie na to czas, czas błota jeszcze nadejdzie. Nadejdzie odwilż, stopią się zaspy, zapasy i pokłady, nadejdzie potop. Teraz jednak jest tak, jak być powinno, jak zapisano w Wielkiej Księdze Życzeń: wróciło światło, które odbija się od śniegu i nawet w nocy jest jasno, świątecznie, tak jakby nagle wróciło dzieciństwo i rozglądało się za nami. Gloria. Co prawda w naszym Tomi nikt nie mówi po łacinie, a wino zamarza w butelkach i jedyna czerwona plama na tym białym obrusie może być plamą krwi, ale wszyscy pięknie w swoich dialektach przeklinają zimę, odśnieżają pojazdy i rozmrażają akumulatory. I chociaż sztywne łącze wiąże mnie z Rzymem, na szczęście wszystkie drogi są zasypane.

Tomasz Różycki, Tomi. Notatki z miejsca postoju