Nie jest ważne, w tym punkcie, do jakiego stopnia ów obraz świata ludzkiego nieuleczalnie ułomnego jest „dobry”:  ważne jest, że stał się nieodmiennym fragmentem duchowego rozwoju Europy, tematem powracającym nieustannie w refleksji filozoficznej najróżnorodniejszej – bynajmniej nie chrześcijańskiej tylko lub wprost przez chrześcijaństwo inspirowanej. Jezus tłumaczył ludziom, że są nędzarzami i że zatajają przed sobą własną nędzę; Pascal, gdy przyswoił sobie tę wiarę, uczynił z niej ośrodek życia duchowego. Rację ma każdy, kto powie, że myśl ta nieraz służyła do tego, aby obezwładnić ludzi w pragnieniu poprawy doczesnego bytu, że usprawiedliwiała ducha rezygnacji wobec losu, że wymuszała zgodę na zastane warunki, że sięgano do niej po to, by gasić doktryną protesty zbiorowości uciskanych i upośledzonych przeciwko eksploatacji, że nadawano jej sens, który cnotą czynił niewiarę w jakąkolwiek realną naprawę świata. Prawdą jest także, że zdobił się nią nieraz chór sytych i zaspokojonych, którzy tłumaczyli głodnym i upośledzonym, że dobra ziemskie są mało warte, a losem doczesnym nie należy się trapić. Przestała nas prawie wzruszać obrzydliwość tych interpretacji, tak się od nich roi w dziejach chrześcijaństwa.

Leszek Kołakowski, Jezus Chrystus – prorok i reformator